Norma/nie instytucjona/nie: HATI w Narodowym (Ucho Gmachu) / Mełech & Kurek w Eufemii (Impro Trening)

Fajnie gdy publiczne instytucje kultury, takie jak muzea, podejmują się realizacji programu muzycznego. Niestety wciąż zdarza się to dosyć rzadko, od przypadku do przypadku, dlatego tym bardziej cieszą takie inicjatywy jak Ucho Gmachu, cykliczne koncerty ambitnej polskiej muzyki, organizowane w Muzeum Narodowym w Warszawie. Inauguracja tego mini-festiwalu (de facto 5 występów różnych artystów na przestrzeni 2 miesięcy), przypadła w udziale duetowi HATI.

HATI1

Muzycy formacji – Rafał Iwański i Rafał Kołacki – sami dysponują bogatym doświadczeniem jeśli chodzi o kuratorowanie koncertów w przestrzeni muzealnej, ponieważ od 8 lat prowadzą w toruńskim CSW arcyciekawy festiwal CoCArt. Krótko mówiąc – właściwi ludzie na właściwym miejscu. Znając muzykę HATI z płyt, od dawna chciałem usłyszeć duet na żywo, a niestety jak dotąd zawsze coś stawało mi na przeszkodzie… Dopiero gdy zostałem patronem Ucha Gmachu, koniunkcja planet sprawiła, że nareszcie dostąpiłem przyjemności obcowania z HATI w czasie rzeczywistym.

HATI to pod kilkoma względami zespół niezwykły w pejzażu polskiej alternatywy. Właściwie muzykę  formacji dobrze ilustruje postawa, w jakiej duet gra koncerty – robi to na kolanach z niemalże religijnym skupieniem i powagą. Ten szacunek i pokora wobec akustycznego dźwięku, wybrzmiewania rozmaitych gongów, blaszek, bębenków, smyczków, plastikowych trąbek, ale też etnicznych piszczałek, rogów bawolich, jest podczas występu dojmujący. Muzyka HATI ma głęboki wymiar rytualny, mistyczny, wymyka się konwencjonalnemu podejściu do grania, jest szalenie organiczna i  w tej organiczności ahistoryczna – brzmi zarówno starodawnie, jak i futurystycznie, może nawet postapokaliptycznie. Artyści grają na instrumentach etnicznych, ale łączą je bezpośrednio z dźwiękami generowanymi przez odpadki współczesności, sprzęty z recyklingu zyskują w ten sposób nowe muzyczne życie poprzez nietypowy kontekst ich zastosowania.

HATI3

Specyfika Ucha Gmachu polega na tym, że każdy z koncertów odbywa się w innej sali wystawienniczej Muzeum Narodowego. HATI zagrali w Galerii Faras, eksponującej wczesnochrześcijańskie malarstwo nubijskie, co zdecydowanie podkręciło mistyczny klimat występu. Choć sądzę, że duet gra muzykę tak uniwersalną, że równie dobrze zaistniałaby na przykład na surowym dziedzińcu modernistycznego gmachu Muzeum (choć mogłoby to być dosyć ryzykowne pod względem nagłośnienia). Bardzo udany koncert o charakterze kolektywnej medytacji nad dźwiękiem.

[koncerty w ramach Ucha Gmachu są bezpłatne, jednak obowiązuje system zapisów, z którym możecie się zapoznać TUTAJ. Kolejni wykonawcy to: Echoes of Yul, Akpatok Ensemble, Micromelancolie, Berjozkele]

——————————————————————–

Piotr Mełech & Wojtek Kurek w Eufemii

Mełech

Tego samego wieczoru, nieopodal Narodowego w klubie Eufemia, miało miejsce innego rodzaju muzyczne przedsięwzięcie cykliczne o stosunkowo krótkiej historii – Impro Trening. To właściwie młodszy brat Impro Mitingu, który odbywa się w tym samym miejscu, w każdy czwartek – obecna inkarnacja cyklu doczekała się już 25 odsłon, o jubileuszowej, 18, pisałem jakiś czas temu (klik). Biorąc pod uwagę regularność, można śmiało powiedzieć, że Impro Mitingi (a teraz też wtorkowe Impro Treningi), są obok działalności Warsaw Improvisers Orchestra, najbardziej jaskrawym świadectwem znakomitej kondycji stołecznej sceny muzyki kreatywnej. Mówię tu oczywiście o kondycji artystycznej i zdolności do samoorganizacji twórców lokalnych (osobnym tematem jest fenomen klubu Pardon To Tu, który w krajowym pejzażu pełni bardziej rolę nobilitującego salonu, realizującego również szalenie ambitny program międzynarodowy). W Eufemii co tydzień można natrafić na przejawy żywej, rozwijającej się sceny muzycznej. A animatorem jej części pt. Impro Trening jest Piotr Mełech, od pewnego czasu mieszkający w Warszawie (wcześniej Poznań). Utalentowany muzyk i improwizator, którego wiernym czytelnikom (((ii))) nie muszę specjalnie przedstawiać.

Wizja połączenia klarnetów Mełecha ze (zwykle) nieidiomatyczną, kreatywną perkusją Wojciecha Kurka, stanowiła dla mnie wystarczającą zachętę by po koncercie HATI zaliczyć dokładkę w przestrzeni bardziej swobodnej. Tym razem tradycyjne solidne opóźnienie koncertu przywitałem z radością (w innym wypadku w ogóle bym nie zdążył). Zresztą muszę przyznać, że frekwencja była bardzo solidna. Okazało się, że Mełech zagra bez wsparcia elektroniki, czyli powstał de facto klasyczny duet unplugged. Nie wiem czy Panowie grali wcześniej wspólnie (o ile się orientuję, to nie), dlatego stal hartowała się na oczach i uszach słuchaczy, z ryzykiem niezłapania chemii. Lubię odwagę i nieprzewidywalność takich przedsięwzięć.

Mełech zaczął koncert na klarnecie  basowym okrągłymi, rozbujanymi partiami, odwołującymi się do języka jazzowego. Kurek grał natomiast twardo, mocno, prymitywistycznie, przez co skutecznie temperował lekko swingowe zapędy basklarnetu. Fantastyczna była perkusyjna solówka, nerwowy dialog werbla i hi hatu – triumf prostoty nad rozgadaniem, typowym dla wielu bębniarzy. Całość zażarła w momencie, gdy Mełech chwycił po zwykły klarnet i wykorzystując circular breathing, nadał instrumentowi niezwykłej intensywności i ekspresji. Wówczas perkusja trochę wyhamowała, zaczęła operować lżejszymi akcentami. Muzycy reagowali na swoje wypowiedzi w sposób może nie do końca oczywisty, ale w gruncie rzeczy efektywny, jakby naprzemienny. W zdecydowanej większości słuchałem tego krótkiego, bo około 45-minutowego występu z dużą przyjemnością.

Koncert zakończył apel Mełecha o zgłaszanie się muzyków do kolejnych Impro Treningów – a zatem pozwolę sobie przesłać to zaproszenie dalej w eter. Muzyka i frekwencja udowodniły, że gra jest warta świeczki, choć wstęp darmowy – wystarczyło przyjść, usiąść i otworzyć się na dźwięki. Polecam.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

4 x 2 = 9 (Polpo Motel // Nels Cline, Julian Lange // Arszyn/Duda, Paper Cuts i Olgierd Dokalski)

Tak, będzie o duetach.

Polpo Motel1

Pierwszy wieczór po chorobie upłynął mi pod znakiem koncertu Polpo Motel w Klubie Komediowym. Do centrum mam kawałek, ale jestem użytkownikiem podziemnej kolejki pt. metro warszawskie, więc nie narzekam. Zwykle słucham w metrze muzyki, niekoniecznie dlatego, że ubóstwiam noisy backround (chociaż czasem), raczej lubię się odciąć. Zresztą gdzie recenzent ma słuchać muzyki jak nie w warkoczącym wagonie na audiofilskich słuchawkach w cenie dużej pizzy? Robi się wtedy takie tło „Trans-Warsaw Express”, ewentualnie permanentne intro „Station to Station”. Z założenia nie słucham w drodze muzyki na którą jadę, bo nie lubię męczyć materiału. Puszczam więc płytę „Beyond and Between” Daniela Higgsa. Higgs wpisuje się w moją definicję dobrego wokalisty, który po pierwsze musi być wyrazisty, po drugie musi mieć świadomość brzmienia własnego głosu. Surowe banjo i obłąkańcze, szamańskie zawodzenie podziałało jak lekarstwo dousznie zaaplikowane. Od tygodnia nie czułem się lepiej.

Mam szczęście do duetów w Klubie Komediowym. Przed świętami widziałem tam naprawdę świetny koncert Nagrobków, który ostatecznie w 100% przekonał mnie do propozycji artystycznej Adama Witkowskiego i Macieja Salamona (między innymi dzięki temu „Stan Prac” wylądował na mojej końcoworocznej liście). Niby Komediowy jest przestrzenią koncertowo niełatwą, ale posiada specyfikę, z którą można zagrać w sposób przekonywujący, a wady (jak ograniczające widoczność filary, ogólna wagoniastość) przekuć w atuty. Panuje klimat – a to już wiele. A Polpo Motel, jako skład o dużym performatywnym potencjale, podkreślił ów klimat w sposób znakomity.

Polpo Motel2

Duet Olgi Mysłowskiej i Daniela Pigońskiego z końcem roku 2015 wydał swoją drugą płytę „Cadavre Exquis„, po 7 latach od debiutu (czyli można nawet powiedzieć, że mamy tu „comeback”). Traf chciał, że zapoznałem się z materiałem dopiero w styczniu i przez to nie załapał się do podsumowania zeszłorocznego.. Cóż, obiecałem, że nie będę listy nadpisywał, w związku z tym niezcholewię gęby, choć przesłanki muzyczne w tym wypadku bardzo mnie kuszą by zerwać z niezłomnością. „Cadavre Exquis” ma w sobie cechy, które pozwalają przed szeroko przez zespół pojmowaną etykietką „electro pop” dopisać słówko „art”. Album został sklecony z numerów obdarzonych wewnętrznym, kreatywnym rozedrganiem. Kolejne utwory posiadają pierwiastek ekscentrycznego magnetyzmu, zaskakująco ewoluują, mylą tropy. Tutaj tytuł albumu jest bardzo wymowny – „Cadavre Exquis”, czyli „wykwintny trup”, to gra wymyślona w latach 20 przez surrealistów, polegająca na grupowym, wspólnym tworzeniu, przy czym każdy z uczestników nie wie, co dokładnie zrobił poprzednik. To podejście często słychać na płycie, duet wspiął się na wysokie szczeble inteligentnego popowego songwritingu. Brzmienie Polpo Motel jest mechaniczne, składa się z wielu warstw i drobiazgów, które finalnie, wraz z absolutnie zjawiskowym głosem Olgi Mysłowskiej, tworzą mieszankę jedyną w swoim rodzaju. Posłuchajcie tej płyty na słuchawkach (stream). Niekoniecznie w metrze, lepiej w spokoju.

Polpo Motel - Cadavre Exquis

Koncert w Klubie Komediowym miał charakter dosyć kameralny, luźny, niemniej kolejne utwory hipnotyzowały, pozwalały odpłynąć na skrzydłach rozciągniętych, syntezatorowych pasaży, utonąć w mocnym, władczym wokalu. Występ zaczął się dwiema zupełnie nowymi, wyjątkowo onirycznymi kompozycjami, które jak dla mnie ustawiły cały koncert. Trafnie zauważył Piotr Lewandowski (klik), Polpo Motel wykreowali surrealny klimat bliski tajemniczej groteskowości serialu Twin Peaks. Trzy razy b.db.: bardzo dobry występ, bardzo dobra płyta, bardzo dobry zespół.

————————————————————————————————

Nels Cline & Julian Lage

W Pardon To Tu właściwie cały luty mija pod znakiem duetów. Drugi miesiąc roku, po dwie osoby na scenie – jest w tym jakaś logika. Po tłumnym koncercie Wacława Zimpla i Kuby Ziołka (nie sforsowałem kolejki) i podobno znakomitym występie Joe McPhee i Chrisa Corsano, przyszła kolej na dwóch gitarzystów Nelsa Cline’a i Juliana Lage.

Należę do osób, które uważają, że w składach jazzowych z jedną gitarą jest często o tę jedną gitarę za dużo. Generalnie nie przepadam za gitarą w jazzie, nie lubię gdy jest zbyt rozgadana, zbyt „perfekcyjna”. Znacznie bardziej cenię sobie gitarzystów niedoskonałych, grających raczej ekspresyjną plamą, a nie ściubiących efekciarsko-konwencjonalny pointylizm. Dlaczego w takim razie poszedłem na koncert dwóch gitarzystów? Hmm nie wiem, jakiś rodzaj muzycznego bdsm? W każdym razie nie żałuję.

Cline i Lage nie operowali tylko i wyłącznie idiomem jazzowym, odbijali się od niego – a im dalej, tym bardziej mi się podobało. Również ich dialog z rzadka opierał się na męczącym prześciganiu w technicznych popisach, panowie grali raczej komplementarnie, płynnie wymieniając się rolą „głosu numer 1”. Najciekawszy był dla mnie rytm i wynikające z niego nagłe zachwiania narracji, kierowanie jej na inne tory. Właściwie, jak na gitarzystów jazzowych, muzycy grali dość powściągliwie, a im bardziej polegali na rozwijaniu prostych patentów, chowając wirtuozerię do kieszeni, tym lepiej mi się tego słuchało.

Przyjemny, trochę melancholijny koncert (pierwszy na trasie!) i ujmująca postawa muzyków. Chyba moim ulubionym momentem wieczoru był ten, gdy Lage z rozbrajającym uśmiechem powiedział, że na barze stoją płyty cd, które generalnie wolą od winyli, bo jest na nich więcej miejsca. Stwierdzenie iście rokendrolowe w czasach nośnikowego snobizmu. Być może prorocze? Ja tam czekam na renesans cd. Już niedługo…

PS: Panowie promowali wspólną płytę (cd) pt. „Room” z 2014 roku.

——————————————————————————————-

Arszyn, Duda, PaperCuts, Dokalski

Kolejne (już ostatnie) dwa duety – Arszyn/Duda i Paper Cuts – wystąpiły wspólnie, na jednej scenie w Eufemii. Piątym ogniwem składu był Olgierd Dokalski i to on zaburzył równanie z tytułu tego tekstu. Koncert odbył się w ramach cyklu Impro Miting (klik), czyli coczwartkowego spotkania różnych muzyków, oddających się improwizacji w teorii stylistycznie niezdefiniowanej, niezdeterminowanej. Muzyka kreatywna i niespodziankowa. Była to już 18 edycja Impro Mitingu w nowej, odświeżonej odsłonie. Pełnoletność. Frekwencja dopisała wyjątkowo, co w przypadku niewielkiej, przedzielonej filarem sceny Eufemii, jest dla słuchacza zawsze słodko-gorzkim doświadczeniem. 5-osobowy skład to takie optimum/maksimum jak na tę przestrzeń.

„W sytuacjach takiego koncertu zawsze wychodzi się jak z jakiejś czarnej dziury” – tak powiedział mi jeden z muzyków tuż po występie. Tak jak Dokalski z członkami Paper Cuts grali już razem, chociażby w WIO, to Arszyn/Duda stanowili obce, nieznane ogniwo, które jednak szybko weszło w reakcję. Z całą pewnością odbiór tego koncertu byłby inny, gdyby publiczność nie stawiła się tak tłumnie, przez co często cichsze partie były zagłuszane. Niemniej sinusoidalny charakter występu – od wyciszenia, do wyładowań ekspresji – jak na pierwsze wspólne granie był jak najbardziej interesujący.

Dwa zestawy perkusyjne (Kurek, Topolski), między nimi dęciaki (Duda, Dokalski), a w centrum stolik z elektroniczną aparaturą (Kacperczyk) – tak wyglądała scena i arsenał, jakim muzycy dysponowali. Najbardziej wszędobylski okazał się rytm, a w zasadzie polirytmie, lub nazwijmy to poli-noise’y akustyczne. Tomasz Duda zagrał cały koncert na saksofonie sopranowym (podobno najtrudniejszym z saksofonów). Tworzył na nim zapętlające się ciągi dźwięków, skupione, transowe, sonorystyczne o lekkim etno zabarwieniu. Z kolei Dokalski grał bardziej punktowo, melodycznie, z dużą uwagą kontrolował natężenie brzmienia. Pamiętam jak w wywiadzie, przed dwoma laty (klik) Olgierd zdradził mi, że niegdyś fascynował go saksofon sopranowy – i to było słychać w dialogach, które budował z Dudą. [Ciekawe jak będzie na solowej płycie pt. „Mirza Tarak”, która już nadchodzi]. Zabrakło mi trochę większego udziału elektroniki Łukasza Kacperczyka. Skupił się raczej na cieniowaniu tła, które przez gwar często gdzieś ulatywało. Szkoda, że muzyk nie ingerował mocniej w narrację całości, bo potrafi to robić ze znakomitymi efektami (przykładem choćby tak duży format jak WIO). Ale podobno to dopiero początek współpracy, więc może następnym razem.

Słuchając kwintetu w  bardziej dzikich, rytmiczno-dętych przesileniach przyszło mi na myśl Art Ensemble of Chicago. Co prawda na chwilkę, ale przyszło, a to chyba dobry znak (taki eksperymentalny omen). Potencjał jest zdecydowanie. Intrygujące wyjście z czarnej dziury, oby nie jednorazowe.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Paper Cuts na Chłodnej 25

Paper Cuts

Współpraca Łukasza Kacperczyka (syntezator modularny) i Wojciecha Kurka (perkusja) pod szyldem Paper Cuts rozpoczęła się w 2013 roku. Wówczas Panowie podzielili się ze światem zapisem swojej „Pierwszej Randki”, krótkim, lecz pełnym pomysłów materiałem – surowym, improwizowanym, psychodelicznym, o transowym perkusyjnym drive’ie. Na „First Date” (bandcamp) pierwiastki kreatywne tworzą iskry, a chemia między muzykami jest wyczuwalna od pierwszych minut. W roku następnym duet wydał jeszcze dwie dłuższe sesje – hipnotyczny, narastający i dość mroczny materiał o przewrotnym tytule „Muzak” (bandcamp), oraz półgodzinny koncert z klubu Chmury, z gościnnym udziałem saksofonisty Natana Kryszka (bandcamp). Po tej ofensywie słuch o Paper Cuts zaginął na 1,5 roku. Duet przypomniał o swoim istnieniu dopiero pod koniec września 2015, wydając  kasetę „Divorce Material” (bandcamp) w labelu Wounded Knife. Materiał zdecydowanie bardziej wyciszony niż poprzednie, w jeszcze większym stopniu skupiony na detalach brzmienia, bardzo dobrze funkcjonuje jako całość. Kaseta ma własny, wciągający, mocno surrealistyczny klimat i (jak dotąd) jest bez wątpienia najbardziej kompletnym owocem współpracy duetu Kacperczyk-Kurek. Co ciekawe została nagrana jeszcze w 2013 roku (za rejestrację odpowiadał Tomasz Mirt, co też z pewnością wpłynęło na ostateczny efekt). W takich sytuacjach naturalną koleją rzeczy są koncerty…

Paper Cuts + Tkacz Występ Paper Cuts na Chłodnej 25 był pierwszym po ponad 1,5 rocznej przerwie, czego nie dało się specjalnie odczuć. Muzyka duetu – podobnie jak na tegorocznej kasecie – rodziła się powoli, lecz nieubłaganie, angażując słuchacza nieprzerwanie przez cały koncert kaskadą rozproszonych, acz okiełznanych mikro dźwięków. Wieczór podzielony został na dwie części, w drugiej dołączył do Paper Cuts saksofonista Bartosz Tkacz (nie tak dawno pisałem o jego koncercie z Ray’em Dickaty pod tym samym adresem). Było to ciekawe posunięcie dramaturgiczne, pokazujące, że Paper Cuts jest w stanie działać równie dobrze jako skład suwerenny, jak i „gościnny”. Nazwijmy to roboczo „hospitable improvisation”.

Łukasz Kacperczyk jest osobą łamiącą niepisany stereotyp, który  mówi, że koncert muzyka elektronicznego nie posiada walorów performatywno-wizualnych. Stół, zastawiony rozmaitym analogowym sprzętem, przypomina stanowisko szalonego naukowca, który pozostaje w nieustannym w trybie „experiment”. Kacperczyk często preparował dźwięki generowane w czasie rzeczywistym przy użyciu łańcucha, pałeczek, starego instrumentu przypominającego cymbały… Jednocześnie przeprowadzając soniczne doświadczenia zachowywał umiar, nie przefajnował, grał oszczędnie z dużym wyczuciem, wsłuchując się w precyzyjną narrację bębnów. Wojciech Kurek należy do perkusistów, którzy potrafią grać ciszą i nie tracić wątku, budować formę, cieniować i podkreślać drobne elementy, które nagle stają się kluczowe. Interakcja Paper Cuts była pod tym względem komplementarna. I tutaj nazbyt dominujący saksofon mógł niepotrzebnie zakłócić układankę… Początkowo faktycznie dźwięki dęciaka trochę za bardzo „bujały”, próbowały uderzać w jazz, jednak Tkacz dość prędko zrewidował strategię i postawił na repetycje, sonorystykę, z którymi elektronika wchodziła w ciekawy dialog. Brzmiało to czasami jak dwa saksofony i „kosmische musik” w tle + motorik od Kurka, chociaż ogólna struktura była ciężko uchwytna, płynna, amorficzna. Fajnym efektem wizualnym podbijającym psychodeliczny wymiar muzyki było obfite zadymienie sceny, centralna lampka tworzyła klepsydryczny cień… Był klimat.

W światku polskiej alternatywy chyba najbardziej znanym duetem na syntezator modularny i perkusję jest Piętnastka w swej koncertowej inkarnacji z Hubertem Zemlerem na bębnach. Paper Cuts to trochę taka Piętnastka po drugiej stronie lustra (w równaniu: kompozycja / lustro / improwizacja). Zagranie tak dobrego, płynnego koncertu po dłuższej przerwie to sztuka. Mam nadzieję, że Panowie pójdą za ciosem – „Divorce Material” jest zdecydowanie zbyt ciekawym wydawnictwem by nie odnowić przysięgi ślubnej.

Krzysztof Wójcik (((ii)))