Kwapisiński i Sroczyński w Świetlicy

1546249_10202982166453164_5616896748920634518_nCzwartkowy koncert duetu był doskonałym świadectwem tego, że na warszawskiej scenie impro dzieje się znacznie więcej niż mogłoby się pozornie wydawać. Występ Wojciecha Kwapisińskiego i Tomasza Sroczyńskiego przebiegał w atmosferze ultra kameralnej, potwierdzającej smutną prawdę: żmudnie budowana decentralizacja koncertowej infrastruktury w dalszym ciągu nie utrwaliła się w świadomości słuchaczy. W efekcie muzyka godna publiczności co najmniej kilkukrotnie większej odbierana jest przez zaledwie garstkę osób… Choć osobiście jestem zwolennikiem małych koncertów, to każdorazowo zadaję sobie pytanie: na jak długo starczy jeszcze determinacji i hartu ducha muzykom występującym przed audytorium policzalnym na palcach jednej ręki? Jak długo zjawiska dynamizujące scenę improwizowaną będą ignorowane, bądź marginalizowane przez dyskurs medialny, krytyczny?

Świetlica jest klubem, który w znacznej mierze skupia się na prezentowaniu filmów, jednak od pewnego czasu miejsce otwarte jest również na muzykę. Niewielka scena, znajdująca się na samym końcu długiej sali determinuje skalę występów. Przestrzeń ma nieco surrealistyczno-groteskowy charakter poprzez bezładne podwieszenie u sufitu wielu krzeseł, które sprawiają wrażenie spadających z nieba. Muzyka Sroczyńskiego i Kwapisińskiego doskonale wpisała się w zastany klimat, jeszcze bardziej podkręcając jego dziwaczność. Panowie grali ze sobą po raz pierwszy jako duet, przez co występ przybrał formę spontanicznej sesji. Sroczyński w równej mierze korzystał ze skrzypiec i laptopa, jednak jego muzyce bliżej było do dźwięków elektronicznych, które nadawały całości nieco mniej abstrakcyjne ramy. Jeśli miałbym przyrównać występ skrzypka do jego wydawnictw, to formalnie bliżej było do mini albumu „A Girl With No Heart”. Muzyk niezwykle umiejętnie wykoleja skrzypce z ich konwencjonalnego zastosowania, przez co jest na chwilę obecną jednym z ciekawszych młodych improwizatorów. Kwapisiński, należący do czołowych animatorów warszawskiej sceny improwizowanej, muzyk niezliczonych projektów, zaprezentował istną miksturę niedookreślonych brzmień generowanych za pomocą przedmiotów takich jak maszynka elektryczna, szpachelki różnych rozmiarów, perkusyjny talerz pocierany śrubokrętem itp. Wszystkie dźwięki zbierał mikrofon, ze sporadycznie wykorzystywanymi efektami. Był to improwizowany noise powstający w czasie rzeczywistym bez użycia komputera. Muzyk przez niemal cały występ siedział w dużym niemal medytacyjnym skupieniu w stu procentach koncentrując się na tworzeniu specyficznego dźwiękowego ready made. Ten performatywny akcent koncertu w dużej mierze świadczył o jego atrakcyjności. Współpraca duetu nie bazowała na poszukiwaniu melodii, rytmu, czy groove’u, polegała bardziej na poszukiwaniach brzmień niestandardowych, bardzo hipnotycznych, intelektualnych, często skrajnych, lecz niezmanierowanych, pozbawionych przekombinowania. Pod koniec występu Kwapisiński wykorzystał stojące na scenie pianino, na którym serią przypadkowych uderzeń stworzył dla koncertu ciekawą kodę. Byłbym bardzo ciekaw wspólnego materiału nagranego przez duet w takiej konfiguracji personalnej – co do dużego potencjału każdego z muzyków nie mam najmniejszych wątpliwości.

Zarówno Sroczyński jak i Kwapisiński są świeżo po wydaniu bardzo udanych albumów: „Bareness” duetu Sroczyński/Pospieszalski, oraz „Bezkrólewie” projektu Msza święta w Altonie. Oba krążki niniejszym gorąco polecam. A jeśli masz Czytelniku wątpliwości czy warto wybrać się na koncert któregoś z bohaterów tej relacji, to mam nadzieję, że tekst przyczynił się do ich rozwiania. Podobne występy zostają w pamięci na długo i są znakomitą pożywką dla mózgu. Warto zaryzykować i zobaczyć co się stanie.

 

Krzysztof Wójcik

Reklamy