DŹWIEKI WYKRZYCZANE [Vandermark & Nilssen-Love]… DŹWIĘKI UKRYTE [Jachna, Mazurkiewicz, Buhl] / Pardon To Tu

Paal Nilssen-Love & Ken Vandermark

Można odnieść wrażenie, że w ostatnich tygodniach w Pardon To Tu wyrównały się proporcje prezentowania muzyki polskiej i zagranicznej. W dodatku – co akurat nie jest dużą niespodzianką – wybierani są najciekawsi przedstawiciele/zjawiska krajowej sceny około improwizowanej (najogólniej mówiąc). Operując na przykładzie – w niedzielę zagrał międzynarodowy duet mistrzów intensywnego free (Ken Vandermark i Paal Nilssen Love), a we wtorek trio Wojciecha Jachny, Jacka Mazurkiewicza i Jacka Buhla – autorów bardzo udanej tegorocznej płyty „Dźwięki Ukryte„. Były to koncerty o biegunowo różnej ekspresji, improwizatorskie yin i yang. By zachować harmonię opiszę oba w jednym tekście.

Nilssen-Love, Vandermark

Duet Vandermarka i Nillsena-Love widziałem już chyba po raz 3 w przeciągu ostatnich lat (i pierwszy raz w Pardon To Tu). Znając ich możliwości poszedłem na koncert w ciemno (a może właśnie w jasno?). Zawodnicy wagi superciężkiej, mistrzowie swego fachu, dobrze naoliwiona machina o, zdawać by się mogło, nieograniczonej mocy. Jestem przekonany, że nawet osoba nie przyzwyczajona do słuchania free impro doceniłaby sam wirtuozerski kunszt muzyków, niebywałe zgranie, wyobraźnię i nade wszystko pewność i determinacja w generowaniu kolejnych plątanin dźwięków. Jak w przypadku tych artystów zwykle bywa, koncert był mieszaniną intensywności i zaskoczenia. To jak Vandermark i Nilssen-Love potrafią nagle zmienić klimat występu o 180 stopni, przeskoczyć od funkowego, agresywnego pulsu  w subtelne, abstrakcyjne, sonorystyczne odloty, może przyprawić o zawrót głowy. Te dynamiczne zwroty akcji podobały mi się najbardziej. Vandermark szczególnie ciekawie prezentował się na potężnym saksofonie barytonowym i piskliwym, świdrującym klarnecie. Z kolei Nilssen-Love fenomenalnie operował rozmaitymi perkusjonaliami, wplatał ich brzmienie do całości narracji z typową dla siebie szybkością, fantazją i nadludzką wręcz precyzją.

Nilssen-Love, Vandermark 2

Panowie zagrali w pełni akustyczny występ, bez dodatkowego nagłośnienia. Dwa razy bisowali. Nilssen-Love schodząc ze sceny był przemoczony do suchej nitki i musiał się podtrzymywać ściany – czyli standard. Czy ten duet byłby w stanie zagrać w ogóle zły koncert? Szczerze wątpię. Intensywny strumień świadomości – zmysłowy w tym sensie, że działał fizyczną, niezwykle pewną siebie energią przekazu. Taki muzyczny ekwiwalent action painting.

—————————————————————-

Mazurkiewicz & Jachna

Jeśli koncert Vandermarka i Nilssena-Love stał pod znakiem ognia, to występowi tria Jachna / Mazurkiewicz / Buhl najbardziej odpowiadałaby woda, jednakże w różnych stanach skupienia. Dominowała para, przestrzenna mgła dźwięków często jedynie delikatnie sygnalizowanych, eterycznych. Jeśli Vandermark i Nilssen-Love grali w zwarciu, dynamiczną, agresywną koszykówkę pełną zwodów, to polskie trio uprawiało bardziej badmintona, posyłając lotkę wysoooko, reagując sprawnie na nieprzewidziane podmuchy wiatru, rażące słońce, okazjonalne uderzenia kantem rakietki itp.

Buhl & Mazurkiewicz 2

Ten koncert nie bazował na intensywnej, wykrzyczanej muzycznej energii, a bardziej na kreowaniu klimatu, na tworzeniu przestrzeni dla różnych dźwiękowych osobliwości – w taki sposób, że zawsze wydawały się być na miejscu. Tytuł płyty tria „Dźwięki Ukryte” jest wyjątkowo znaczący. Ta muzyka wyłania się z ciszy, krystalizuje się niepostrzeżenie z elementów „pozamuzycznych”, dźwięków tła, atmosfery – tutaj duże brawa za umiejętne wykorzystanie elektroniki i preparowanie instrumentów. Wszystko to spaja siatka transowego, zadumanego groove’u, który mógłby trwać, trwać i trwać (najlepszym przykładem utwór „Nie wiem, myślę”, poważny kandydat do nagrody „groove roku”). W tak luźnej, otwartej, rytmiczno-elektronicznej strukturze, tworzonej przez Jacka Mazurkiewicza i Jacka Buhla, Wojciech Jachna był (na koncercie) / jest (na płycie) w bardzo komfortowej sytuacji – może sobie pozwolić na bardzo wiele. A jego dość powściągliwy, subtelny styl, odznaczający się dużą wrażliwością melodyczną, doskonale wypełniał pozostawioną mu przestrzeń, nie dominując nad całością.

Koncert, jak i sama płyta, przywołują mi trochę na myśl muzykę Joshuy Abramsa pod szyldem Natural Information Society. Abrams tworzy podobnie otwarte, transowo-medytacyjne konstrukcje, w których klimat odgrywa znacznie większą rolę niż wirtuozeria [posłuchajcie koniecznie zeszłorocznej płyty Abramsa „Magnetoceptionklik!] Energia, moc tej muzyki polega na strategii „slow power”. I im dłużej trwał koncert Jachny, Mazurkiewicza i Buhla, tym bardziej dawało się to odczuć. Panowie szukali dźwięków ukrytych, a słuchacze mogli zamknąć oczy i odlecieć we własnych poszukiwaniach. Jedno małe „ale” – kontrabas Jacka Mazurkiewicza, według mnie głównego nawigatora tej psychodelicznej wycieczki, mógł być odrobinę głośniejszy. Natomiast siłą samej płyty „Dźwięki ukryte” jest jej precyzyjna konstrukcja, naprzemienność utworów o zróżnicowanym charakterze, która sprawia, że album broni się jako zagadkowa i wielowątkowa całość. Udało się ten klimat oddać na koncercie co w przypadku tak intrygującego materiału jest sukcesem samym w sobie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Płyty w roku 2015 (PL) – czyli „Ce ne sont pas le classement”

Płyty w roku 2015

3… 2…

1…

0!

Płytą roku 2015 jest…

Poniżej rozpościera się zestaw 20 polskich albumów, wydanych na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy, które z rozmaitych względów postanowiłem tutaj umieścić. Dlaczego? Bo są najlepsze? Najciekawsze? Najbardziej oryginalne? A może są najgorsze? Wołają o pomstę do nieba? Tajemnica. Ewentualna hierarchiczność zatarta układem A-Z. Większości z płyt/kaset można posłuchać, klikając „słuchaj”. Do wielu można przeczytać moje recenzje, klikając „czytaj”. Oprócz tego pod każdą pozycją zamieściłem krótki komentarz, czasami wyłuskany z istniejących już tekstów.

Z pewnością lista z czasem się wydłuży/skurczy, bo muzyka generalnie dzieje się w czasie i też czas ją weryfikuje. Na pewno niektóre ciekawostki mi umknęły… Ale tu nie będę już nic zmieniał, oto stan na 31 grudnia 2015.

W kontekście rozmaitych podsumowań i rankingów (to nie jest ranking!) przypomnę wniosek sprzed roku: (rankingi to…) „…brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne.”

Alfabetycznie:

Alameda 5 – „Duch Tornada” (wyd. Instant Classic) ->słuchaj ->czytaj

Alameda 5 - Duch Tornada

„Duch Tornada” to album epicki, o świetnym wyczuciu proporcji i w moim odczuciu szczytowe osiągnięcie artystów działających pod szyldem Milieu L’Acéphale. Płyta-kalejdoskop, która potrafi przenieść słuchacza w inny wymiar. A właściwie wymiary, bo czaruje koherentną różnorodnością, klimatem i wyobraźnią na każdym kroku.

Heroiny – „Ahh-Ohh” (wyd. DUNNO Recordings) ->słuchaj ->czytaj

Heroiny - ACH-OCH

Album stanowi  dobrą syntezę dotychczasowej twórczości Piotra Kurka, a przy okazji jest chyba najbardziej „przebojowym” materiałem w karierze muzyka. Wyjątkowo charakterystyczne brzmienie artysty zostało tutaj poszerzone o nowe wątki, eksperymenty unikają przefajnowania, a całość zachowuje formę zwięzłą i spójną. Kolejny mocny punkt w arcyciekawej dyskografii.

Wojciech Jachna / Ksawery Wójciński – „Night Talks” (wyd. Fundacja Słuchaj) ->słuchaj ->czytaj

Jachna&Wójciński - Night Talks

Wojciech Jachna i Ksawery Wójciński  na „Night Talks” szanują ciszę, unikają tak częstego w jazzie przegadania, a jednocześnie ich wypowiedź pozostaje swobodna i pełna wyobraźni. Słychać to w transowych, mięsistych partiach kontrabasu, w trąbce kreatywnej, lecz zarazem subtelnej i oszczędnej. Muzykom udało się wykreować wyjątkową aurę napięcia i melancholii, której ciężko się oprzeć.

kIRk – „III” (wyd. Asfalt Records) ->słuchaj ->czytaj

kIRk - III

Płynna konstrukcja „III” sprawia, że jest to, jak dotąd, materiał najbardziej przypominający koncertową odsłonę zespołu, a ta – nieodmiennie – fascynuje brzmieniem gęstym i transowym, przecinanym świdrującą trąbką, zaplątaną w bity i pętle. Album znakomicie funkcjonuje jako całość, jest esencjonalny, a jednocześnie stanowi intrygującą zapowiedź nowego rozdziału w historii kIRk.

Księżyc – „Rabbit Eclipse” (wyd. Penultimate Press) ->słuchaj

Księżyc-Rabbit-Eclipse

„Rabbit Eclipse” brzmi jak naturalna konsekwencja i dopełnienie wydanego niespełna 20 lat temu znakomitego debiutu. Płyta poza czasem, klimat nie do podrobienia. 40 minut niesamowitości.

Kolega Doriana – „Kolega Doriana” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Kolega Doriana

Płyta odważna, estetycznie konsekwentna, wykorzystująca strategię „mniej znaczy więcej”. Album jest precyzyjnie poukładany z rozmaitych sonicznych osobliwości, trio umiejętnie operuje detalem, kontrastami ciszy i hałasu. Rzecz bardzo procesualna i wymagająca skupienia. Niewiele polskich składów improwizuje w tak oryginalny sposób.

Marcin Masecki – „Mazurki” (wyd. For Tune) ->słuchaj ->czytaj

Mazurki - Marcin Masecki

„Mazurki” brzmią jak muzyczny autoportret Marcina Maseckiego. Pomysł goni pomysł, a forma mazurka jest jedynie pretekstem do eksperymentów i doświadczeń na „żywym” i elektrycznym instrumencie. Całość zachowuje surowy, wyjątkowo hermetyczny charakter. Podstawą jest tutaj niepewność kształtu każdego kolejnego taktu i ciężko oprzeć się wrażeniu, że w „Mazurkach” jest potencjalny margines na każdego rodzaju dźwięk klawiszy pianina, który nagle, nieoczekiwanie, zyskuje spójność i własne miejsce w układance.

Jerzy Mazzoll & Micromelancolié – „MAZZMELANCOLIÉ” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj

Mazzmelancolie

Obok płyty nagranej w duecie z Tomaszem Sroczyńskim jest to bodaj najciekawsze wydawnictwo Jerzego Mazzolla po powrocie artysty do regularnego publikowania. Trochę szkoda, że kaseta zawiera jedynie dźwięki z recyklingu, z archiwów, niemniej efekt finalny budzi respekt. „Mazzmelancolie” jest pozycją oryginalną, usytuowaną na pograniczu kilku estetyk, odważną i zaskakującą, a jednocześnie komunikatywną, o wciągającej, słuchowiskowej narracji.

Mirt – „Vanishing Land” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Mirt - Vanishing Land

Tytuł adekwatny do zawartości. Kontakt z „Vanishing Land” to jak wyprawa na terra incognita. Nagrania terenowe, ambientowe plamy, mnóstwo detali, brzmienie analogowego sprzętu. Całość ma charakter wyjątkowo spójny, płynny, a jednocześnie nieprzewidywalny. Trochę retro, trochę futuro. Prawdziwa przygoda dla ucha.

Nagrobki – „Stan Prac” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Nagrobki - Stan Prac

Oryginalny koncept i finezyjna prostota. „Stan Prac” to płyta inteligentna, przewrotna i zrealizowana brawurowo od początku do końca, zarówno pod względem tekstów, jak i muzyki – the whole package. Obok duetu pojawiają się znakomici goście (Mikołaj Trzaska, Michał Bunio Skrok, Piotr Pawlak, Olo Walicki, Tomasz Ziętek), którzy wyciągają całość na jeszcze wyższy level. Obok Synów i Ukrytych Zalet Systemu moja ulubiona płyta tego roku w kategorii „piosenka polska”.

Paper Cuts – „Divorce Material” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj ->czytaj

Paper Cuts - Divorce Material

Świetnie rozwijający się materiał, wciąga, czaruje drobnostkami i wielkim wyczuciem brzmienia. Każdy utwór to odrębna historia zasadzona na ciekawym pomyśle. Gra w częściach, gra w całości. Kaseta ma własny, wciągający, mocno surrealistyczny klimat i  jest jak dotąd najbardziej kompletnym owocem współpracy Łukasza Kacperczyka (syntezator modularny) i Wojciecha Kurka (perkusja).

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes. African Mystic Music” (wyd. Bołt Records) ->słuchaj ->czytaj

Raphael Rogiński - Coltrane

Główną zaletą tego wydawnictwa jest powściągliwa wirtuozeria Rogińskiego, pełna wyczucia i wrażliwości na najbardziej ulotne brzmieniowe detale, często właśnie nimi operująca. Płyta jest niezwykle udaną odpowiedzią na pytanie jak w kreatywny sposób oddać hołd muzyce o statusie ikonicznym. Właśnie tego typu interpretacje udowadniają, że dziedzictwo Coltrane’a nie musi być spetryfikowane w standardach i leżeć na zakurzonym postumencie zatytułowanym „klasyka jazzu”.

Jacek Sienkiewicz – Drifting (wyd. Recognition) ->słuchaj

Sienkiewicz - Drifting

Po włożeniu na uszy słuchawek, dobry album techno powinien podporządkowywać strukturze dolatującego do świadomości bitu całą otaczającą rzeczywistość. Powinien wciągać. A od Drifting” naprawdę ciężko się oderwać. Oprócz tego warto sprawdzić bardziej abstrakcyjny „Instynkt” ->słuchaj.

Slalom – „Wunderkamera” (wyd. Lado ABC) ->słuchaj ->czytaj

Slalom - Wunderkamera

„Wunderkamera” to płyta wesoła, frywolna, brzmi jak efekt dobrej, kreatywnej zabawy, która dość szybko udziela się słuchaczowi. Tytuł odsyłający do historycznych gabinetów osobliwości jest tutaj nader adekwatny. Pozytywny rodzaj dezorientacji Slalom prowadzi w sposób konsekwentny i wewnętrznie spójny. Eksperymenty nie podważają w żadnym stopniu komunikatywności przekazu i frajdy z odbioru.

SYNY – „Orient” (wyd. Latarnia Records) ->słuchaj ->czytaj

SYNY - Orient

Wielką siłą tego albumu jest stylistyczna spójność, wyjątkowy klimat, a także otwarte, eksperymentalne podejście do hip-hopowej formy. Orient wciąga od „Intro” aż po zamykające zestaw 20 kawałków „Świnoujście”, jest interesujący jako twór muzyczno-literacki. Synom już na wysokości debiutu udało się osiągnąć oryginalne, własne brzmienie, stanowiące ciekawą wypadkową dotychczasowej działalności Piernikowskiego i Jankowiaka – wypadkową, która przynosi de facto nową jakość.

Kamil Szuszkiewicz – „Istina” / „Robot Czarek” (wyd. Wounded Knife / Bołt Records) ->słuchaj1 ->słuchaj2

Kamil Szuszkiewicz - IstinaKamil Szuszkiewicz - Robot Czarek

Kamil Szuszkiewicz na „Istinie” i „Robocie Czarku” jawi się jako wyjątkowo radykalny i konsekwentny eksperymentator. Obie kasety rządzą się własnymi prawami, porażają oryginalnym konceptem i bezkompromisowością, ale co najważniejsze intrygują. Warto zadać sobie trud, aby wejść głębiej w te nieszablonowe wydawnictwa, które śmiało można określić jedynymi w swoim rodzaju. Warto też sprawdzić minialbum kwartetu Zebry A Mit ->słuchaj.

T’ien Lai – „RHTHM” (wyd. Monotype Records) ->słuchaj

T'ien Lai - RHTHM

Redefinicja brzmienia T’ien Lai, postawienie na motorykę i techno bit, okazała się strzałem w dziesiątkę. Na „RHTHM” obok tytułowego rytmu znajdują się gigantyczne pokłady psychodelii, dzięki czemu seans z albumem należy do wyjątkowych doświadczeń. Niespodzianki kryją się niemal w każdej minucie albumu.

Ukryte Zalety Systemu – „Ukryte Zalety Systemu” (wyd. Antena Krzyku) ->słuchaj

Ukryte Zalety Systemu

UZS udało się stworzyć system z wieloma ukrytymi zaletami. Teksty zaangażowane, a niebanalne, wręcz uniwersalne. Muzyka prosta, lecz charakterystyczna i intrygująca jak diabli. Koncept. Energia. Zwięzłość. Prostota. Oryginalność. Siła rażenia porównywalna z pierwszymi dwoma albumami Republiki.

X:Navi-Et – „Vox Paradox” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj 

XNaviEt - Vox Paradox

„Vox Paradox” to muzyka grozy, dobry bad trip z jednym reżyserem. Siłą tej kasety jest jej konstrukcja, układ, dramaturgia. Każdy utwór intryguje niepokojącym klimatem, złożonością użytych środków, a także dużym wyczuciem w ich dystrybuowaniu. Słychać tutaj jak duży wkład ma Rafał Iwański w brzmienie duetu Kapital. Jeśli komuś podobała się płyta „Chaos to Chaos” (->słuchaj), to po bardziej surowe „Vox Paradox” powinien sięgnąć niezwłocznie.

Evan Ziporyn / Wacław Zimpel / Hubert Zemler / Gyan Riley – „Green Light” (wyd. Multikulti) ->słuchaj

Ziporyn, Zimpel, Zemler Riley - Green Light

Znakomici muzycy zagraniczni + znakomici muzycy polscy = bardzo dobry wspólny album z dużą ilością niespodzianek. Płyta na pograniczu etno, minimalizmu, improwizacji i kompozycji, nagrana z naprawdę dużą wyobraźnią. Aż ciężko uwierzyć, że wszystkie dźwięki powstały bez użycia elektroniki. Muzyka na „Green Light” koi i uwodzi, unikając zarazem łatwych rozwiązań.

—————————————————————–

Dziękuję za uwagę w roku (już) ubiegłym i zakończę po szekspirowsku – reszta jest słuchaniem.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Jachna & Wójciński Duo – „Night Talks” w Pardon To Tu

Wójciński & Jachna3

Duet na trąbkę i kontrabas to – przynajmniej na polskiej scenie – rzecz niecodzienna. Miałem szczęście, że rok temu w klubie Chmury byłem świadkiem poczęcia się nowego muzycznego bytu, jakim okazał się duet Wojciecha Jachny z Ksawerym Wójcińskim. Dziś Panowie mają już na koncie świetny, kameralny, bardzo nastrojowy album pt. „Night Talks” – owoc dwudniowej, grudniowej sesji nagraniowej. Koncert w Pardon To Tu był dopiero ich drugim spotkaniem na jednaj scenie, w co biorąc pod uwagę jakość występu aż ciężko uwierzyć.

Duet Jachna-Wójciński jest doskonałą reprezentacją zjawiska, które określane jest często jako tzw. „chemia między muzykami”. Komunikacja na linii kontrabas – trąbka zachodziła w sposób niezwykle naturalny, wręcz organiczny, był w niej rodzaj pozytywnej oczywistości, którą rozumiem jako samowystarczalność – ani na moment podczas koncertu nie miałem poczucia przesytu lub braku. Muzycy świetnie gospodarowali dźwiękiem, dystrybuując go z wielką wrażliwością na brzmienie. W jednym z wywiadów Ksawery Wójciński na pytanie o inspiracje muzyczne wyznał mimochodem, że nie słucha zbyt dużo muzyki, a cisza jest podstawą, brzmi najpiękniej, choć jest utopią (klik). Ten kontekst utopijnej ciszy, z której dopiero rodzi się dźwięk jest we współpracy z Wojciechem Jachną bardzo dojmujący. Artyści szanując ciszę unikają tak częstego w jazzie przegadania, a jednocześnie ich wypowiedź pozostaje swobodna i pełna wyobraźni. Słychać to w transowych, mięsistych partiach kontrabasu, w trąbce kreatywnej, lecz zarazem subtelnej i oszczędnej.

Koncert, podobnie jak płyta „Night Talks”, pokazał, że Jachna i Wójciński są muzykami niebywale lirycznymi, a melancholia to dla nich wspólny mianownik, na którego bazie są w stanie tworzyć spójne konstrukcje o wyjątkowym klimacie. Pozostaje mieć nadzieję, że z czasem powstanie tych konstrukcji jeszcze więcej, zarówno na żywo, jak i na nagraniach.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Innercity Ensemble na Placu Zabaw

Innercity7

Czas szybko leci, od ostatniego podwójnego albumu Innercity Ensemble minęło już półtora roku. Ten dystans słychać było podczas występu na Placu Zabaw, który stanowił swoistą rozgrzewkę formacji przed wyjazdem na Off Festival. Z Katowic – wedle kilku relacji – Panowie wrócili z tarczą, a nawet triumfalnie. Na podstawie warszawskiego koncertu nie jest trudno w te pogłoski uwierzyć.

Dla osób mających zacięcie encyklopedyczne pisanie o Innercity Ensemble to w 50-75% przytaczanie nazw zespołów, z których poszczególni muzycy się wywodzą. Nuda, ale znamienna. O tych zespołach słuchacze dysponujący elementarną wiedzą dotyczącą polskiej sceny niezależnej naczytali się już po stokroć. Dlaczego? Otóż dlatego, że tak zwana scena bydgosko-toruńska (okolice Milieu L’Acéphale) to w ostatnich latach prawdziwy fenomen. Członkowie Innercity rozsiani po rozmaitych składach, lub tworzący solo, przeżywają obecnie fantastyczny, twórczy okres. W zasadzie każdy spośród 7 muzyków kolektywu podpisał się ostatnio pod płytą bardzo dobrą (o kilku z nich można poczytać w aktualnym PopUp). Natomiast samo Innercity Ensemble to synergia – połączenie różnych artystycznych osobowości, skład demokratyczny, improwizujący i wyjątkowy w pejzażu polskich „big bandów”, ponieważ septet nie czerpie bezpośrednio z tradycji jazzowej – ona pojawia się niejako przy okazji bogactwa wszelkich pozostałych wpływów.

Innercity2

 Zespół – mimo dużej aktywności wszystkich muzyków na własnych polach – pozostaje na dobrą sprawę working bandem, dość regularnie jeżdżącym w trasy i wypuszczającym nowy materiał. Słuchając występu na Placu Zabaw można było odnieść wrażenie, że kolejny rozdział w karierze Innercity jest właśnie in statu nascendi.

Na narrację kolektywu głównie składa się mocno rozbudowana, czteroosobowa sekcja rytmiczna i to właśnie szeroko rozumiany „beat” był pierwszoplanowym bohaterem nadwiślańskiego koncertu. Rafał Iwański, Rafał Kołacki, Radek Dziubek i Tomek Popowski potrafią wspólnymi siłami wygenerować bardzo złożone polirytmie, które tworzą naturalne, gęste, lecz przyjazne środowisko dla hipnotycznych gitar Kuby Ziołka i Artura Maćkowiak. Na pozycji uprzywilejowanej znajduje się w zespole jedyny solista Wojciech Jachna, ponieważ trąbka ma do dyspozycji stosunkowo największy margines swobody. Niemniej Jachna korzysta z tej wolności w sposób subtelny i powściągliwy, dzięki czemu relacja tło/pierwszy plan pozostaje nieoczywista. Groove nieustannie ściera się z drobnymi niuansami brzmienia poszczególnych instrumentów (a jest ich na scenie multum) i elektroniki. Na dobrą sprawę mimo siedmioosobowego składu muzyka Innercity jest oszczędna, szalenie spójna, podporządkowana płynnym ewolucjom w budowaniu niezwykłej onirycznej atmosfery.

Jestem bardzo ciekaw kolejnego wydawniczego kroku formacji. Kolejne już doświadczenie koncertowe utwierdziło mnie w przekonaniu, że zespół dysponuje wciąż rosnącym potencjałem, który być może warto by było skrzyżować z udziałem jakichś „elementów zewnętrznych” na kolejnym krążku? Otwarta forma muzyki Innercity Ensemble wydaje mi się wprost stworzona do artystycznej absorpcji gości. Myślę, że w Polsce (i nie tylko) nie zabrakłoby chętnych do zagrania z jednym z najciekawszych big bandów w tym kraju – wejścia do wspólnej piaskownicy na muzycznym placu zabaw.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

#7 CoCArt Festiwal w CSW Znaki Czasu / Toruń 2015

Gmach Centrum Sztuki Współczesnej Znaki Czasu usytuowany jest na obrzeżach staromiejskiej części Torunia. Budynek ceglaną fasadą znakomicie wpisuje się w historyczną zabudowę, a jednocześnie nowoczesna forma bryły wprowadza w pejzaż miejski pierwiastek świeżego powietrze. Toruńskie CSW dysponuje jedną z najbardziej okazałych powierzchni wystawienniczych w Polsce ( ok. 4000 metrów kwadratowych). I właśnie w największej, monumentalnej hali ekspozycyjnej odbyła się tegoroczna, siódma już edycja festiwalu CoCArt, poświęconego szeroko rozumianej muzyce elektro-akustycznej. Impreza może poszczycić się ambitnym, precyzyjnym i wewnętrznie spójnym programem ukierunkowanym na prezentację intrygujących zjawisk we współczesnej muzyce, a nie na schlebianie masowym gustom. Dzięki temu jest to swego rodzaju festiwal bez „headlinerów”, bez przypadkowych widzów i bez komercyjnej szopki. Tutaj kontekst muzeum sztuki wydaje się najbardziej adekwatny. Podczas dwóch dni koncertowych nie miałem wątpliwości, że nadrzędnym celem CoCArtu jest przede wszystkim umożliwienie słuchaczom jak najbardziej komfortowego odbioru dźwiękowych fenomenów – to muzyka była na pierwszym miejscu. Dosłownie i symbolicznie.

scena_CocArt

Dużym plusem było centralne usytuowanie sceny pomiędzy charakterystycznymi czterema filarami sali wystawienniczej. Dzięki takiej konfiguracji przestrzennej można było samemu decydować z jakiej perspektywy doświadczać muzyki. Bardzo trafione posunięcie kuratorskie, dobrze eksponujące znakomite warunki akustyczne gigantycznej hali. Kilka słów o kuratorach. Rafał Iwański i Rafał Kołacki odpowiedzialni za program CoCArtu są przede wszystkim aktywnymi muzykami. Wspólnie tworzą niezwykle ciekawy duet HATI, należą też m.in. do kolektywu Innercity Ensemble. Z całą pewnością nie bez znaczenia jest fakt, że festiwal organizowany jest właśnie przez artystów parających się dźwiękiem na co dzień i zwykle stojących na scenie, a nie poza nią. Kuratorzy każdy z występów poprzedzali krótkim wstępem zarysowującym sylwetki kolejnych muzyków.

TER1

Piątkowy wieczór w CSW został spięty klamrą solowych koncertów artystów operujących „instrumentarium elektronicznym”. Jako pierwsza pojawiła się na scenie jedyna kobieta obecna w line-upie festiwalu: TER (Magda Ter). Recenzując jej debiutancką płytę „Fingerprints” na łamach PopUpMusic zwróciłem uwagę na pewien ciężki do zdefiniowania „nastrój nierealnej baśniowości”, który tworzył wyjątkowy klimat albumu. W hali CSW zabrzmiała ona dużo bardziej monumentalnie i kosmicznie, niż miało to miejsce na krążku. W dalszym ciągu jak na muzykę elektroniczną brzmienie TER posiada stosunkowo organiczny, płynny charakter, w którym można wyszczególnić dwie wyraźnie zarysowane płaszczyzny – melodyczną i rytmiczną. Różnorakie dźwięki rytmizujące narzucone na senne, nieco krautrockowo snujące się harmonie, są w muzyce TER kontrapunktem, który nadaje wypowiedzi przyjemnego zniuansowania. Ponadto artystka umiejętnie wykorzystała akustykę miejsca, tworząc ciekawe stereofoniczne iluzje potęgujące psychodeliczne brzmienie całości. Zdecydowanie pozytywna inauguracja wieczoru. [fragment występu TER]

Mike Majkowski 2

Jako drugi pojawił się na scenie Mike Majkowski, kontrabasista poruszający się swobodnie w wielu stylistykach – od jazzu po noise, ambient, muzykę eksperymentalną. Artysta zagospodarował swój czas festiwalowy środkami minimalnymi, tworząc narrację z wykorzystaniem zaledwie kilku patentów. Przeważały bardzo szybkie, krótkie, acz całościowo rozwlekłe pociągnięcia smyczkiem, które następnie muzyk kontrastował z odrobinę dłużej wybrzmiewającym, samodzielnym dźwiękiem. Relacja mechanicznej wręcz rytmiki, oszczędnej, niepokojącej melodii i wkradającej się sonorystyki (charakterystyczne brzmienie uderzania o struny smyczkiem). Właściwie przez cały występ Majkowskiego miałem nadzieję, że nagle przełamie schemat wypowiedzi i dopuści do głosu bardziej zróżnicowane frazy. Nic z tych rzeczy. Budowana przez muzyka dramaturgia nie doczekała się kulminacji, ani ujścia. Kontrabasista zaprezentował sztukę umiaru. Jakkolwiek jestem zdania, że szczególnie w przypadku muzyki improwizowanej czy eksperymentalnej bardzo często „mniej znaczy więcej”, tak w tym wypadku nie do końca jestem przekonany co do zaistnienia tej reguły. Biorąc pod uwagę, że Majkowski jest artystą dysponującym umiejętnościami i technikami naprawdę imponującymi, to skrajne ograniczenie formy jakie pokazał na CoCArt, wydaje mi się trochę straconą szansą, jaką dawały chociażby akustyczne warunki przestrzeni. Choć początkowo występ wykreował dramaturgię i napięcie, to z czasem oba te pierwiastki zaczęły blednąć i tracić na sile. Być może był to koncert najbardziej radykalny pod względem realizowanej strategii formalnej, jednak ciężko mi nie poczytywać go w kategoriach lekkiego rozczarowania. [fragment występu Majkowskiego]

Jachna-Buhl 2

Trzecim punktem programu był bydgoski duet Jachna/Buhl. Zespół opiera swoje brzmienie na dźwiękach trąbki, perkusji i elektroniki. Zdawać by się mogło, że jest to przepis na „polskie Chicago Underground Duo”, ale sytuacja wygląda w ten sposób tylko na papierze. Styl gry Wojciecha Jachny i Jacka Buhla ma w sobie dużo mniej z jazzu sensu stricto. Brzmienie duetu określiłbym jako przede wszystkim bardzo przestrzenne, budowane powoli i dopuszczające wiele ornamentalnych elementów perkusyjnych, elektronicznych, nad którymi trąbka unosi się zwykle delikatną, melancholijną frazą. W perkusji Buhla jest dużo miejsca na wszelkiego rodzaju dźwiękowe przeszkadzajki, które muzyk kreatywnie i płynnie wplata w narrację, tworząc wielobarwny rytmiczny splot. „Elektroniczne wspomaganie” pełni u duetu funkcję głównie harmoniczną, koloryzującą, która pozwala Jachnie na swobodniejsze operowanie trąbką w kontrze do podkładu. Występ rozwijał się powoli, lecz narastał zdecydowanie – od początkowych dość impresyjnych dialogów po przyjemny groove, o nieco „etnicznym” zabarwieniu. Najbardziej zróżnicowany i dynamiczny koncert pierwszego dnia w CSW. [fragment występu Jachna/Buhl]

Rashad Becker 1

Wieczór zamknął Rashad Becker. Przyznam szczerze, że w momencie wydania solowej płyty Niemca „Traditional Music of Notional Species Vol. 1” nie do końca zrozumiałem istotę jej fenomenu. To duszna, gęsta, powykręcana elektronika o miejskim postindustrialnym charakterze. Becker tworzy struktury bardzo złożone nieustannie ewoluujące na wielu poziomach. Słuchając tej muzyki można odnieść wrażenie, że mnogość elementów, z których jest złożona, znajduje się w permanentnym ruchu – trochę jak oglądanie mrowiska z bardzo, bardzo bliska. Z tym, że na mrowisko składają się najróżniejszej proweniencji trzaski, szumy, zgrzyty, piski i dysonanse powiązane ze sobą na zasadzie, nazwijmy to, „logiki abstrakcyjnej”. Twórczość bardzo specyficzna przypominająca wgląd w zmysły owładnięte delirium. Z całą pewnością nie jest to muzyka relaksacyjna, choć ma w sobie silny, hipnotyczny pierwiastek. Dość mocny i odrobinę przytłaczający akcent na zakończenie pierwszego dnia. Becker zabrzmiał moim zdaniem dobrze w przestrzeni CSW, chociaż ciężko w przypadku podobnej muzyki stwierdzić co dokładnie znaczy „dobrze”. Można było powoli zanurzyć się w sonicznym mikrokosmosie artysty. Ciekawe doświadczenie. Tutaj bardzo pozytywnym czynnikiem okazała się możliwość słuchania artysty w pozycji horyzontalnej. Nie wyobrażam sobie odbioru podobnej muzyki musząc stać w zatłoczonym klubie. [fragment występu Rashada Beckera]

Zdzisław Piernik 3

Drugi dzień upłynął głównie pod znakiem instrumentów dętych, które pojawiły się w aż trzech z czterech części programu. Dzięki temu wieczór okazał się bardziej atrakcyjny z per formatywnego punktu widzenia. Pierwszeństwo przypadło w udziale rodowitemu torunianinowi Zdzisławowi Piernikowi, mistrzowi tuby solowej. Kto nigdy nie widział występu Piernika na żywo, ten nie będzie w stanie wyobrazić sobie jaki potencjał tkwi w tubie – instrumencie, który we właściwych rękach staje się narzędziem totalnym. Artysta wyposażony był w dwie tuby i szereg rekwizytów pozwalających na ich preparacje i rozszerzanie możliwości brzmienia. Czasami ciężko było rozróżnić czy muzyka wydobywała się z instrumentu, ponieważ muzyk wykorzystywał podkłady i sample, na które złożyły się w większości – zdaje się – dźwięki uprzednio nagranej tuby. Niekiedy instrument przetwarzany był także w czasie rzeczywistym. Z mojej perspektywy występ Zdzisława Piernika należał do najjaśniejszych punktów festiwalu. Artysta jest żywą legendą polskiej awangardy i muzyki improwizowanej. Koncert miał wyjątkową siłę rażenia, a spektrum prezentowanych brzmień wydawało się nieograniczone. Akustyka sali okazała się dla artysty dodatkowym sprzymierzeńcem, skutecznie podkreśliła barwę instrumentu i pozwoliła na ekspozycję nawet najdrobniejszych dźwiękowych niuansów. Piernik podzielił występ na kilka części, po każdej z nich wstawał, kłaniał się (wraz z tubą) i dziękował za oklaski. Choć artysta w tym roku świętować będzie 73 urodziny, to na CoCArcie przedstawił muzykę pełną mocy, werwy, młodzieńczego nieokrzesania i odwagi. Znakomity koncert, który słusznie doczekał się największego aplauzu wśród zebranej publiczności. [fragment występu Zdzisława Piernika]

Arszyn 1

Kolejnym punktem programu był występ Arszyna, czyli Krzysztofa Topolskiego, perkusisty i dźwiękowego eksperymentatora (najogólniej mówiąc). Artysta poprzedził wyjście na scenę krótkim wstępem, na który złożyła się relacja z wizyty w Istambule, gdzie muzyk dotarł do historycznej kolebki talerza perkusyjnego. To właśnie talerze, jak się wkrótce okazało, stały się głównym narzędziem wypowiedzi Arszyna w CSW. Artysta początkowo skupił się na miarowym prezentowaniu brzmienia poszczególnych blaszanych krążków, których dźwięk rozchodził się po sali tworząc dość oniryczny, rytualny klimat. Narracja stopniowo zaczynała gęstnieć i zyskiwać na intensywności. Dużą cześć występu Arszyna przesiedziałem tuż obok sceny i właśnie obserwowanie poczynań artysty z tak bliska było chyba najlepszym rozwiązaniem. Działania Topolskiego przypominały eksperymenty w akustycznym laboratorium wykorzystujące element przypadku i poczynań intuicyjnych. Po mniej więcej połowie trwania występu Arszyn przestał jednostajnie uderzać w talerze, a skupił się na ich interakcji z mikrofonem, piłeczką pingpongową, spuszczał również powietrze z czerwonego balonika do nagłośnienia, co dawało dość interesujący efekt. Gdyby te elementy wypowiedzi zostały wplecione w pierwszą część występu, byłby on z pewnością bardziej koherentny, tak dramaturgia koncertu (a w zasadzie dźwiękowego performansu) straciła trochę swój impet. Końcowe eksperymenty na tle zapętlonego brzmienia talerza, miały już w sobie znamiona błądzenia, docierania do pomysłu, który gdzieś co prawda majaczył na horyzoncie, ale był niewystarczająco wyraźny i uchwytny. Z pewnością ograniczenie czasowe koncertu i lekkie zmiany w rozkładzie akcentów wzmogłyby jego siłę rażenia. Niemniej jednak nie nazwałbym występu nieudanym, był interesujący. Siłą rzeczy w eksperymenty wpisane jest pewne ryzyko. Artysta zdaje się zaakceptował ten fakt i poszedł na całość, dlatego brawa za odwagę. [fragment występu Arszyna]

Hadron + Jerzy Mazzoll

Planowo na występie Arszyna miał zakończyć się udział polskich artystów na festiwalu. Okazało się jednak, że kuratorzy przygotowali słuchaczom niespodziankę programową w postaci Jerzego Mazzolla, który dołączył do duetu Hadron na krótki, lecz mocny bis. Do pewnego stopnia występ klarnecisty uratował tę część programu i nie miałbym nic przeciwko jakby duet zagrał z Mazzollem cały koncert. Bez wątpienia wypowiedź Marino Pliakasa i Michaela Wertmüllera należała do najgłośniejszych na festiwalu, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Hadron zalał CSW gęstą lawą basowo-perkusyjno-komputerową, o znacznie bardziej metalowym niż improwizowanym zabarwieniu. Wedle zapowiedzi kuratorów był to także jedyny występ prezentujący wcześniej przygotowaną kompozycję. Rzeczywiście Pliakas miał przed sobą partyturę, a Wertmüller co chwila zerkał na ekran laptopa. Przez pierwsze minuty słuchałem występu z przyjemnością, duet zaproponował muzykę skrajnie inną od dotychczas na festiwalu obecnej, jednak po pewnym czasie muzyka Hadronu zaczynała nużyć swą powtarzalnością i brakiem niuansów. W zasadzie miałem wrażenie, że panowie cały czas grają to samo. Koncert jednak skutecznie spełnił „funkcję wybudzającą” po wyciszonym, eterycznym występie Arszyna. Udział Mazzolla wprowadził muzykę duetu na inne tory, dużo mniej ekstrawertyczne, a bardziej wyczulone na wzajemne interakcje instrumentów, choć w dalszym ciągu była to muzyka zdecydowanie ciężka. Sam klarnecista na przestrzeni dwóch krótkich improwizacji zaprezentował szeroki arsenał swoich możliwości – od niskiego, drone’owego grania opartego na circular breathing, przez meandryczne melodie o odrobinę ludowym zabarwieniu, po ekspresyjne przedęcia i zabawę sonorystyką instrumentu. Hadron w roli sekcji wypadł o niebo lepiej niż jako samodzielny byt artystyczny. Zatem zdecydowanie pozytywne zwieńczenie umiarkowanie ciekawego występu. [fragment występu Hadron + Jerzy Mazzoll]

Franz Fautzinger 1

Dostojne, ostatnie miejsce w line-upie otrzymał austriacki trębacz Franz Hautzinger, który pojawił się na scenie uzbrojony jedynie w instrument i mikrofon. Hautzinger znany jest z nieortodoksyjnego podejścia do dętego, blaszanego urządzenia jakim jest trąbka. Można było to usłyszeć od pierwszej chwili – charakterystycznych typowych dla instrumentu fraz było jak na lekarstwo. Artysta zaoferował publiczności znacznie więcej – można powiedzieć, że cały makrokosmos nieoczywistych brzmień jakie trąbka skrywa. Gra Hautzingera polegała na sonorystycznej, wręcz noise’owej zabawie możliwościami instrumentu, z których budował narrację bardzo wyważoną, nieprzegadaną i zaskakującą. Artysta świetnie wykorzystał akustykę CSW kontrastując brzmienie trąbki unplugged z potężnym, niepokojącym dźwiękiem jaki wydawała w interakcji z mikrofonem. Hautzinger wykazał się ponadto umiejętnością gry ciszą i pauzą, które przemycał do muzycznej opowieści, nadając im rolę integralnych elementów budujących dramaturgię. Podobna strategia artystyczna w pełnej krasie jest w stanie wybrzmieć właśnie w sytuacji koncertowej, kiedy rzeczy zdumiewające, z pogranicza improwizatorskiego szamanizmu, dzieją się bezpośrednio na naszych oczach. Hautzinger zagrał fenomenalnie, oryginalnie, a zarazem bardzo spójnie. Nie mam żadnego problemu z nazwaniem go mistrzem trąbki. Podobnie nowatorskie podejście do tego instrumentu widziałem dotychczas tylko na solowym występie Petera Evansa, a był to jeden z najlepszych koncertów jakie widziałem w zeszłym roku. Duże brawa. Jedynym drobnym mankamentem było rezonowanie werbla pozostawionej na scenie perkusji Hadronu, który przy niskich dźwiękach Hautzingera dawał efekt uderzania w blachę falistą, co niekiedy było ciekawe, ale na dłuższą metę trochę irytowało. Nie zmienia to jednak mojej całościowej bardzo wysokiej oceny występu Austriaka. [fragment koncertu Hautzingera]

Franz Hautzinger 4

 I tak oto siódmy CoCArt dobiegł końca. Tę siódemkę należy odczytywać symbolicznie. Dla mnie dwa dni w CSW były bezapelacyjnie czasem szczęśliwym. Ciężko mi przypomnieć sobie muzyczny event, na którym w tak komfortowych warunkach mógłbym obcować z tak różnorodną twórczością tak wysokiej próby. Zatem trzy razy „tak”. Program festiwalu stanowił estetyczne wyzwanie dla percepcji odbiorcy, a „muzyka-sztuka” powinna być wyzwaniem. Bardzo się cieszę, że podniosłem rękawicę i wybrałem się do Torunia. Miasto słynie ostatnio z budowy jednej świątyni, warto podkreślić, że „świątynię dźwięku” ma już wybudowaną. Chociaż była to moja pierwsza wizyta na festiwalu, to jestem przekonany, że odwiedzę CoCArt ponownie, ponieważ wróciłem do Warszawy bogatszy o naprawdę wyjątkowe doświadczenia muzyczne.

więcej zdjęć

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Innercity Ensemble (support: Piotr Bukowski, Stara Rzeka) w Hydrozagadce

Innercity

Odkąd usłyszałem po raz pierwszy Innercity Ensemble, a było to mniej więcej na wysokości płyty „Katahdin”, nie mogłem się doczekać momentu, kiedy zobaczę zespół na żywo. Kolektyw zrzeszający siedmiu muzyków, z trzech miast, zaangażowanych w szereg oddzielnych, równie frapujących projektów, można śmiało nazwać składem wyjątkowym w perspektywie polskiej sceny muzyki niezależnej. Tegoroczne, dwupłytowe wydawnictwo Ensemble’u podkręciło moją chęć koncertowego doświadczenia jeszcze bardziej. Jednym słowem jak tylko dowiedziałem się o występie zespołu w Hydrozagadce nie miałem żadnych wątpliwości i bez wahania zrezygnowałem z równoległych wydarzeń. O słuszności decyzji utwierdził mnie nie jeden, a trzy muzyczne argumenty, które kolejno pojawiały się na scenie praskiego klubu.

Piotr Bukowski

Wieczór zaczął się od miłej niespodzianki, która na początku była wielką niewiadomą. Piotr Bukowski, znany ze składów Hokei i Xenony, został ogłoszony jako support niemal w ostatniej chwili. Ciężko było przewidzieć, co muzyk zaproponuje w programie solowym. Ostatecznie Bukowski zagrał set posiłkując się jedynie gitarą elektryczną, obficie uzbrojoną w efekty. Mocne, gitarowe uderzenie charakterystyczne dla Hokeia zostało rozbite na szereg mniejszych atomów, układających się w wypowiedź bogatszą, bazująca na brzmieniowych eksperymentach na jakie pozwala zelektryfikowane sześć strun. Set pozornie wyglądający na improwizatorski strumień świadomości porządkowała silna rytmiczna intuicja i dość czytelne, acz pomysłowe riffowe umocowanie (trochę w duchu Sonic Youth). Bukowski ciekawie niuansował swoją grę kreatywnie wykorzystując efekty, a przesterowane dźwięki spajał w różnorodną, ewoluującą strukturę. Chociaż momenty głośne sąsiadowały z wyciszeniami, to całość podszyta była nieuchwytnym, kompulsywnym nerwem, gnaniem do przodu. Ta nieustanna, podskórna intensywność skutecznie przykuwała uwagę, zachęcała do śledzenia kolejnych minut występu. Artysta mógł co prawda zakończyć set kilka minut wcześniej po charakterystycznym przesileniu, przeciągając grę nieco rozmył siłę ostatecznego efektu, jednak z drugiej strony nagłe zawieszenie, którym koncert się zakończył, dobrze wpisało się w otwartą formułę muzyki.

Stara Rzeka

Ciekawym zabiegiem okazało się zestawienie Bukowskiego ze Starą Rzeką Kuby Ziołka. Panowie współpracujący ze sobą chociażby we wspomnianym Hokeiu, pokazali jak bardzo suwerenna jest ich solowa twórczość. Tak jak set Bukowskiego był pełen rytmicznego napięcia i erupcji energii, tak Stara Rzeka płynęła bardziej psychodelicznym korytem. Zdaje się, że był to trzeci występ Ziołka pod tym szyldem jaki widziałem i z całą pewnością okazał się najbardziej satysfakcjonujący. Prawdopodobnie miały na to wpływ kiepskie okoliczności poprzednich kontaktów – OFF Festiwal, wczesne popołudnie i sauna na scenie eksperymentalnej; słaba akustyka występu plenerowego pod Pałacem Kultury z wizualizacjami Agnieszki Polskiej w ramach cyklu MSN „Co słychać”. Tym razem nagłośnienie stanęło na wysokości zadania, a mroczna przestrzeń Hydrozagadki idealnie wpasowała się w klimat Starej Rzeki. W odróżnieniu do poprzedniego setu, tym razem gitara stanowiła jedynie element układanki, do pewnego stopnia fundamentalny, jednak sam instrument najczęściej dążył do zagubienia własnych cech dystynktywnych. Trans i kosmiczne brzmienie całości przywoływało skojarzenia z niemiecką muzyką eksperymentalną lat 70. Elementami ciekawie przebijającymi się przez deliryczne, zawiesiste strumienie dźwięków, były wokal i fujarka, które odsyłały z kolei do kontekstu folkowego. Tylko w przypadku muzyki Ziołka można mówić bardziej o folku science fiction. Niekiedy brzmienie Starej Rzeki przypominało mi znakomity soundtrack do filmu „Blade Runner”, chociaż klimat muzyki dryfował bardziej w harmonijną przestrzeń psychodelicznego tripu, niż paranoi i opresji, unoszącej się nad ścieżką dźwiękową Vangelisa. Po występie Bukowskiego set Starej Rzeki można nazwać wręcz chill out’ującym – też miewał swoje przesilenia, jednak to budowanie klimatu było zdecydowanie najsilniejszą stroną wypowiedzi Ziołka.

Innercity Ensemble

Finał wieczoru, występ Innercity Ensemble do pewnego stopnia okazał się syntezą supportów: łączył energię wynikającą z rytmicznego zróżnicowania z hipnotycznym charakterem płynnie rozwijanych kompozycji. Dużo o muzyce kolektywu mówią już same liczby. W zespole aż cztery osoby (Radek Dziubek, Rafał Kołacki, Rafał Iwański, Tomek Popowski) odpowiedzialne są za generowanie faktury perkusyjnej. Kolejną, dwuosobową warstwą jest sekcja gitarowa, która narzuca na spektakularny rytmiczny kręgosłup, dźwięki abstrakcyjne i niestandardowe. Instrumenty Kuby Ziołka i Artura Maćkowiaka dalekie są od gry ortodoksyjnej, zdecydowanie skłaniając się ku sonicznym eksperymentom, nie popadając przy tym w przerost formy nad treścią. Trzecią, jednoosobową sekcją jest Wojciech Jachna, którego trąbka delikatnie unosi się nad pulsującą całością, bądź wprowadza charakterystyczne motywy melodyczne. Koncertowa żywiołowość muzyki Innercity Ensemble jest dojmująca i bardzo ciężko się jej oprzeć, ponieważ ma potężny, zniewalający groove. Niesamowite jest to, że kolektyw składający się z tak odrębnych, silnych osobowości artystycznych jest w stanie na jednej scenie działać w sposób demokratyczny, przynosząc muzykę spójną, a przy okazji niesłychanie otwartą. Co prawda słowo „ensemble” i obecność instrumentu dętego mogą konotować skojarzenia jazzowe, jednak brzmienie Innercity dalece wykracza poza tę estetykę, a właściwie jedynie się o nią ociera. Gęsta polirytmia ma charakter organiczny, plemienny, lecz potrafi również zmienić wektor na zdecydowanie bardziej współczesny, a w zestawieniu z gitarowymi kombinacjami, czy elektroniką – wręcz industrialny. Chociaż całość występu w Hydrozagadce sprawiała wrażenie bardzo spontanicznej, swobodnej improwizacji, to bez trudu można było odczytać szkielety kompozycyjne znane z tegorocznego wydawnictwa, od których septet łatwo i kreatywnie się odbijał. Jeśli miałbym wskazywać jakieś analogie do podobnych wykonawców, to na myśl przychodzi mi Chicago Odense Ensemble, jednak jest to skojarzenie dość luźne. Polski zespół mówi zdecydowanie swoim głosem, który z albumu na album staje się coraz bardziej charakterystyczny i wciągający. Występ łączył w sobie dzikość ekspresji i transową moc, którą potęgowało wprost zjawiskowe zgranie między artystami. Wyjątkowe doświadczenie muzyczne i po prostu znakomity koncert.

 

Krzysztof Wójcik

Warszawa koncertowa-dwubrzegowa vol. 2.0

Czyli ciąg dalszy sążnistego wpisu vol. 1.0

 

Mikołaj Trzaska/Adam Witkowski w Muzeum Historii Żydów Polskich

20140904_174952

Wakacyjny cykl audiowizualny MHŻP „Kino_Muzyka_Lato” skupiający się na prezentacji przedwojennych niemych filmów z muzyką na żywo, był programem o tyle ciekawym, co fatalnie wypromowanym. Jakkolwiek wieczór z Mikołajem Trzaską i Adamem Witkowskim zebrał relatywnie spore grono odbiorców, tak na dwa tygodnie wcześniejszym występie Raphaela Rogińskiego muzeum wręcz świeciło pustkami. Szkoda, bo instytucja posiada audytorium o dobrej akustyce, a biletów na seanse nie zaliczyłbym do drogich. Nie w tym jednak rzecz.

Langfurtka – jak się okazało właśnie tak brzmi nazwa duetu – grała do filmu „Cud nad Wisłą” z 1921 roku, którego tematyka była o dziwo bardziej obyczajowa niż patriotyczna. Pomijając fakt, że film został zmontowany jedynie z ocalałych fragmentów taśmy, to fabuła obrazu była wręcz absurdalnie grubo ciosana, w związku z czym pozostawały jedynie walory czysto wizualne (ciekawe kadry, wczesne eksperymenty montażowe, różnice kolorystyczne wynikające z patchworkowego charakteru rekonstrukcji). Dużo obiecywałem sobie po tym seansie, zważywszy na jakość muzyki jaką Trzaska zrealizował do wielu projektów Wojciecha Smarzowskiego (z pewnością najmniej znany tytuł „Kuracja” – gorąco polecam!). Mając w pamięci doskonałe wykonanie „Róży” na OFF Festivalu spodziewałem się bardzo wiele i chyba zbyt wiele. Przede wszystkim zestawienie muzyków i filmu było zdecydowanie chybione – mam tu na myśli nieprzystające do siebie jakości muzyczne i wizualne. Brzmienie klarnetów i gitary elektrycznej samo w sobie tworzyło dość interesujący efekt (niekiedy zbliżony do ostatniej płyty Łoskotu), jednak muzykom ciężko było wpisać się w klimat filmu – właściwie najlepiej było zamknąć oczy. Warto podkreślić, że bez oprawy dźwiękowej Trzaski i Witkowskiego oglądanie „Cudu nad Wisłą” byłoby przeżyciem wręcz hardkorowym, nie na odwrót. Z obrazem najlepiej współgrały momenty muzyczne, w których słychać było tylko jeden z instrumentów. Gitara dość mocno przytłaczała brzmienie klarnetu i zbytnio dominowała nad całością, z kolei klarnet najlepiej wypadał w momentach niskich, intensywnych przesileń, a biorąc pod uwagę infantylizm i banał scenariusza podobne sekwencje nie zdarzały się za często. Myślę, że o wiele lepiej muzyka duetu wybrzmiałaby na przykład w asyście niemych dzieł niemieckiego ekspresjonizmu. W muzeum dysonans pomiędzy specyfiką wizji a fonii był zbyt wyraźny, a nijakość filmu brutalnie rzutowała na muzykę, która – siłą rzeczy – musiała odgrywać służalczą rolę wobec obrazu.

———————————————————————————————————————–

 

Tupika, Masecki/Moretti/Rogiński, Cukunft w Cafe Kulturalnej

Czyli przedostatni dzień tegorocznego cyklu Lado w mieście i występy składów w przeważającej mierze nieaktywnych już koncertowo i wydawniczo. Wieczór nabrał charakteru wspominkowego, nostalgicznego, jednak jeśli chodzi o poziom koncertów był to bodaj najbardziej wyrównany dzień spośród wszystkich „lad” jakie w tym roku widziałem.

20140827_221742

Koncerty zainaugurowała Tupika czyli trio Pawła Szamburskiego, Patryka Zakrockiego i Norberta Kubacza. Hipnotyczna, miarowa gra prostych partii kontrabasu była silnym kręgosłupem, na którym pląsały dość swobodnie klarnet i skrzypce, tworząc nastrojowe, senne dialogi z incydentalnymi żywszymi momentami. Współpraca na linii Zakrocki – Szamburski (czyli podzespołu Sza/Za) przebiegała bez zarzutu, muzycy doskonale wyczuwali swoje intencje, przy okazji czerpiąc z gry wyraźną frajdę. Solidny występ upstrzył bis, którego wysłuchałem z przyjemnością.

20140828_001016

W następnej kolejności zagrało supertrio Masecki/Moretti/Rogiński, które swego czasu nagrało spontaniczną koncertową płytę na Chłodnej 25. Jako że nie udało mi się wówczas zobaczyć składu na żywo, a o znakomitych występach tria od tamtego czasu zdążyła wręcz narosnąć miejska legenda, szykowałem się na coś specjalnego. Muzycy rozpoczęli koncert z bardzo dużą energią, która po sennej Tupice była mi tego dnia niezwykle potrzebna. Kąśliwa i kreatywna gitara Rogińskiego tworzyła znakomity drive, któremu towarzyszyło perkusyjne, mocne adhd Morettiego i dość ozdobnikowa, wręcz ascetyczna, lecz pewna gra Maseckiego na klawiszach. Nad wszystkim unosiła się nieco psychodeliczna aura lat 60., która jednak ewoluowała w przesilenia i momenty zdecydowanie współczesne, powiedzmy bardziej naspeedowane niż kwaśne. Występ pokazał, że to trio ma wielki potencjał, który zwyczajnie nie powinien zatrzymać się na albumie sprzed lat. Może przynajmniej jeszcze kilka koncertów?

20140828_003430

Cukunft wbrew moim oczekiwaniom zakończył wieczór występem bardzo energetycznym, czego nie sugerowałaby ostatnia melancholijna, solidna płyta „Wilde Blumen”. Prowadząca gitara Rogińskiego była solidnym, melodycznym fundamentem dla rozimprowizowanych klarnetów Szamburskiego i Michała Górczyńskiego, których widowiskowe, świdrujące dialogi były najbardziej charakterystycznym elementem koncertu. Występ, choć krótki, nadrabiał zwięzłość intensywnością przekazu. Szczerze mówiąc ta żwawa i głośna odsłona Cukunftu przypadła mi do gustu nawet bardziej niż wyciszone kompozycje z zeszłorocznego albumu – w każdym razie tego wieczoru miałem bardziej ochotę na klarnetowe szaleństwo. Dobrze się stało, że powyższe koncerty odbyły się w Cafe Kulturalnej, ponieważ ich charakter zdecydowanie lepiej pasował do przestrzeni zamkniętego klubu. Niestety na ostatni dzień Lada nie udało mi się dotrzeć, ponieważ wybrałem konkurencyjny event po prawej stronie Wisły…

——————————————————————————————————————————

 

Wojciech Jachna/Ksawery Wójciński + Susana Santos Silva/Torböjrn Zetterberg w Chmurach

20140829_215938

Dwa duety – jeden złożony z polskich uznanych i znanych mi muzyków, drugi portugalsko-szwedzki, przed rokiem wydany w prestiżowym lizbońskim Clean Feed. Wojciech Jachna jest chyba obecnie najbardziej aktywnym bydgoskim trębaczem, członkiem kolektywu Innercity Ensemble i połową duetu Jachna/Buhl (o którym już pisałem jakiś czas temu tutaj). Spotkanie Jachny z Ksawerym Wójcińskim, który szykuje się obecnie do wydania debiutanckiej solowej płyty i jest muzykiem wielu projektów, było ich pierwszym wspólnym graniem w duecie i na jednej scenie. Podobne sytuacje naznaczone są w równej mierze potencjałem co ryzykiem, jednak w tym wypadku więcej było słychać potencjału. Wójciński grając smyczkiem intensywne, wręcz drone’owe podkłady stwarzał bardzo dużo przestrzeni dla trąbki. Jachna kreślił raczej spokojne, choć meandryczne melodie, najciekawiej brzmiące z subtelnymi elektronicznymi pętlami. Set podzielony został na kilka odrębnych części, przypominających kompozycyjne szkice. Myślę, że ten projekt ma szansę rozwinąć się w ciekawą współpracę, szczególnie jeśli muzycy zaczną operować nieco bardziej radykalnymi środkami wyrazu. Te ostatnie były kanwą drugiej części wieczoru.

20140829_222718

Dość dużą egzotyką w perspektywie polskiej sceny jest kobieta grająca na trąbce. Osobiście nigdy nie widziałem na żywo tego instrumentu w damskich dłoniach. Swoboda i wyobraźnia z jaką Susana Santos Silva posługiwała się trąbką były naprawdę imponujące. Artystka dysponowała przeszywającym, świdrującym brzmieniem, a śmiałe sonorystyczne eksperymenty wydawały się bardzo samoświadome, dalekie od pustej popisówki. Podobnie kreatywne wykorzystanie tego „instrumentu dętego blaszanego” widziałem na koncercie Petera Evansa. Jest to granie bardzo nowoczesne, ekspresyjne, łamiące konwencjonalne brzmienie. Czasami podobne wyczyny sprawiają wrażenie przekombinowanych, jednak w grze Silvy i Torböjrna Zetterberga raczej tego nie wyczułem. Kontrabasista grając wedle podobnego stylistycznego klucza co trębaczka, w moim odbiorze był nieco mniej widowiskowy i jego gra schodziła trochę na dalszy plan, sama w sobie była też odrobinę mniej interesująca. Ciekaw jestem jak charakterystyczne brzmienie Silvy wypadłoby w towarzystwie kontrabasisty nieco bardziej stabilnego, wsłuchującego się nie tylko w swój instrument.

20140829_223709

Ogólnie rzecz biorąc pomysł zestawienia na jednej scenie dwóch duetów trąbka-kontrabas okazał się interesujący, jednak trochę żałuję, że nie doszło na przykład do wymieszania składów, co mogłoby dać znacznie bardziej nieoczekiwany efekt artystyczny. Mimo wszystko duże brawa dla organizatorów, którzy sprowadzili do Chmur tak znakomitych artystów. Koncerty były dobrym przykładem jak można wykorzystać potencjał miejsca przy ulicy 11 Listopada.

20140824_203136

——————————————————————————————————————-

Niniejszy dwuczęściowy tekst rozpoczął się narzekaniem na warszawską infrastrukturę klubową. Chociaż miniony, ostatni tydzień sierpnia pod względem interesujących eventów był dość bogaty i rozproszony, to można go określić wyjątkiem potwierdzającym regułę. Z perspektywy muzyki improwizowanej po prawej stronie Wisły funkcjonuje zaledwie jedno miejsce, które na takową jest otwarte z relatywną regularnością i są to właśnie Chmury. Być może z końcem roku sceną konkurencyjną stanie się po praskiej stronie „warszawska filia” bydgoskiego klubu Mózg, który z początkiem listopada rozpoczyna swą działalność. Natomiast jeśli chodzi o lewobrzeżną Warszawę to po zamknięciu Powiększenia, Kosmosu, Chaosu, wobec dość niestabilnej działalności Cafe Kulturalnej, zostają de facto dwa miejsca gdzie interesującą muzykę na żywo można usłyszeć z co najmniej cotygodniową regularnością. Mam tu na myśli mocniej osadzone w świadomości słuchaczy Pardon To Tu, oraz pozostająca trochę w cieniu (lecz prezentująca konsekwentny, ambitny program) Eufemia. Można zatem skwitować niniejszy tekst konstatacją „na zachodzie bez zmian”, chociaż w perspektywie jesienno zimowej odpadną jeszcze miejsca plenerowe… Cóż, pozytywne w tym kontekście jest wprowadzanie muzyki do stosunkowo młodych instytucji publicznych i takie programy jak „Co słychać” Muzeum Sztuki Nowoczesnej, czy wspomniany na początku tekstu cykl z muzyką do filmów w Muzeum Historii Żydów Polskich. W najbliższych dniach również intrygująco zapowiadający się Festiwal Przemiany w Centrum Nauki Kopernik. Powyższe instytucje nie wykonają jednak „pracy u podstaw”, która powinna przebiegać w tzw. „warszawskiej klubosferze”. Mam szczerą nadzieję, że w przyszłości z podobnego terminu będzie można zabrać cudzysłów.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

T’ien Lai + Jachna/Buhl w Pardon To Tu

Innymi słowy bydgoska inwazja na czołowy warszawski klub.

CAM00497[1]

Zamknięcie majowego programu koncertowego w PTT niespodziewanie okazało się jednym z ciekawszych koncertów przy pl. Grzybowskim w skali roku 2014. Jednego wieczoru na tej samej scenie zostały zsyntezowane dwa pokolenia artystów reprezentujących niezależną muzykę z Bydgoszczy – miasta, które od początku lat 90. wraz z narodzinami yassu i klubu Mózg (sto lat!) jest jednym z prężniej działających centrów muzyki alternatywnej w Polsce. Bydgoszcz – mimo narzekań tamtejszych aktywistów na kiepskie warunki artystycznej infrastruktury – na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza jawi się jako prawdziwa wylęgarnia twórców poszukujących, eksperymentujących, nieskorych do kompromisów z mainstreamem. Przez ostatnie dwa lata osobą, na którą najbardziej spływa medialny splendor jest Kuba Ziołek, jednak obok niego jest cały szereg artystów, którzy w nie mniejszym stopniu decydujących o sile sceny bydgoskiej i trzeba im oddać honory. Nie trzeba daleko szukać, wystarczy chociażby spojrzeć na osoby stojące za projektem Innercity Ensamble. Nie zmienia to jednak faktu, że w ostatnim czasie na Ziołku ciąży klątwa króla Midasa i właściwie każda kolejna płyta, w której macza palce zbiera – zwykle zasłużenie – świetne recenzje. Koncert w PTT, to doskonały pretekst, żeby zwrócić uwagę na muzycznych reprezentantów Bydgoszczy.

T’ien Lai, zespół współtworzony z Łukaszem Jędrzejczakiem, poznałem najpóźniej spośród ostatnich projektów Ziołka. Trochę mnie to nawet dziwi, biorąc pod uwagę, że swego czasu twórczość Philipa K. Dicka była mi niezwykle bliska. Nazywanie zespołu marką papierosów z „Człowieka z Wysokiego Zamku” jest w moich oczach ryzykowne, jednak gdy tylko zapoznałem się z płytą „Da’at”, muzyka na niej zawarta wyzbyła mnie uprzedzeń – była godna nawiązań do mistrza psychodelicznego SF. Nie trzeba mnie było specjalnie namawiać do uczestnictwa we wtorkowym koncercie.

CAM00494[1]

Wnętrze Pardon To Tu przybrało tego wieczoru specyficzny układ – pośrodku klubu ustawione zostały rozmaite elektroniczne gadżety i oldschoolowe radioodbiorniki Jędrzejczaka i Ziołka, organizując tym samym dookoła przestrzeń dla widowni, natomiast sama scena z perkusją i dęciakami czekała spokojnie na Jacka Buhla i Wojciecha Jachnę. Rozpoczęło się dość nietypowo, choć symbolicznie – z radio Ziołka popłynęły dźwięki „Where is my mind?” Pixies. Muzyka T’ien Lai zaczęła stopniowo wypełniać klub futurystycznymi dźwiękami modulowanych fal, szumów, sprzężeń, elektronicznych efektów specjalnych o analogowym feelingu. Moje skojarzenia popłynęły w dość jednoznacznym kierunku: Niemcy Zachodnie przełom lat 60. i 70., jeden z najbardziej fascynujących okresów w historii XX-wiecznej muzyki europejskiej – narodziny krautrocka i kosmische musik, Tangerine Dream, pierwsze, jakże niedoceniane płyty Kraftwerk… Jędrzejczak wraz z Ziołkiem umiejętnie stworzyli przestrzeń dźwiękową, która nieubłaganie wprowadzała w stan przyjemnego transu. Było w tych dźwiękach więcej błądzenia, improwizacji niż konceptualnego zamysłu i być może dzięki temu w całość nie wkradła się nuda. Nieco industrialna psychodelia była przez muzyków zręcznie podkręcana różnego rodzaju elektronicznymi ingrediencjami, dochodząc w pewnym momencie do miarowego bitu, pobudzającego układ nerwowy większości słuchaczy, co skutkowało nieskoordynowanymi ruchami ciał.

CAM00500[1]

Słuchałem duetu z naprawdę dużą przyjemnością, która wkrótce splotła się z zaskoczeniem – na scenie pojawił się Jacek Buhl spontanicznie dołączając z perkusją do dźwiękowego uniwersum T’ien Lai. Po trwającej kilka minut wspólnej improwizacji, do której na koniec włączył się również Wojciech Jachna, Ziołek z Jędrzejczakiem ustąpili pola starszym kolegom. Duet Jachna-Buhl doskonale wpasował się w aurę, którą wykreowali T’ien Lai. Poukładana, szalenie barwna gra Buhla gorzko przypomniała mi o koncercie Thurstona Moore’a w CSW. Gdyby nowojorczyk został zestawiony z perkusistą o subtelności i wyczuciu Jacka Buhla, występ w Laboratorium mógłby okazać się znacznie ciekawszy… Po siatce rytmicznej stworzonej przez niegdysiejszego pioniera yassu z dużą gracją poruszał się Jachna. Jego improwizacje polegały na łączeniu dość minimalistycznych melodii z elektroniką, którą dodawał instrumentowi pogłos, bądź zapętlał wcześniej zagrane fragmenty. Czuć było między muzykami chemię, która przełożyła się na swobodę grania i mieszania pomysłów. Duety trąbka-perkusja wymagają od artystów sporej wyobraźni, ale potrafią zaowocować spektakularną muzyką – tak było dawniej (choćby Don Cherry i Ed Blackwell), tak jest i teraz (Chicago Underground Duo, Mikrokolektyw). Jachna i Buhl świetnie odnaleźli się w transie T’ien Lai dodając do niego odrobinę post-yassowej, nieortodoksyjnej perspektywy postrzegania jazzowego instrumentarium. Nagle powtórzył się wcześniejszy scenariusz – do muzyków dołączyli Ziołek z Jędrzejczakiem, spinając całość wieczoru przyjemnie eklektyczną klamrą, podczas której Jędrzejczak sięgnął nawet po okarynę. Występ zakończyła – nie mogło być inaczej – przypadkowa melodia złapana przez radio T’ien Lai.

Artystyczny, bydgoski mikroklimat trafił na podatny grunt i muzycy zostali nagrodzeni potężnymi jak na umiarkowaną frekwencję brawami. Bardzo satysfakcjonujący koncert, w dużej mierze poprzez swoją nietypową naprzemienną strukturę. Ktokolwiek był autorem tego pomysłu, to niniejszym gratuluję. Dzięki temu rozwiązaniu publiczność zaznała swego rodzaju nieprzerywanego rytuału, a niewielka, tym razem dość luźna przestrzeń warszawskiego klubu potęgowała kameralny, intymny charakter występu. Najważniejsza jednak była muzyka – bezpretensjonalna i swobodna, choć eksperymentalna. Niepróbująca udawać czegoś, czym nie jest. Po prostu bardzo dobry koncert.

Krzysztof Wójcik