kIRk + WIDT w Dwa Osiem

WIDT+kIRk1

Trochę ciężko w to uwierzyć, ale występ kIRk w Dwa Osiem był pierwszym koncertem formacji w Warszawie od ponad roku, kiedy to w 2013 muzycy promowali wyjątkowo dobrze przyjęty album „Zła Krew”. Nie można powiedzieć żeby przez ten czas artyści próżnowali – pojawiła się opóźniona, chronologicznie druga płyta Daktari, studyjny, monumentalny materiał Mszy świętej w Altonie (klik), zaskakujący solowy krążek Pawła Bartnika (klik) czy audiobook Krysi Zalewskiej z muzyką Filipa Kalinowskiego. Oprócz tego trio koncertowało po całej Polsce i skupiło się na nagrywaniu nowego materiału, z którego passusy miała przyjemność usłyszeć publiczność Dwa Osiem. Wieczór miał charakter podwójnie wyjątkowy, ponieważ kIRk poprzedził występ duetu audiowizualnego WIDT, do którego Bartnik, Dokalski i Kalinowski stopniowo dołączali.

Pierwszy raz miałem okazję doświadczyć muzyki WIDT na żywo w pełnej krasie. Duet tworzą siostry: wokalistka Antonina Nowacka i odpowiedzialna za część wizualną Bogumiła Piotrowska. W zeszłym roku Circon Int. opublikował intrygujący koncertowy album projektu, o którym pisałem swego czasu na łamach PopUp (klik). WIDT na żywo prezentuje jednak o wiele bogatszą estetyczną jakość poprzez doskonale współgrający i dopełniający muzykę pierwiastek wizualny (de facto płyta zespołu, w idealnym świecie powinna mieć charakter DVD). Fundamentem oryginalnego brzmienia (oddziaływania?) duetu są wokalizy Nowackiej, które raz prowadzone są samodzielnie, kiedy indziej zostają poddawane elektronicznym manipulacjom tworząc bardzo gęstą, surrealistyczną fakturę. Tego wieczoru dominowały eksperymenty z przetwarzaniem, nawarstwianiem i modulowaniem – i dokładnie to samo mógłbym napisać o części wizualnej. Piotrowska operowała obrazem z dużym wyczuciem, stawiając zwykle na prostotę kolorystyczną i formalną, która nie miała absolutnie nic wspólnego z kiczowatymi „psychodelicznymi wizualizacjami” z Media Playera. Często operowała efektem stroboskopowym, nadając przy tym geometrycznym, bardziej abstrakcyjnym formom ciekawe desenie. W animacyjnym kolażu nie zabrakło również elementów bardziej figuratywnych, które potęgowały wrażenie niejednoznacznego, mechanicznego dadaizmu. Muzyka WIDT wyłoniła się z bardzo wyciszonego noise’u, który pęczniał, tężał zamieniając się w bardzo wielowarstwową minimalistyczną strukturę, która przez wykorzystanie wokalu jako podstawy miała jednocześnie cechy organiczne, jak i upiornie odhumanizowane. Trochę jakby Alicja po drugiej stronie lustra trafiła do świata cyberpunkowego, w którym w dalszym ciągu nic nie jest takie jak się początkowo wydaje. Z drugiej strony chóralna artykulacja Nowackiej przywoływała skojarzenia z archaiczną grecką muzyką – bardzo pierwotną, misteryjną i sensualną. Psychodeliczny efekt osiągnięty przy minimum środków, a przy okazji w pełni wyimprowizowany. Warto tutaj docenić charakterystyczną, odrobinę teatralną scenę Dwa Osiem, która świetnie sprostała technicznym wymaganiom wieczoru.

WIDT+Dokalski

W pewnym momencie do WIDT dołączył z trąbką Olgierd Dokalski. Przypomniał mi się wówczas koncert jaki muzyk zagrał w zeszłym roku z Nowacką w żoliborskiej kawiarni Fawory (klik). Wówczas wokal występował właściwie samodzielnie, a ciężar instrumentalny spoczywał na trąbce. Tym razem Dokalski miał przywilej wejścia w zawiesistą strukturę skumulowanych loopów. Zrobił to w sposób pomysłowy – akcentował sonorystykę instrumentu i przez to łączył się z noise’m, kiedy indziej stawiał bardziej na kontrapunkt melodyczny, wchodzący raz w intensywny dialog z wokalem Nowackiej, kiedy indziej bardziej wyalienowany i osobny. Ten etap koncertu pokazał w pewnym sensie rewers brzmienia kIRka. Cecha dystynktywna – trąbka – została zanurzona nie w kontekście dusznych, industrialnych, dubowych bitów Bartnika i Kalinowskiego, tylko w muzyce będącej efektem tylko i wyłącznie wokalu, jego manipulacji i loopowania w czasie rzeczywistym.

WIDT+kIRk3

Początkowo wydawało mi się, że kIRk zagra samodzielnie, jednak WIDT pozostało na scenie, a 2/3 warszawskiego trio dołączyło do występu równie płynnie jak przedtem Dokalski. Brzmienie w tak poszerzonym do kwintetu składzie (nie zapominamy o znakomitych wizualizacjach), stało się w sposób naturalny bardziej złożone. Przede wszystkim muzyka zyskała pierwiastek rytmiczny za sprawą bitów, natomiast gramofony dodały całości ciepłą barwę i głębię. Poprzez gościnny udział WIDT koncertowe brzmienie kIRka stało się jeszcze bardziej hipnotyczne i otwarte formalnie, trochę jak podczas improwizowanych występów Mszy świętej w Altonie. W dalszym ciągu była to muzyka szalenie charakterystyczna, mroczny miejski dub odwołujący się do najlepszych dzieł illbientu, takich jak „Songs of A Dead Dreamer” DJ Spooky. Muzycy zachowując rytmiczny kręgosłup strukturalny przemycali do swej wypowiedzi więcej niż zwykle elementów noise’owych, a trąbka zdecydowanie częściej niż miało to miejsce w przeszłości przybierała odcienie abstrakcyjne i sonorystyczne niż melodyczne. Dzięki temu dźwięki płynące ze sceny stawały się jeszcze mniej oczywiste. Innym razem zamiast trąbki pojawiał się flet, który nadawał muzyce nieco folkowe zabarwienie. Swoją drogą warto pamiętać, że legendarne Kraftwerk postrzegało muzykę mechaniczną, proto-techno jako naturalne ogniwo rozwoju muzyki folk. W kiRku te dwa pierwiastki stylistyczne często zyskują nieoczywiste połączenie.  Właśnie w ostatniej części koncertu do głosu bardziej zaczął dochodzić techno bit, który świetnie podnosił temperaturę występu. Szczerze mówiąc zwiększyłbym trochę ilość podobnych mocnych uderzeń, które nadawały fajne kontrasty psychodelicznej osnowie całości.

Bardzo interesujący, audiowizualny wieczór. Dużą zaletą występu WIDT i kIRka było upięcie poszczególnych części programu w jedną spójną wypowiedź, która w każdej ze swych wariacji personalnych przynosiła nieco inne muzyczne odcienie i intensywne przesilenia. Koncert w sumie trwał ponad dwie godziny, o ile nie dwie i pół, co z jednej strony pozwoliło mocno zatopić się w dźwiękach, jednak od czasu do czasu zdarzały się momenty dłużyzn, które niepotrzebnie rozrzedzały i rozciągały w czasie fragmenty prawdziwie esencjonalne. Cóż, występ na żywo rządzi się swoimi prawami, a otwarte podejście do muzyki często przypomina błądzenie, intuicyjne odnajdowanie i wiązanie poszczególnych wątków. W przypadku WIDT i kIRka obserwowanie zarówno błądzenia, jak i odnajdywania potrafi być fascynujące. Obie formacje cechuje bardzo duża konsekwencja estetyczna i umiejętność prowadzenia klimatycznej, linearnej narracji, trochę w duchu romantycznym, pełnej tzw. „tajemniczości i grozy”. Dlatego właśnie spotkanie z tą muzyką na żywo jest doświadczeniem mocnym i wyjątkowym.

PS: Sporym niedopatrzeniem organizacyjnym był brak krzeseł, który dość mocno psuł komfort odbioru, szczególnie, że formułę koncertu określiłbym jako wybitnie siedzącą.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Nadszedł nowy PopUp, a imię jego 44!

Ostatnie tygodnie były okresem dość intensywnej pracy, której efekty wreszcie wyszły na światło dzienne wraz z najnowszym 44 numerem PopUp’a.

Z punktu widzenia płyt, które zdecydowałem się zrecenzować mistyczna liczba 44 jest zdecydowanie adekwatna. Krótka statystyka: Dwa albumy nagrywane w kościołach, jeden z „Mszą Świętą” w tytule, jeden brzmiący niczym ambientowa ścieżka dźwiękowa do „Mszy Czarnej”. Płyta z wokalem przypominającym elfickie śpiewy okraszone paranoiczną elektroniką. Solowe i zespołowe dzieło muzyka, który grywa w pustych reaktorach atomowych w Austrii, intrygująca EP-ka o znamiennym tytule „Totem”. Dwa albumy z „pustką” w tytule… Niepostrzeżenie i nieoczekiwanie wydawnictwa, których opisu się podjąłem zaczęły orbitować wokół wątków mistycznych, co samo w sobie uznaje za dość ciekawe, ponieważ – przynajmniej na poziomie świadomości – klucza unikałem.

Prezentuję poniżej pełną listę pozycji, które w ostatnim okresie, siłą rzeczy, nie opuszczały moich, słuchawek, uszu, mózgu:

Angles 9/Martin Küchen – „Injures”, „…And Everything Inside Came Down As Dust”

Echo Deal – „Totem”

Gaap Kvlt – „Void”

Jeremiah Cymerman – „Real Scars”

Msza święta w Altonie – „Bezkrólewie”

Piotr Damasiewicz Quartet – „Mnemotaksja”

Pole – „Radom”

Second Exit – „Spoon”

Skalpel – „Simple”

Sroczyński/Pospieszalski – „Bareness”

WIDT – „Live in Edingurgh”

W zasadzie odsłuch większości z tych albumów przyniósł mi mniejszą lub większą satysfakcję, także można powiedzieć, że miałem szczęście. Szczególną uwagę warto zwrócić na udane płyty ogólnie rozumianych, polskich „debiutantów” takich jak: Gaap Kvlt, Echo Deal, Sroczyński/Pospieszalski, Pole, WIDT.

Właściwie z czystym sumieniem polecić mogę niemal każdą pozycję z powyższej listy. Czemu niemal? Odsyłam do tekstów. Kto zgadnie co polecam mniej, ten wygrywa satysfakcję.

Oprócz recenzji zapraszam do przeczytania wywiadu o charakterze jednolitego tekstu, bądź jednolitego tekstu o charakterze wywiadu z Olgierdem Dokalskim, w którym zdradza wiele inspiracji, planów na przyszłość, faktów dotyczących wydawnictw bieżących.

Miłego czytania, miłego słuchania.

Krzysztof Wójcik

Dokalski i Nowacka w Faworach

IMG_9578

W żoliborskiej kawiarni Fawory od jakiegoś czasu realizowany jest program muzyczny skoncentrowany w dużej mierze na prezentacji młodych warszawskich improwizatorów. 5 czerwca nieliczna publiczność zgromadzona w lokalu miała przyjemność usłyszeć duet Olgierda Dokalskiego i Antoniny Nowackiej. Zarazem była to okazja do kupna debiutanckiego albumu WIDT, projektu Nowackiej, który niedawno wypuściło Circon Int. w ręcznie wykonanych przez artystkę okładkach (limitowana edycja 30 sztuk). Jakość artystyczna występu okazała się odwrotnie proporcjonalna w stosunku do liczby słuchaczy.

Szczerze mówiąc dawno nie zdarzyło mi się uczestniczyć w koncercie tak kameralnym, którego oprawa zarazem idealnie komponowała się z intymnym charakterem granej muzyki. Duet na trąbkę i wokal to dość niecodzienna konfiguracja, której nigdy nie miałem okazji słuchać na żywo. Z zadowoleniem stwierdzam, że inicjacja przebiegła bezboleśnie, a na dodatek podkręciła ochotę na więcej. Dźwięki wydawane przez duet za pośrednictwem trąbki i mikrofonu wypełniły wnętrze kawiarni muzyką z pogranicza jawy i snu. Pozajęzykowe wokalizy Nowackiej, utrzymane w nieco chóralnej stylistyce dawały bardzo dużo przestrzeni Dokalskiemu do instrumentalnej improwizacji, jednak mylne byłoby postrzeganie muzyki duetu w relacji planów bliższych, bądź dalszych. Brzmienie trąbki i wokalu okazało się wobec siebie zdumiewająco komplementarne i choć Dokalski pełnił zwykle rolę strony reaktywnej, to jednocześnie bardzo często katalizował subtelne zmiany nastroju, które podchwytywane były przez Nowacką z niesłychanym wyczuciem. Występ miał charakter ciągły i przez blisko godzinę głos wokalistki działał niemalże non stop, bez załamania, co z pewnością wymaga niemałych umiejętności. Artystka konstruowała czysty, nieprzerwany i harmonijny pejzaż dźwiękowy, który momentami wręcz przestawał przypominać dzieło ust ludzkich. Lekki pogłos nałożony na mikrofon pozwalał na akustyczne eksperymenty, a zarazem iluzorycznie zwiększał przestrzeń niewielkiej kawiarni przeciągłym echem, dalece bardziej pasującym do wnętrza pustego kościoła.

IMG_9587Trąbka obok funkcji melodycznej pełniła rolę rytmizującą całość. Dokalski grał często krótkimi frazami, których koniec następował zanim na dobre temat zdążył się rozwinąć, co dobrze wpisywało się w efemeryczny charakter muzyki. Przypominało to trochę cyrkularne odbijanie się od głosu Nowackiej i powracanie do brzmienia nazwijmy to unisono. Muzyk eksperymentował z instrumentem korzystając z tłumików, wplatając w pewnym momencie w całość folkowe dźwięki zabawkowej piszczałki. Interesujący perkusyjny efekt dawały, zdaje się nieplanowane wibracje płyty CD, którą muzyk wykorzystuje jako tłumik. Momentem bodaj najciekawszym podczas czwartkowego występu był ten, kiedy Dokalski zaczął wtórować partnerce wokalnie. Niski tembr głosu wprowadził zaskakującą polifonię, a kontrastując z brzmieniem Nowackiej, nadał jej barwie na moment większej ostrości, pozwalał na odbicie się w wyższe rejestry. Był to krótki, spontaniczny incydent, jednak w znaczący sposób wzbogacający podejmowaną przez muzyków konwencję.

IMG_9567

Słuchanie duetu Dokalski/Nowacka było hipnotycznym doświadczeniem. Muzyka miała w sobie pewien mistyczny, nieuchwytny element, który jednocześnie dobrze współgrał z otaczającą przestrzenią i jej niespodziewanym, akustycznym akompaniamentem w postaci zwykłych odgłosów kawiarnianych, czy mistrzowskim złamaniem zasady decorum komentarzem: „trąbka się panu zatkała!”. Pozornie hermetyczne, oryginalne brzmienie okazało się formą bardzo otwartą, dopuszczającą dookreślanie zarówno przez nieprzewidziane czynniki zewnętrzne, jak i hipotetyczne wzbogacenie muzyki przez jej autorów. Wydaje mi się, że wprowadzenie incydentalnego elementu rytmicznego mogłoby korzystnie wyostrzyć, urozmaicić brzmienie całości. Być może taką formę przybierze projekt Potala, w ramach którego Dokalski z Nowacką zamierzają kontynuować swoją współpracę? Czas pokaże. Po czwartkowym występie jestem jednak przekonany, że formuła zaproponowana przez duet ma w sobie duży potencjał, który warto obserwować.

Krzysztof Wójcik

 

Copyright do zdjęć: Bogumiła Piotrowska. Dzięki!