Akpatok Ensemble w Muzeum Narodowym (Ucho Gmachu #3)

Akpatok Ensemble

Przyznam szczerze: Akpatok, projekt Dawida Adrjanczyka, zanim zagościł w programie cyklu Ucho Gmachu był mi całkowicie nieznany. Właściwie z premedytacją nie sprawdziłem przed koncertem płyty „Two Winters, Two Springs” (bandcamp), chciałem dać się zaskoczyć. I spotkało mnie zaskoczenie zdecydowanie pozytywne. A najlepszym tego dowodem jest fakt, że od czasu koncertu przesłuchałem album Akpatok już kilkukrotnie.

Cykl Ucho Gmachu wymaga od artystów umiejętności odnalezienia się w niekonwencjonalnych wnętrzach Muzeum Narodowego (każdy występ organizowany jest w innej sali ekspozycyjnej). W związku z tym muzycy mają możliwość „zagrania” z ekspozycją i nawiązania interakcji ze specyfiką przestrzeni wystawienniczej. Jak dotąd Akpatok Ensemble chyba najlepiej wykorzystał ten potencjał. Koncert rozpoczął się  w dwóch miejscach na raz. Po kilku rytualnych uderzeniach Dawida Adrjanczyka i Marka Styczyńskiego w gongi, z niewidocznej dla słuchaczy sali, sąsiadującej z Galerią Dawnego Malarstwa Europejskiego, zaczął dochodzić śpiew, abstrakcyjne wokalizy w wykonaniu Niny Adrjanczyk i Anny Nacher. Głos był w tym przypadku elementem dodanym, niewystępującym na samej płycie, jednakże wprowadzającym do muzyki silny, oniryczny pierwiastek. Początek występu upłynął na powolnym przechadzaniu się artystów dookoła publiczności, a specyfika galerii sprawiała, że czasami znikali oni zupełnie z pola widzenia, tylko dźwięk cyklicznie zbliżał się i oddalał. Gdy ostatecznie zespół zatrzymał się w strefie prowizorycznej sceny, słuchacze mogli rozpocząć własne wędrówki.

Akpatok - Two Winters, Two Springs

Muzyka Akpatok  na płycie „Two Winters, Two Springs” jest szalenie minimalistyczna, a dualizm zasygnalizowany w tytule, przejawia się w samej muzyce. Z jednej strony mamy gongi i dzwonki pasterskie rozpływające się w ciszy, de facto zarysowujące ciszę, wydobywające ją drobnymi subtelnymi ingerencjami.  Z drugiej strony potężne, drone’owe brzmienie liry korbowej tworzy majestatyczną ścianę dźwięku całkowicie ciszę zakłócającą, wypełniającą ją aż po brzegi przeszywającą, katartyczną falą. Ten kontrast sprawia, że album mimo tak dużej prostoty formalnej absolutnie nie nuży, a pewien dobry rodzaj monotonii nadaje tej muzyce wyjątkowy, medytacyjny charakter. Podczas koncertu element wokalny dodał całości bardziej ezoterycznego zabarwienia, co wraz z performatywnym zacięciem od razu przywiodło mi na myśl zespół Księżyc.

Brzmienie Akpatok w pierwszym kontakcie sprawia wrażenie folkowego, mocno zanurzonego w tradycji i przeszłości, jednak po chwili, dźwięki zyskują bardziej pierwotny, abstrakcyjny i ahistoryczny wyraz. Pod tym względem „Two Winters, Two Springs” kojarzy mi się z tegorocznym albumem „Yonder” (bandcamp) duetu Mutant Goat (tutaj pisałem recenzję). Ten uniwersalny, ambientowy potencjał muzyki Akpatok, został podczas koncertu wypełniony kontekstem wizualnym obrazów z XVI i XVII wieku, które dzięki zespołowi Adrjanczyka zyskały niesłychanie sensualną ścieżkę dźwiękową. I chociaż widziałem już te płótna wielokrotnie, to mam wrażenie, że dopiero w doświadczeniu audiowizualnym udało mi się je zobaczyć „tak naprawdę”. A to bez wątpienia zasługa dźwięków o niezwykle kontemplacyjnej sile oddziaływania.

Ucho Gmachu coraz bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że muzealne sale wystawiennicze powinna wypełniać non stop odpowiednio dobrana muzyka . Cóż, zawsze można chodzić do muzeów w słuchawkach tak jak niżej podpisany.

Krzysztof Wójcik (((ii))) 

PS: 31 maja w kolejnej, czwartej już odsłonie cyklu w Galerii Sztuki XX i XXI wieku zagra Micromelancolié. Szczegóły tutaj.

Echoes of Yul (Ucho Gmachu #2) / Bachorze (Chrobot #13)

Ucho Gmachu, cykl koncertów w warszawskim Muzeum Narodowym, skłania do refleksji nad relacją przestrzeni i dźwięku, nad rolą kontekstu miejsca dla percypowania muzyki.  Po występie duetu HATI w Galerii Faras (relacja), Echoes of Yul zagrało w Galerii Sztuki Średniowiecznej w otoczeniu oryginalnych Chrystusów, Matek Boskich, świętych i męczenników w wersjach 2 i 3D.

DSCF6979

Echoes of Yul to de facto projekt jednego człowieka, Michała Śliwy. Muzyka EoY jest dość oryginalną mieszanką post rocka (moje skojarzenia wiodą do Mogwai), metalowych, mocniejszych uderzeń, ale też bardziej melancholijno-impresyjnych tematów melodycznych, odwołujących się do ambientu. Narracja budowana przez Michała Śliwę jest złożona z wielu elementów, ma duży potencjał ilustracyjny, słuchając chociażby ostatniej płyty „The Healing” (klik) w głowie pojawiają się obrazy, wyobraźnia zaczyna pracować. Konfrontacja dźwięków Echoes of Yul z przestrzenią silnie oddziałującą na odbiorcę warstwą wizualną, można uznać za posunięcie inteligentne, choć ryzykowne.

20160426_201840

Średniowiecze nie jest moim ulubionym okresem w historii sztuki (z kilkoma wyjątkami, abstrahującymi od przedstawień stricte sakralnych), w związku z tym podejrzewałem, że skupię się głównie na muzyce. Tymczasem niespodzianka. Właściwie przez 95% czasu trwania godzinnego koncertu przemierzałem sale Muzeum Narodowego, przypatrując się sztuce średniowiecznej, która dzięki futurystycznym, mrocznym dźwiękom Echoes of Yul, nabrała ciekawszego, niepokojąco-groteskowego charakteru. Pogwałcenie mitycznej (kościelno-)muzealnej ciszy okazało się zbawienne dla odbioru eksponatów, które zaczęły angażować uwagę bardziej niż sama muzyka. Koncert pełnił tutaj istotną funkcję katalizatora, umożliwiającego unikalne przeżycie audiowizualne, z gatunku „site specific”. Relacja muzyki i przestrzeni okazała się komplementarna i silniej oddziałująca niż pojedyncze elementy składowe. Zadziałała synergia, która (jeśli dobrze odczytuję ideę Ucha Gmachu) pozwoliła na poszerzenie doświadczenia muzealnego, na zmianę perspektywy odbioru. W moim przypadku zdecydowanie się udało, chociaż zwykle gdy odwiedzam galerie/muzea samotnie, to mam na uszach słuchawki – rodzaj niegroźnego zboczenia, które „serdecznie polecam”. Szczególnie w obliczu nadchodzącego majowego armagedonu pt. Noc Muzeów. Uwierzcie mi, jako ex-muzealnik wiem co mówię.

[kolejny koncert w cyklu Ucho Gmachu zagra Akpatok Ensemble 17 maja w Galerii Dawnego Malarstwa Europejskiego / wstęp wolny, ale liczba miejsc ograniczona, obowiązują zapisy, a ich start 4 maja o 19 TU]


Trio Bachorze na Chrobocie #13

Bachorze

Kolejnym muzycznym cyklem, o którym słów kilka, jest Chrobot (fb), organizowany przez Miłosza Pękalę, członka zespołu Kwadrofonik w sali prób przy Aktywnym Domu Alternatywnym, ADA Puławska. Koncerty-Chroboty odbywają się z mniej więcej miesięczną regularnością i każdorazowo prezentują co najmniej dwa występy, dokumentowane w formie nagrań audio/wideo (jakiś czas temu pisałem o edycji nr 8 tutaj). Niestety nie zdążyłem na pierwszą część wieczoru, czyli Chrobocik (Feliks Zemler z ojcem Hubertem), ale udało mi się dotrzeć na cały koncert młodego poznańskiego składu o wdzięcznej nazwie Bachorze.

Bachorze - Okoły Gnębione Wiatrem

Kaseta „Okoły gnębione wiatrem” (klik), wydana przez trio w labelu Pawlacz Perski, to bardzo intrygująca, nastrojowa mieszanka popsutego bluesa, noise’u, drone’ów i free impro. Więcej o tym wydawnictwie napisałem do nowego PopUpMusic.pl, którego premiera już niebawem, zatem tyle o samej kasecie (chociaż już teraz polecam). Zachęcony nagranym materiałem, byłem bardzo ciekaw jak Bachorze brzmi na żywo. Występ na Chrobocie był ostatnim podczas krótkiej trasy promującej „Okoły…”, które w sali przy Puławskiej 37 gnębił nie tyle wiatr, co nieprzewidywalny wiosenny chłód. Temperatura rzeczywiście trochę utrudniała grę, niemniej Bachorze zagrali przyzwoity, około 40 minutowy set.

Podobała mi się w tym koncercie wrażliwość muzyków na budowanie wspólnego brzmienia, dokładanie własnych elementów (preparowana gitara/saksofon barytonowy/syntezator modularny) było skoncentrowane na tworzeniu demokratycznego, brudnego strumienia dźwięków.  Bachorze grają w dużym skupieniu, a pojawiające się tematy zmierzają w rozwinięciach ku abstrakcji, instrumenty zatracają cechy dystynktywne, zaczynają po prostu wydawać odgłosy wpisujące się w duszny, transowy klimat całości. Brzmienie tria było momentami na tyle gęste, że niemalże popadało w ślepą uliczkę „permanentnego nagromadzenia” i tu paradoksalnie lekarstwem okazało się kolejne, niespodziewane źródło dźwięku – Miłosz Pękala subtelnie dogrywający niskie akordy na fortepianie. Odniosłem wrażenie, że sami muzycy dopiero po chwili zorientowali się, że mają w składzie jednego pasażera na gapę, niemniej podeszli do sytuacji profesjonalnie i rozwinęli całość w potężny, posępny finał. Bardzo fajny mini-niuans na zakończenie intensywnego koncertu.

Bachorze zdecydowanie mają potencjał, a ich estetyka dobrze wpisała się w eksperymentalny program Chrobotu. Podczas kolejnej, 14 edycji zabrzmi m.in. kompozycja „In C” Terry’ego Rileya, w której wykonaniu mają uczestniczyć wszystkie osoby zgromadzone w salce przy Puławskiej… Zatem warto trzymać rękę na pulsie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

BONUS: „Statement 2016, czyli 2 zdania na 2 urodziny Instytutu Improwizacji”

Teksty na tym blogu odpowiadają  zwykle (na swój sposób) na 3-4 pytania: „Co?”, „Gdzie?”, „Jak? / Dlaczego?”. W ten sposób uprawiam aktywną krytykę uczestniczącą, dla której kategorie czasu i miejsca mają zasadnicze znaczenie.

Norma/nie instytucjona/nie: HATI w Narodowym (Ucho Gmachu) / Mełech & Kurek w Eufemii (Impro Trening)

Fajnie gdy publiczne instytucje kultury, takie jak muzea, podejmują się realizacji programu muzycznego. Niestety wciąż zdarza się to dosyć rzadko, od przypadku do przypadku, dlatego tym bardziej cieszą takie inicjatywy jak Ucho Gmachu, cykliczne koncerty ambitnej polskiej muzyki, organizowane w Muzeum Narodowym w Warszawie. Inauguracja tego mini-festiwalu (de facto 5 występów różnych artystów na przestrzeni 2 miesięcy), przypadła w udziale duetowi HATI.

HATI1

Muzycy formacji – Rafał Iwański i Rafał Kołacki – sami dysponują bogatym doświadczeniem jeśli chodzi o kuratorowanie koncertów w przestrzeni muzealnej, ponieważ od 8 lat prowadzą w toruńskim CSW arcyciekawy festiwal CoCArt. Krótko mówiąc – właściwi ludzie na właściwym miejscu. Znając muzykę HATI z płyt, od dawna chciałem usłyszeć duet na żywo, a niestety jak dotąd zawsze coś stawało mi na przeszkodzie… Dopiero gdy zostałem patronem Ucha Gmachu, koniunkcja planet sprawiła, że nareszcie dostąpiłem przyjemności obcowania z HATI w czasie rzeczywistym.

HATI to pod kilkoma względami zespół niezwykły w pejzażu polskiej alternatywy. Właściwie muzykę  formacji dobrze ilustruje postawa, w jakiej duet gra koncerty – robi to na kolanach z niemalże religijnym skupieniem i powagą. Ten szacunek i pokora wobec akustycznego dźwięku, wybrzmiewania rozmaitych gongów, blaszek, bębenków, smyczków, plastikowych trąbek, ale też etnicznych piszczałek, rogów bawolich, jest podczas występu dojmujący. Muzyka HATI ma głęboki wymiar rytualny, mistyczny, wymyka się konwencjonalnemu podejściu do grania, jest szalenie organiczna i  w tej organiczności ahistoryczna – brzmi zarówno starodawnie, jak i futurystycznie, może nawet postapokaliptycznie. Artyści grają na instrumentach etnicznych, ale łączą je bezpośrednio z dźwiękami generowanymi przez odpadki współczesności, sprzęty z recyklingu zyskują w ten sposób nowe muzyczne życie poprzez nietypowy kontekst ich zastosowania.

HATI3

Specyfika Ucha Gmachu polega na tym, że każdy z koncertów odbywa się w innej sali wystawienniczej Muzeum Narodowego. HATI zagrali w Galerii Faras, eksponującej wczesnochrześcijańskie malarstwo nubijskie, co zdecydowanie podkręciło mistyczny klimat występu. Choć sądzę, że duet gra muzykę tak uniwersalną, że równie dobrze zaistniałaby na przykład na surowym dziedzińcu modernistycznego gmachu Muzeum (choć mogłoby to być dosyć ryzykowne pod względem nagłośnienia). Bardzo udany koncert o charakterze kolektywnej medytacji nad dźwiękiem.

[koncerty w ramach Ucha Gmachu są bezpłatne, jednak obowiązuje system zapisów, z którym możecie się zapoznać TUTAJ. Kolejni wykonawcy to: Echoes of Yul, Akpatok Ensemble, Micromelancolie, Berjozkele]

——————————————————————–

Piotr Mełech & Wojtek Kurek w Eufemii

Mełech

Tego samego wieczoru, nieopodal Narodowego w klubie Eufemia, miało miejsce innego rodzaju muzyczne przedsięwzięcie cykliczne o stosunkowo krótkiej historii – Impro Trening. To właściwie młodszy brat Impro Mitingu, który odbywa się w tym samym miejscu, w każdy czwartek – obecna inkarnacja cyklu doczekała się już 25 odsłon, o jubileuszowej, 18, pisałem jakiś czas temu (klik). Biorąc pod uwagę regularność, można śmiało powiedzieć, że Impro Mitingi (a teraz też wtorkowe Impro Treningi), są obok działalności Warsaw Improvisers Orchestra, najbardziej jaskrawym świadectwem znakomitej kondycji stołecznej sceny muzyki kreatywnej. Mówię tu oczywiście o kondycji artystycznej i zdolności do samoorganizacji twórców lokalnych (osobnym tematem jest fenomen klubu Pardon To Tu, który w krajowym pejzażu pełni bardziej rolę nobilitującego salonu, realizującego również szalenie ambitny program międzynarodowy). W Eufemii co tydzień można natrafić na przejawy żywej, rozwijającej się sceny muzycznej. A animatorem jej części pt. Impro Trening jest Piotr Mełech, od pewnego czasu mieszkający w Warszawie (wcześniej Poznań). Utalentowany muzyk i improwizator, którego wiernym czytelnikom (((ii))) nie muszę specjalnie przedstawiać.

Wizja połączenia klarnetów Mełecha ze (zwykle) nieidiomatyczną, kreatywną perkusją Wojciecha Kurka, stanowiła dla mnie wystarczającą zachętę by po koncercie HATI zaliczyć dokładkę w przestrzeni bardziej swobodnej. Tym razem tradycyjne solidne opóźnienie koncertu przywitałem z radością (w innym wypadku w ogóle bym nie zdążył). Zresztą muszę przyznać, że frekwencja była bardzo solidna. Okazało się, że Mełech zagra bez wsparcia elektroniki, czyli powstał de facto klasyczny duet unplugged. Nie wiem czy Panowie grali wcześniej wspólnie (o ile się orientuję, to nie), dlatego stal hartowała się na oczach i uszach słuchaczy, z ryzykiem niezłapania chemii. Lubię odwagę i nieprzewidywalność takich przedsięwzięć.

Mełech zaczął koncert na klarnecie  basowym okrągłymi, rozbujanymi partiami, odwołującymi się do języka jazzowego. Kurek grał natomiast twardo, mocno, prymitywistycznie, przez co skutecznie temperował lekko swingowe zapędy basklarnetu. Fantastyczna była perkusyjna solówka, nerwowy dialog werbla i hi hatu – triumf prostoty nad rozgadaniem, typowym dla wielu bębniarzy. Całość zażarła w momencie, gdy Mełech chwycił po zwykły klarnet i wykorzystując circular breathing, nadał instrumentowi niezwykłej intensywności i ekspresji. Wówczas perkusja trochę wyhamowała, zaczęła operować lżejszymi akcentami. Muzycy reagowali na swoje wypowiedzi w sposób może nie do końca oczywisty, ale w gruncie rzeczy efektywny, jakby naprzemienny. W zdecydowanej większości słuchałem tego krótkiego, bo około 45-minutowego występu z dużą przyjemnością.

Koncert zakończył apel Mełecha o zgłaszanie się muzyków do kolejnych Impro Treningów – a zatem pozwolę sobie przesłać to zaproszenie dalej w eter. Muzyka i frekwencja udowodniły, że gra jest warta świeczki, choć wstęp darmowy – wystarczyło przyjść, usiąść i otworzyć się na dźwięki. Polecam.

Krzysztof Wójcik (((ii)))