William Parker solo w Pardon To Tu

William Parker 2

Początek sierpnia 2015… Front atmosferyczny znad krajów północnoafrykańskich przywędrował nad Polskę, co zaowocowało falą upałów niespotykanych w nadwiślańskim kraju od wielu lat. Susze spowiły 13 województw, kometa pojawiła się na niebie, truskawki skończyły się szybciej niż zwykle, woda zaczęła wysychać, a nad stolicą unosi się widmo blackoutu. Rozmaite znaki na niebie i ziemi zdają się mówić… Gorąco. Jednym z owych znaków było wyprzedanie całego koncertu solowego Williama Parkera w Pardon To Tu, co pokazuje jaką niezłomnością odznaczają się warszawscy fani muzyki jazzowej i improwizowanej. Wytrwanie, słuchanie i przyswajanie (ale też generowanie) dźwięków w warunkach ponad 30-stopniowych upałów stanowi prawdziwe wyzwanie. Koncert był doskonałym przykładem na to jak bardzo okoliczności są w stanie zdeterminować odbiór. Można wręcz powiedzieć, że w Pardon To Tu dało się zaobserwować klasyczne starcie sił natury i kultury, opisywane przez filozofów i rozmaitych teoretyków od setek lat. I znów to ta pierwsza okazała się zwycięska, choć druga trwała – a jakże – niezłomnie.

William Parker gościł już co prawda w Pardonie, jednakże po raz pierwszy przyjechał do Polski z programem solowym. O ile się nie mylę podobny koncert nie miał w naszym kraju precedensu, w każdym razie nie w tak kameralnych okolicznościach. Parker nie kazał na siebie długo czekać, wkroczył na scenę po kwadransie oczekiwania i bez specjalnych wstępów zaczął grać. Okazało się, że wzmacniacz znajdujący się za muzykiem pełni bardziej funkcję dekoracyjną, bo nawet jeśli był włączony – a był – to pokrętło „volume” znajdowało się chyba na jednej kreseczce. Gdyby nie ta scenograficzna zmyła, to mógłbym przysiąc, że kontrabasista gra  akustycznie. Niestety tym razem warunki w Pardonie nie do końca do takiego koncertu się nadawały. Z mojej perspektywy odbiorczej (a stałem raczej w tylnych szeregach) usłyszenie cichszych fragmentów było dość trudne z powodu jednostajnego szumu klimatyzacji – bez której swoją drogą w ogóle nie wyobrażam sobie przetrwania tego wieczoru, więc ciężko mieć tutaj pretensje do klubu. Jak się okazało – „sorry, taki mamy klimat”. Nie należę co prawda do audiofilskiej arystokracji, zwykle niespecjalnie przeszkadzają mi dźwięki offu, to jednak tym razem sam muzyk chyba nie do końca wyczuł przestrzeń i okoliczności klimatyczne – jednym słowem korona z głowy by nie spadła jakby podkręcił wzmacniacz.

William Parker1

Co się tyczy samej muzyki… William Parker to wybitny kontrabasista i improwizator – na takich muzyków idzie się w ciemno, chociaż może nie jest to najbardziej fortunne określenie, bo wiadomo czego się spodziewać. W jasno? Gorąco… W każdym razie Parker zagrał na swoim poziomie (czytaj – wysokim). Głównie szarpał struny palcami, smyczka dobywał incydentalnie. Wypowiedź pełna była groove’u, jazzowego pulsu, a nawet swingu. Kilkakrotnie miałem wrażenie, że Parker przemyca w narracji cytaty z Jimmy’ego Garrisona i Paula Chambersa, ale pewnie mi się wydawało, temperatura roiła audialne fatamorgany… Duży plus za wytrzymałość w utrzymywaniu nieustannie żwawego, galopującego tempa. Słuchając Parkera można było uszami wyobraźni wręcz zaobserwować towarzyszący mu zespół – grał na tyle sugestywnie. Z drugiej strony zabrakło mi w tym występie niuansów, różnorodności w kreowaniu atmosfery (i cały czas grał obok ten wyimaginowany band..). A przecież kontrabas solo potrafi być suwerenny i mienić się bogactwem barw nie gorzej jak fortepian czy saksofon. W Polsce mamy akurat szczęście do wyjątkowo utalentowanych i kreatywnych kontrabasistów, którzy śrubują poziom – bez nazwisk, ale pisałem o nich.

Ciężko mi było zaangażować się w występ Parkera emocjonalnie, brakowało mi niepewności, że za chwilę usłyszę coś, czego się nie spodziewam. Miałem poczucie, że obserwuję muzyka niezwykle sprawnego, ale posługującego się językiem w sposób może nie tyle bezrefleksyjny, ale bardziej wyczynowy, trochę jakby ćwiczył w nowojorskim lofcie. To też miało swój urok, lecz nie na tyle duży żebym wytrwał do końca. Z zegarkiem w ręku 50 minut, ale było warto. Mam nadzieję, że przyjdzie mi zobaczyć Parkera solo w bardziej sprzyjających okolicznościach klimatycznych. Jak głoszą plotki – może już tej jesieni…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Drake, Parker, Dikeman / relacja aseksualna

Częstokroć wychodząc z Pardon To Tu zdaje mi się, że zamiast osiedla z wielkiej płyty zobaczę nowojorskie, bądź chicagowskie wysokościowce. Jeśli chodzi o program artystyczny, to Pardon stanowi obecnie w Warszawie samotną ostoję, wyobcowany róg koncertowej obfitości, serwujący dania z całego świata w wykonaniu mistrzów z najwyższej półki. Po niezwykle intensywnych dwóch wieczorach skandynawskich przyszedł czas na muzyków od dawna przeze mnie wyczekiwanych, którzy wraz z wczorajszym wieczorem dołączyli do istnego „panteonu gwiazd” stołecznego klubu. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że na pl. Grzybowski 12/16 ściągną tłumy, a nazwiska artystów przyciągną je niczym muchy do lepu. W roli much wystąpiła spora garstka warszawskiej socjety. Z przyjemnością jedną z much był również niżej podpisany.

Nazwisko „Parker” jest w świecie jazzu tak popularne jak dajmy na to „Eriksson” w Skandynawii. W ilości Parkerów niekiedy ciężko jest się połapać, lecz z pewnością Williama Parkera można zaliczyć do wielkiej trójki reprezentantów tego nazwiska. Z kimże to William Parker nie grał? Brotzmann, Cecil Taylor, Charles Gayle, Roscoe Mitchell, John Zorn… Przedstawianie tego kontrabasisty w trzech zdaniach, biorąc pod uwagę jego wkład w rozwój jazzu ostatnich trzech dekad, zakrawa wręcz na banał. Wniosek: jeśli nie wiesz czytelniku kim jest William Parker, to po pierwsze – lepiej się do tego nie przyznawaj, po drugie – czym prędzej nadrób zaległości.

Hamid Drake w Chicago ma z pewnością podobny status jak Parker w Nowym Jorku. Są to z muzycy, którzy bez wątpienia w dużej mierze świadczą o wyjątkowości tych dwóch największych amerykańskich jazzowych centrów. Dla polskiego słuchacza Drake nie powinien być perkusistą anonimowym chociażby z racji swego udziału na ostatniej, znakomitej płycie Hery „Seven Lines” i występu na Krakowskiej Jesieni Jazzowej 2012.

Jako dopełnienie tego rytmicznego dream teamu wystąpił John Dikeman, który co prawda metrykalnie mógłby być synem Parkera, bądź Drake’a, jednak swoimi umiejętnościami i entuzjazmem usilnie starał się zatrzeć różnicę wieku i doświadczenia. Zanim przejdę jednak do bezpośredniej relacji zapraszam na dygresję.

Z pewnością nurtuje czytelnika drugi człon tytułu niniejszego tekstu: dlaczego aseksualna? Otóż ostatnio spotkałem się z ciekawą teorią, którą przedłożył krytyk artystyczny Iwo Zmyślony. Sugerował on, że teksty recenzenckie publikowane w mediach niszowych, czy też tzw. blogosferze, unikają merytorycznego zacięcia, a mizdrzą się do czytelnika retorycznymi zagrywkami, próbują być – no właśnie – „seksowne”. Przeglądając muzyczne media internetowe trudno oprzeć się podobnej konstatacji. Biję się w piersi – podobne próby frywolnego, kuszącego dziennikarstwa nie są mi obce, jednak niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nigdy nie próbował czytelnika uwieść. Jest to poniekąd wpisane w „profesję” – gdybym chciał przekazać w słowach jedynie suche informacje, to równie dobrze mógłbym pisać relację wzorami matematycznymi. Byłoby to interesujące, ale może mniej hmm… przyjemne?

Teksty o muzyce improwizowanej, a w szczególności o muzyce jazzowej, noszą jeszcze jedno piętno niepohamowanej seksualności. Przypuszczam, że wynika ona ze ściśle fizycznego aktu występów scenicznych, wszak teoria mówiąca o improwizacji jako o muzycznym odpowiedniku stosunku seksualnego jest powszechnie znana. Mam jednak na myśli ewidentnie quasi-erotyczny, pełen podniecenia język, który występuje w relacjach z jazzowych koncertów. Z pewnością wiecie o co chodzi: „wzajemny, intymny dialog artystów nieuchronnie zmierzał do wybuchu, erupcji”, „powoli, acz konsekwentnie zwiększał tępo ekstatycznymi frazami, pełnymi wewnętrznego napięcia”, „dęciak rozgrzany do czerwoności, zlany potem, parł na przód” – koloryzuję, ale podobne kawałki są dość powszechne (i znów biję się w piersi, choć zwykle staram się zachować przyzwoitość). Oczywiście podnoszę tym samym problem niezwykle szeroki, jakim jest forma werbalizacji doświadczenia muzycznego. Nie mam złudzeń, że jestem w stanie temat wyczerpać – na pewno nie w tym wpisie. Pragnę jednak zwrócić uwagę na czysto estetyczną zależność – relacje z muzyką niejednokrotnie opisuje się językiem przesadnie zmysłowym. Ciekawskich odsyłam do książeczki Peter’ów Claytona i Gammonda pt. „Jazz, jak blefować z głową?”, w której to autorzy kreślą jednoznaczne paralele pomiędzy seksem a jazzem, sięgając do samego źródła – Nowego Orleanu.  Koniec dygresji.

Muzyka Drake’a, Parkera i Dikemana miała w sobie również spory pierwiastek uwodzicielski, choć z pewnością – przynajmniej sekcji rytmicznej – nie można zarzucić w tej kwestii wyrachowania. Być może Dikeman nazbyt chciał zaistnieć w legendarnej konfiguracji, czego za złe brać mu nie wolno, ale jego ekspresja sceniczna nie zawsze przekładała się na wymierną jakość, bądź oryginalność saksofonowych partii. Niemniej nie można Dikemanowi odmówić żywiołowości (koszulka z napisem „-36,6 °C” w kontekście mikroklimatu PTT miała podwójnie przewrotny charakter), jak również łatwości do konstruowania okazjonalnych groove’ów. Z kolei Parker i Drake sprawiali wrażenie muzyków niesłychanie wyluzowanych i spontanicznych. Patrząc na sekcję rytmiczną widać było, że swobodne poruszanie się w muzycznych strukturach przychodzi artystom z równą łatwością co oddychanie. Partie solowe wygrywane przez Drake’a i Parkera, biorąc pod uwagę skalę ich talentu jako instrumentalistów, były wyjątkowo proste, nieprzekombinowane i niejednokrotnie bazowały na powtarzalnych, charakterystycznych motywach. Trio świetnie sprawdzało się w momencie, kiedy Parker brał na siebie ciężar melodyczny, a pozostała dwójka odlatywała w stronę improwizacji. Równie interesująco prezentowały się sekwencje, podczas których kontrabasista posługując się smykiem wytwarzał różnego rodzaju piski, bądź jęki, akompaniując sobie delikatnym nuceniem. Ogólnie rzecz biorąc pierwsza część występu pozostawiła we mnie pozytywne emocje, chociaż wydawać by się mogło, że koncert takiego składu powinien „powalić”, czy wręcz zrewidować postrzeganie muzyki improwizowanej. Podobnych skrajnych doświadczeń nie zaznałem, ale samo słuchanie „wielkich mistrzów” przyniosło mi wystarczająco dużo przyjemności.

W kontekście wtorkowego występu można w zasadzie mówić o dwóch koncertach. Po zakończeniu pierwszej stricte jazzowej części programu, Parker i Drake zasiedli na krzesłach, dzierżąc kolejno flet shakuhachi i bęben ramowy. Brzmienie, które w ten sposób udało się muzykom uzyskać jednoznacznie skojarzyło mi się ze znakomitą płytą Dona Cherry’ego „Brown Rice”, na której to amerykański trębacz stworzył muzykę niezwykle transową, wręcz mistyczną, silnie czerpiącą z tradycji etnicznych (skojarzenie prawomocne – Drake zaliczył muzyczny epizod z Cherry’m). Głęboki tembr głosu Drake’a, hipnotyczny rytm wygrywany na bębnie doskonale zgrywał się z charakterystycznym fletem Parkera, a nad wszystkim unosił się saksofon Dikemana, trochę z boku, niekiedy na doczepkę. Druga twarz, którą trio w ten sposób pokazało, początkowo wprowadziła mnie w lekką konsternację, jednak była w tej muzyce pewna nieuchwytna autentyczność, która dość szybko zaczęła mnie sobie zjednywać. Wspólny śpiew Drake’a i Parkera stanowił dla mnie doskonałe zwieńczenie wieczoru i bardzo się cieszę, że wyszedłem z klubu przed bisem, w którym trio powróciło podobno do tradycyjnej formuły z pierwszej części koncertu.

Zatem Pardon To Tu zaprezentowało kolejnych ikonicznych artystów współczesnego jazzu, za co należą się brawa, jednak polemizowałbym w kwestii czy przełożyło się to na wiekopomne doświadczenie koncertowe. Niemniej – było dobrze, a momentami nawet bardzo i gdybym miał ponownie sposobność wybrać się na koncert drużyny Drake, Parker, Dikeman, to poszedłbym na niego bez chwili wahania.

Krzysztof Wójcik