Dzień Jazzu: Power of the Horns w Studiu im. W. Lutosławskiego

Power of the Horns 1

W historii najnowszej polskiego jazzu Power of the Horns zapisało już swoją kartę. Big band Piotra Damasiewicza rejestrując na żywo album „Alaman”, położył kamień węgielny pod narodziny wydawnictwa For Tune, które przez dwa lata funkcjonowania wypuściło już kilkadziesiąt albumów artystów polskich i zagranicznych. To wyjątkowe osiągnięcie, które w sposób niebagatelny wpłynęło na krajową scenę jazzową i okołojazzową. Oprócz tego „Alaman” w warstwie muzycznej był doskonałym przykładem witalności i mocy jaką w XXI wieku może wykreować jazzowy kolektyw złożony ze znakomitych instrumentalistów pod wodzą charyzmatycznego lidera. Płyta zbierała zewsząd entuzjastyczne recenzje i stała się trampoliną dla wielu muzyków wchodzących w skład kolektywu, z samym Piotrem Damasiewiczem na czele.

W świetle tych ciężko podważalnych faktów, koncert Power of the Horns w Studiu Polskiego Radia był pod wieloma względami najsensowniejszym pomysłem na uczczenie Międzynarodowego Dnia Jazzu. A w każdym razie na pewno bardziej zasadnym niż zeszłoroczny występ Mitch & Mitch ze Zbigniewem Wodeckim (z całym szacunkiem). Można zatem zaryzykować teorię, że ensemble Damasiewicza pojawił się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Choć do tego drugiego miałbym pewne „ale”… Ale to za chwilę.

Na scenie, po krótkiej konferansjerce  Bartka Chacińskiego i Jacka Hawryluka, pojawiło się 15 muzyków łącznie z liderem i gościem – w tej roli wybitny tubista Zdzisław Piernik. Czyli mała jazzowa orkiestra z podwójną sekcją rytmiczną, fortepianem i 10 instrumentami dętymi. Okazało się już w trakcie wstępu, że Power of the Horns AD 2015, to nie to samo co PotH 2012. Przede wszystkim skład uległ zmianie od strony rytmicznej – kontrabasiści Max Mucha i Jakub Mielcarek zostali zastąpieni przez Marka Tokara i Ksawerego Wójcińskiego, a zamiast Wojciecha Romanowskiego na jednej z perkusji zagrał Samuel Hall. Modyfikacji uległ też zestaw „hornów”, do których dołączyli: Gerard Lebik, Piotr Łyszkiewicz, Mateusz Rybicki oraz Adam Milwiw. Wraz z Piernikiem dało to dwukrotnie większą liczbę dęciaków niż na „Alamanie”. Nie będzie zatem przesadą nazwanie zespołu wersją Power of the Horns 2.0. Band wystąpił w takim składzie po raz pierwszy (i w ogóle grał pierwszy raz od dłuższego czasu).

Power of the Horns 2

Zmianie uległa jednak przede wszystkim muzyka, pomysł na granie tak dużym składem. Piotr Damasiewicz przygotował na potrzebę koncertu kompozycję pt. „Suita 29”, która operowała zupełnie inną poetyką niż żywiołowy, soczysty, wręcz agresywny „Alaman”. Tym razem muzycy zostali okiełznani partyturą o wiele mniej bazującą na energetycznym potencjale dużego składu. „Suita 29” zasadzała się głównie na rozgrywaniu dźwięku w podzespołach, w mniejszych składach kolejno podejmujących wątek. Sam Damasiewicz występował na scenie przede wszystkim w roli dyrygenta, reżysera spektaklu, który chwyta za instrument jedynie od czasu do czasu. Podobne rozwiązanie było dość ryzykownym, choć odważnym posunięciem – z całą pewnością duża część słuchaczy znających PotH z albumu musiała być zaskoczona, żeby nie powiedzieć rozczarowana takim scenariuszem występu. Rezultatem był co prawda „power”, lecz budowany miarowo, oscylujący pomiędzy poszczególnymi sekcjami, ale bardzo rzadko wybuchający pełnią kolektywnej mocy. Trochę szkoda, że Damasiewicz nie pozostawił muzykom większej dozy improwizatorskiej wolności i swobody w budowaniu narracji – czynników intuitywnych, tak istotnych we współczesnym jazzie. Przez to skład brzmiał momentami aż nazbyt grzecznie, jakby grał pod linijkę. Często dochodziło też do sytuacji, w których dłuższe fragmenty grało jedynie kilku spośród 15 muzyków. Owszem, były to partie ciekawe, pokazujące indywidualność poszczególnych artystów, jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że stały one w sprzeczności z potencjałem zróżnicowanej, big bandowej gry. Były to serie improwizacji, trzymanych na krótkiej wodzy w ramach jednej kompozycji.

Występ określiłbym świetną ilustracją wyraźnego dualizmu, który można zauważyć we współczesnym jazzie. Może nawet nie jednego, a dwóch – po pierwsze: kompozycja/improwizacja; po drugie: indywidualizm/kolektywizm. Wydaje mi się, że koncert Power of the Horns w większej mierze pokazał zbiór interesujących osobowości artystycznych, niż zgrany zespół o wspólnej tożsamości. I tutaj powracam do „ale” z drugiego akapitu – bardzo możliwe, że po prostu zabrakło czasu żeby zespół w takim składzie osiągnął większy poziom muzycznego porozumienia, nabrał lekkości, przekładającej się na spontaniczną wypowiedź. To chyba główny problem, ponieważ wymienione wartości są – w moim mniemaniu – jednymi z najważniejszych w jazzie w ogóle. Na dobrą sprawę, to co usłyszeliśmy w Lutosławskim można nazwać nie tyle jazzem, co muzyką współczesną zagraną przez jazzmanów, improwizatorów. Rezultat wielokrotnie bywał interesujący, ale pozostaje poczucie niedosytu i trochę niewykorzystanej szansy na puszczenie wodzy fantazji w tak ciekawej konfiguracji wyrazistych artystów. Jak na ironię zabrakło mi w występie Power of the Horns przede wszystkim mocy, operowania kontrolowanym chaosem z większą swobodą kolektywnego flow.

Power of the Horns 3

Być może to właśnie nieszczęsna, poniekąd zobowiązująca data wydarzenia wpłynęła na przesadne wykonawcze napięcie emanujące ze sceny? Może udział wybitnego gościa? Może presja wynikała z gabarytów sali? Może z racji transmisji na żywo w radio? Pewnie wszystko po trochu. I chociaż z całą pewnością nie był to koncert zły, to nie spełnił do końca pokładanych w nim oczekiwań. A największy paradoks tkwi w tym, że okazał się również doświadczeniem dużo bardziej pouczającym niż występ jednoznacznie wspaniały, z którego każdy wyszedłby w niemym zachwycie. To też znak czasu – jazz w Polsce to nieustanne work in progress. Ta praca odbywa się w klubach i na regularnych koncertach, a niekoniecznie na wydarzeniach okazjonalnych.

Jak napisał na swoim profilu warszawski Mózg: „Świat ma jeden Międzynarodowy Dzień Jazzu w roku. Dziś. Mózg ma takich 365”. Szczęśliwie dla jazzu, miejsc w Polsce o podobnej filozofii jest jeszcze trochę i warto je odwiedzać nie tylko od święta.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

#7 CoCArt Festiwal w CSW Znaki Czasu / Toruń 2015

Gmach Centrum Sztuki Współczesnej Znaki Czasu usytuowany jest na obrzeżach staromiejskiej części Torunia. Budynek ceglaną fasadą znakomicie wpisuje się w historyczną zabudowę, a jednocześnie nowoczesna forma bryły wprowadza w pejzaż miejski pierwiastek świeżego powietrze. Toruńskie CSW dysponuje jedną z najbardziej okazałych powierzchni wystawienniczych w Polsce ( ok. 4000 metrów kwadratowych). I właśnie w największej, monumentalnej hali ekspozycyjnej odbyła się tegoroczna, siódma już edycja festiwalu CoCArt, poświęconego szeroko rozumianej muzyce elektro-akustycznej. Impreza może poszczycić się ambitnym, precyzyjnym i wewnętrznie spójnym programem ukierunkowanym na prezentację intrygujących zjawisk we współczesnej muzyce, a nie na schlebianie masowym gustom. Dzięki temu jest to swego rodzaju festiwal bez „headlinerów”, bez przypadkowych widzów i bez komercyjnej szopki. Tutaj kontekst muzeum sztuki wydaje się najbardziej adekwatny. Podczas dwóch dni koncertowych nie miałem wątpliwości, że nadrzędnym celem CoCArtu jest przede wszystkim umożliwienie słuchaczom jak najbardziej komfortowego odbioru dźwiękowych fenomenów – to muzyka była na pierwszym miejscu. Dosłownie i symbolicznie.

scena_CocArt

Dużym plusem było centralne usytuowanie sceny pomiędzy charakterystycznymi czterema filarami sali wystawienniczej. Dzięki takiej konfiguracji przestrzennej można było samemu decydować z jakiej perspektywy doświadczać muzyki. Bardzo trafione posunięcie kuratorskie, dobrze eksponujące znakomite warunki akustyczne gigantycznej hali. Kilka słów o kuratorach. Rafał Iwański i Rafał Kołacki odpowiedzialni za program CoCArtu są przede wszystkim aktywnymi muzykami. Wspólnie tworzą niezwykle ciekawy duet HATI, należą też m.in. do kolektywu Innercity Ensemble. Z całą pewnością nie bez znaczenia jest fakt, że festiwal organizowany jest właśnie przez artystów parających się dźwiękiem na co dzień i zwykle stojących na scenie, a nie poza nią. Kuratorzy każdy z występów poprzedzali krótkim wstępem zarysowującym sylwetki kolejnych muzyków.

TER1

Piątkowy wieczór w CSW został spięty klamrą solowych koncertów artystów operujących „instrumentarium elektronicznym”. Jako pierwsza pojawiła się na scenie jedyna kobieta obecna w line-upie festiwalu: TER (Magda Ter). Recenzując jej debiutancką płytę „Fingerprints” na łamach PopUpMusic zwróciłem uwagę na pewien ciężki do zdefiniowania „nastrój nierealnej baśniowości”, który tworzył wyjątkowy klimat albumu. W hali CSW zabrzmiała ona dużo bardziej monumentalnie i kosmicznie, niż miało to miejsce na krążku. W dalszym ciągu jak na muzykę elektroniczną brzmienie TER posiada stosunkowo organiczny, płynny charakter, w którym można wyszczególnić dwie wyraźnie zarysowane płaszczyzny – melodyczną i rytmiczną. Różnorakie dźwięki rytmizujące narzucone na senne, nieco krautrockowo snujące się harmonie, są w muzyce TER kontrapunktem, który nadaje wypowiedzi przyjemnego zniuansowania. Ponadto artystka umiejętnie wykorzystała akustykę miejsca, tworząc ciekawe stereofoniczne iluzje potęgujące psychodeliczne brzmienie całości. Zdecydowanie pozytywna inauguracja wieczoru. [fragment występu TER]

Mike Majkowski 2

Jako drugi pojawił się na scenie Mike Majkowski, kontrabasista poruszający się swobodnie w wielu stylistykach – od jazzu po noise, ambient, muzykę eksperymentalną. Artysta zagospodarował swój czas festiwalowy środkami minimalnymi, tworząc narrację z wykorzystaniem zaledwie kilku patentów. Przeważały bardzo szybkie, krótkie, acz całościowo rozwlekłe pociągnięcia smyczkiem, które następnie muzyk kontrastował z odrobinę dłużej wybrzmiewającym, samodzielnym dźwiękiem. Relacja mechanicznej wręcz rytmiki, oszczędnej, niepokojącej melodii i wkradającej się sonorystyki (charakterystyczne brzmienie uderzania o struny smyczkiem). Właściwie przez cały występ Majkowskiego miałem nadzieję, że nagle przełamie schemat wypowiedzi i dopuści do głosu bardziej zróżnicowane frazy. Nic z tych rzeczy. Budowana przez muzyka dramaturgia nie doczekała się kulminacji, ani ujścia. Kontrabasista zaprezentował sztukę umiaru. Jakkolwiek jestem zdania, że szczególnie w przypadku muzyki improwizowanej czy eksperymentalnej bardzo często „mniej znaczy więcej”, tak w tym wypadku nie do końca jestem przekonany co do zaistnienia tej reguły. Biorąc pod uwagę, że Majkowski jest artystą dysponującym umiejętnościami i technikami naprawdę imponującymi, to skrajne ograniczenie formy jakie pokazał na CoCArt, wydaje mi się trochę straconą szansą, jaką dawały chociażby akustyczne warunki przestrzeni. Choć początkowo występ wykreował dramaturgię i napięcie, to z czasem oba te pierwiastki zaczęły blednąć i tracić na sile. Być może był to koncert najbardziej radykalny pod względem realizowanej strategii formalnej, jednak ciężko mi nie poczytywać go w kategoriach lekkiego rozczarowania. [fragment występu Majkowskiego]

Jachna-Buhl 2

Trzecim punktem programu był bydgoski duet Jachna/Buhl. Zespół opiera swoje brzmienie na dźwiękach trąbki, perkusji i elektroniki. Zdawać by się mogło, że jest to przepis na „polskie Chicago Underground Duo”, ale sytuacja wygląda w ten sposób tylko na papierze. Styl gry Wojciecha Jachny i Jacka Buhla ma w sobie dużo mniej z jazzu sensu stricto. Brzmienie duetu określiłbym jako przede wszystkim bardzo przestrzenne, budowane powoli i dopuszczające wiele ornamentalnych elementów perkusyjnych, elektronicznych, nad którymi trąbka unosi się zwykle delikatną, melancholijną frazą. W perkusji Buhla jest dużo miejsca na wszelkiego rodzaju dźwiękowe przeszkadzajki, które muzyk kreatywnie i płynnie wplata w narrację, tworząc wielobarwny rytmiczny splot. „Elektroniczne wspomaganie” pełni u duetu funkcję głównie harmoniczną, koloryzującą, która pozwala Jachnie na swobodniejsze operowanie trąbką w kontrze do podkładu. Występ rozwijał się powoli, lecz narastał zdecydowanie – od początkowych dość impresyjnych dialogów po przyjemny groove, o nieco „etnicznym” zabarwieniu. Najbardziej zróżnicowany i dynamiczny koncert pierwszego dnia w CSW. [fragment występu Jachna/Buhl]

Rashad Becker 1

Wieczór zamknął Rashad Becker. Przyznam szczerze, że w momencie wydania solowej płyty Niemca „Traditional Music of Notional Species Vol. 1” nie do końca zrozumiałem istotę jej fenomenu. To duszna, gęsta, powykręcana elektronika o miejskim postindustrialnym charakterze. Becker tworzy struktury bardzo złożone nieustannie ewoluujące na wielu poziomach. Słuchając tej muzyki można odnieść wrażenie, że mnogość elementów, z których jest złożona, znajduje się w permanentnym ruchu – trochę jak oglądanie mrowiska z bardzo, bardzo bliska. Z tym, że na mrowisko składają się najróżniejszej proweniencji trzaski, szumy, zgrzyty, piski i dysonanse powiązane ze sobą na zasadzie, nazwijmy to, „logiki abstrakcyjnej”. Twórczość bardzo specyficzna przypominająca wgląd w zmysły owładnięte delirium. Z całą pewnością nie jest to muzyka relaksacyjna, choć ma w sobie silny, hipnotyczny pierwiastek. Dość mocny i odrobinę przytłaczający akcent na zakończenie pierwszego dnia. Becker zabrzmiał moim zdaniem dobrze w przestrzeni CSW, chociaż ciężko w przypadku podobnej muzyki stwierdzić co dokładnie znaczy „dobrze”. Można było powoli zanurzyć się w sonicznym mikrokosmosie artysty. Ciekawe doświadczenie. Tutaj bardzo pozytywnym czynnikiem okazała się możliwość słuchania artysty w pozycji horyzontalnej. Nie wyobrażam sobie odbioru podobnej muzyki musząc stać w zatłoczonym klubie. [fragment występu Rashada Beckera]

Zdzisław Piernik 3

Drugi dzień upłynął głównie pod znakiem instrumentów dętych, które pojawiły się w aż trzech z czterech części programu. Dzięki temu wieczór okazał się bardziej atrakcyjny z per formatywnego punktu widzenia. Pierwszeństwo przypadło w udziale rodowitemu torunianinowi Zdzisławowi Piernikowi, mistrzowi tuby solowej. Kto nigdy nie widział występu Piernika na żywo, ten nie będzie w stanie wyobrazić sobie jaki potencjał tkwi w tubie – instrumencie, który we właściwych rękach staje się narzędziem totalnym. Artysta wyposażony był w dwie tuby i szereg rekwizytów pozwalających na ich preparacje i rozszerzanie możliwości brzmienia. Czasami ciężko było rozróżnić czy muzyka wydobywała się z instrumentu, ponieważ muzyk wykorzystywał podkłady i sample, na które złożyły się w większości – zdaje się – dźwięki uprzednio nagranej tuby. Niekiedy instrument przetwarzany był także w czasie rzeczywistym. Z mojej perspektywy występ Zdzisława Piernika należał do najjaśniejszych punktów festiwalu. Artysta jest żywą legendą polskiej awangardy i muzyki improwizowanej. Koncert miał wyjątkową siłę rażenia, a spektrum prezentowanych brzmień wydawało się nieograniczone. Akustyka sali okazała się dla artysty dodatkowym sprzymierzeńcem, skutecznie podkreśliła barwę instrumentu i pozwoliła na ekspozycję nawet najdrobniejszych dźwiękowych niuansów. Piernik podzielił występ na kilka części, po każdej z nich wstawał, kłaniał się (wraz z tubą) i dziękował za oklaski. Choć artysta w tym roku świętować będzie 73 urodziny, to na CoCArcie przedstawił muzykę pełną mocy, werwy, młodzieńczego nieokrzesania i odwagi. Znakomity koncert, który słusznie doczekał się największego aplauzu wśród zebranej publiczności. [fragment występu Zdzisława Piernika]

Arszyn 1

Kolejnym punktem programu był występ Arszyna, czyli Krzysztofa Topolskiego, perkusisty i dźwiękowego eksperymentatora (najogólniej mówiąc). Artysta poprzedził wyjście na scenę krótkim wstępem, na który złożyła się relacja z wizyty w Istambule, gdzie muzyk dotarł do historycznej kolebki talerza perkusyjnego. To właśnie talerze, jak się wkrótce okazało, stały się głównym narzędziem wypowiedzi Arszyna w CSW. Artysta początkowo skupił się na miarowym prezentowaniu brzmienia poszczególnych blaszanych krążków, których dźwięk rozchodził się po sali tworząc dość oniryczny, rytualny klimat. Narracja stopniowo zaczynała gęstnieć i zyskiwać na intensywności. Dużą cześć występu Arszyna przesiedziałem tuż obok sceny i właśnie obserwowanie poczynań artysty z tak bliska było chyba najlepszym rozwiązaniem. Działania Topolskiego przypominały eksperymenty w akustycznym laboratorium wykorzystujące element przypadku i poczynań intuicyjnych. Po mniej więcej połowie trwania występu Arszyn przestał jednostajnie uderzać w talerze, a skupił się na ich interakcji z mikrofonem, piłeczką pingpongową, spuszczał również powietrze z czerwonego balonika do nagłośnienia, co dawało dość interesujący efekt. Gdyby te elementy wypowiedzi zostały wplecione w pierwszą część występu, byłby on z pewnością bardziej koherentny, tak dramaturgia koncertu (a w zasadzie dźwiękowego performansu) straciła trochę swój impet. Końcowe eksperymenty na tle zapętlonego brzmienia talerza, miały już w sobie znamiona błądzenia, docierania do pomysłu, który gdzieś co prawda majaczył na horyzoncie, ale był niewystarczająco wyraźny i uchwytny. Z pewnością ograniczenie czasowe koncertu i lekkie zmiany w rozkładzie akcentów wzmogłyby jego siłę rażenia. Niemniej jednak nie nazwałbym występu nieudanym, był interesujący. Siłą rzeczy w eksperymenty wpisane jest pewne ryzyko. Artysta zdaje się zaakceptował ten fakt i poszedł na całość, dlatego brawa za odwagę. [fragment występu Arszyna]

Hadron + Jerzy Mazzoll

Planowo na występie Arszyna miał zakończyć się udział polskich artystów na festiwalu. Okazało się jednak, że kuratorzy przygotowali słuchaczom niespodziankę programową w postaci Jerzego Mazzolla, który dołączył do duetu Hadron na krótki, lecz mocny bis. Do pewnego stopnia występ klarnecisty uratował tę część programu i nie miałbym nic przeciwko jakby duet zagrał z Mazzollem cały koncert. Bez wątpienia wypowiedź Marino Pliakasa i Michaela Wertmüllera należała do najgłośniejszych na festiwalu, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Hadron zalał CSW gęstą lawą basowo-perkusyjno-komputerową, o znacznie bardziej metalowym niż improwizowanym zabarwieniu. Wedle zapowiedzi kuratorów był to także jedyny występ prezentujący wcześniej przygotowaną kompozycję. Rzeczywiście Pliakas miał przed sobą partyturę, a Wertmüller co chwila zerkał na ekran laptopa. Przez pierwsze minuty słuchałem występu z przyjemnością, duet zaproponował muzykę skrajnie inną od dotychczas na festiwalu obecnej, jednak po pewnym czasie muzyka Hadronu zaczynała nużyć swą powtarzalnością i brakiem niuansów. W zasadzie miałem wrażenie, że panowie cały czas grają to samo. Koncert jednak skutecznie spełnił „funkcję wybudzającą” po wyciszonym, eterycznym występie Arszyna. Udział Mazzolla wprowadził muzykę duetu na inne tory, dużo mniej ekstrawertyczne, a bardziej wyczulone na wzajemne interakcje instrumentów, choć w dalszym ciągu była to muzyka zdecydowanie ciężka. Sam klarnecista na przestrzeni dwóch krótkich improwizacji zaprezentował szeroki arsenał swoich możliwości – od niskiego, drone’owego grania opartego na circular breathing, przez meandryczne melodie o odrobinę ludowym zabarwieniu, po ekspresyjne przedęcia i zabawę sonorystyką instrumentu. Hadron w roli sekcji wypadł o niebo lepiej niż jako samodzielny byt artystyczny. Zatem zdecydowanie pozytywne zwieńczenie umiarkowanie ciekawego występu. [fragment występu Hadron + Jerzy Mazzoll]

Franz Fautzinger 1

Dostojne, ostatnie miejsce w line-upie otrzymał austriacki trębacz Franz Hautzinger, który pojawił się na scenie uzbrojony jedynie w instrument i mikrofon. Hautzinger znany jest z nieortodoksyjnego podejścia do dętego, blaszanego urządzenia jakim jest trąbka. Można było to usłyszeć od pierwszej chwili – charakterystycznych typowych dla instrumentu fraz było jak na lekarstwo. Artysta zaoferował publiczności znacznie więcej – można powiedzieć, że cały makrokosmos nieoczywistych brzmień jakie trąbka skrywa. Gra Hautzingera polegała na sonorystycznej, wręcz noise’owej zabawie możliwościami instrumentu, z których budował narrację bardzo wyważoną, nieprzegadaną i zaskakującą. Artysta świetnie wykorzystał akustykę CSW kontrastując brzmienie trąbki unplugged z potężnym, niepokojącym dźwiękiem jaki wydawała w interakcji z mikrofonem. Hautzinger wykazał się ponadto umiejętnością gry ciszą i pauzą, które przemycał do muzycznej opowieści, nadając im rolę integralnych elementów budujących dramaturgię. Podobna strategia artystyczna w pełnej krasie jest w stanie wybrzmieć właśnie w sytuacji koncertowej, kiedy rzeczy zdumiewające, z pogranicza improwizatorskiego szamanizmu, dzieją się bezpośrednio na naszych oczach. Hautzinger zagrał fenomenalnie, oryginalnie, a zarazem bardzo spójnie. Nie mam żadnego problemu z nazwaniem go mistrzem trąbki. Podobnie nowatorskie podejście do tego instrumentu widziałem dotychczas tylko na solowym występie Petera Evansa, a był to jeden z najlepszych koncertów jakie widziałem w zeszłym roku. Duże brawa. Jedynym drobnym mankamentem było rezonowanie werbla pozostawionej na scenie perkusji Hadronu, który przy niskich dźwiękach Hautzingera dawał efekt uderzania w blachę falistą, co niekiedy było ciekawe, ale na dłuższą metę trochę irytowało. Nie zmienia to jednak mojej całościowej bardzo wysokiej oceny występu Austriaka. [fragment koncertu Hautzingera]

Franz Hautzinger 4

 I tak oto siódmy CoCArt dobiegł końca. Tę siódemkę należy odczytywać symbolicznie. Dla mnie dwa dni w CSW były bezapelacyjnie czasem szczęśliwym. Ciężko mi przypomnieć sobie muzyczny event, na którym w tak komfortowych warunkach mógłbym obcować z tak różnorodną twórczością tak wysokiej próby. Zatem trzy razy „tak”. Program festiwalu stanowił estetyczne wyzwanie dla percepcji odbiorcy, a „muzyka-sztuka” powinna być wyzwaniem. Bardzo się cieszę, że podniosłem rękawicę i wybrałem się do Torunia. Miasto słynie ostatnio z budowy jednej świątyni, warto podkreślić, że „świątynię dźwięku” ma już wybudowaną. Chociaż była to moja pierwsza wizyta na festiwalu, to jestem przekonany, że odwiedzę CoCArt ponownie, ponieważ wróciłem do Warszawy bogatszy o naprawdę wyjątkowe doświadczenia muzyczne.

więcej zdjęć

Krzysztof Wójcik (((ii)))