Wojciech Bąkowski „Telegaz”: recenzja + wideo / Lado w Mieście 2015

Powołanie do życia Placu Zabaw w nowej lokalizacji to duża szansa na promocję polskiej muzyki alternatywnej. Bulwar nadwiślański w bliskim sąsiedztwie metra, to dla wielu osób przestrzeń przelotowa podczas wieczornych spacerów, w związku z tym darmowy koncert w plenerze ma szansę na dużo szersze zafunkcjonowanie w jaźni przypadkowych odbiorców w porównaniu z dotychczasową, bardziej punktową siedzibą Placu przy Agrykoli. Organizatorzy Lado w Mieście 2015 sprawnie wykorzystują dobrodziejstwo szerzej dostępnej lokalizacji i co czwartek prezentują program podwójnych koncertów, zapraszając w tym roku artystów i zespoły w większości niezwiązane ze stołecznym Lado ABC. W związku z tym tegoroczna edycja wakacyjnego festiwalu to dla wielu wykonawców niepowtarzalna okazja by zagrać w Warszawie dla publiczności, której liczebność jest teoretycznie nieograniczona, zarówno przez przestrzeń (plener), jak i portfel (free). Można powiedzieć, bez dużej przesady, że Lado w Mieście 2015 to egalitarny przegląd najciekawszych, aktualnych zjawisk muzycznych z różnych zakątków kraju. Tym razem swój program miał okazję zaprezentować artysta rdzennie poznański (i rdzennie wizualny) Wojciech Bąkowski.

Bąkowski1

Przyznam, że trochę obawiałem się czy minimalistyczna, kameralna estetyka, jaką prezentuje Bąkowski zda egzamin podczas otwartego koncertu pod gołym niebem. Muzyka artysty brzmi niczym stworzona do klubowych, klaustrofobicznych przestrzeni zamkniętych, jest bardzo hermetyczna. Okazało się jednak, że pozory mylą. Artysta wyszedł na scenę już pod osłoną nocy, w warunkach, w których czerwień t-shirtu i ekranu projektora zyskiwała na jaskrawości i mocy. Adekwatnie, ponieważ Bąkowski jest twórcą o wyjątkowo ostro zarysowanej i wyrazistej powierzchowności artystycznej, skrywającej wrażliwość poezji pod szczelnie dopracowaną, konsekwentnie surową formą. W skrócie: podkład, głos, projektor i artysta ograniczający sceniczną ekspresję do minimum (choć nie obyło się bez konferansjerki, WSB między utworami przedstawił się, a nawet „zaprosił do wspólnej zabawy”). Zdumiewające było dla mnie jak dużej siły rażenia nabiera muzyka złożona z muzaków (z tego właściwie składa się „Telegaz”) w sytuacji koncertowej, która jeszcze dobitniej podkreślała karykaturalną plastikowość i syntetyczność źródłowych prefabrykatów. Bąkowski dokonał transfuzji własnej, bezdyskusyjnej charyzmy artystycznej, wtłaczając ją w dźwięki programowo miałkie, odhumanizowane, legitymizujące się jedynie swym utylitaryzmem konsumpcyjnym. W ten sposób udało się stworzyć wyjątkowo spójny, oszczędny przekaz podszyty poezją i melancholią, a także specyficznym dla Bąkowskiego rodzajem dekadentyzmu. Ciekaw jestem jak tego typu program zafunkcjonowałby na scenie dużego festiwalu muzycznego typu Opener, chciałbym zobaczyć miny zdezorientowanej publiczności.

Poniżej, w trybie ekskluzywnym, recenzja płyty „Telegaz” , która początkowo miała się ukazać w (zbliżającym się wielkimi krokami) nowym numerze PopUpMusic. Krążek doczeka się co prawda niezależnego opracowania na łamach PopUp, ale już nie mojego autorstwa. Jednak im więcej tekstów o takich albumach, tym lepiej.

Wojciech Bąkowski – „Telegaz”

Wojciech Bąkowski - Telegaz

Jeśli komuś poprzednia solowa płyta Wojciecha Bąkowskiego „Kształt” wydawała się surowa i nieprzystępna, ten może być „Telegazem” mocno zaskoczony. Tym razem artysta czerpie z przebogatego arsenału muzaków, noise’ów otaczającej nas audiosfery elektronicznej, jak choćby – wibracji tel. komórkowego, nagrań zapowiadających przystanki, czy głosu lektora w telewizji. Bąkowski tworzy narrację z dźwiękowych i pisanych przejawów hiperrzeczywistości atakującej codziennie mieszkańców kapitalistycznych miast XXI wieku, pełnych galerii handlowych i nowoczesnych technologii komunikacyjnych. Artysta robi to przewrotnie, nie pozostawiając jednoznacznej odpowiedzi czy tworzy afirmację, krytykę, czy może tylko suchą, reporterską rejestrację. Być może wszystko po trochu?

Prawdę mówiąc ciężko stwierdzić, ponieważ w warstwie tekstowej Bąkowski postanowił zaprezentować niemalże tylko rzeczowniki, wyrazy-stopklatki. Hasła z szyldów reklamowych i znaków drogowych z ulicy dużego miasta okraszone samplami, subtelnym klawiszem, bitem lub hi-hatem. Rzeczywistość narracyjna choć plastikowa, została upięta w sposób inteligentny i poetycki. Wyjątkowym doświadczeniem jest słuchanie „Telegazu” podczas przemieszczania się po mieście. Płyta w pewnym momencie zaczyna doskonale współgrać z tym co dociera zewsząd do oczu i uszu, w pewnym sensie wyostrza zmysły, jednocześnie nie sugeruje bezpośredniej waloryzacji tych wszystkich bodźców – tej musi już dokonać odbiorca.

„Telegaz” to album konceptualny, na którym oszczędna forma została stworzona z zegarmistrzowską precyzją, jest jak dobry kolaż, albo nawet fotomontaż. Dzwiękomontaż? Jeśli „Kształt” był szorstki, dosadnie brutalny, tak „Telegaz” jest sterylnym destylatem, przewrotnym i urzekającym minimalizmem środków. Słucha się tej płyty z niebezpieczną i zastanawiającą przyjemnością, której siła tkwi w poetyckiej niejednoznaczności, oderwaniu od „ja”. Bardzo intrygująca ewolucja.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zobacz też —–> relacja + wideo z koncertu duetu SYNY na Placu Zabaw

Reklamy