Ksawery Wójciński solo w Faworach + niespodzianki

Pierwszy jesienny występ i pierwszy jesienny post Instytutu.

20140925_210829

Areną czwartkowego koncertu Ksawerego Wójcińskiego była żoliborska kawiarnia Fawory, miejsce chciałoby się rzec marginalne jeśli chodzi o koncertowe życie Warszawy. Nie jest to do końca prawda. W Faworach nie dzieje się może muzycznie „aż tyle”, co w innych klubach stolicy, jednakże jest to punkt koncertowo przechrzczony już nie raz – Fawory swego czasu otwarte były chociażby na Impro Mitingi. Również na niniejszych łamach kawiarnia doczekała się tekstu przed paroma miesiącami.

Żoliborski lokal dysponuje dosyć niewielką przestrzenią (nie mówiąc o „scenie”), która wprost idealnie nadaje się na koncerty małego formatu. Solowy występ Wójcińskiego przyciągnął stosunkowo liczne audytorium. Ciężko się temu dziwić. Kontrabasista w ostatnich latach swoimi wydawnictwami i ogólnie pojętą muzyczną aktywnością ciężko zapracował na mocną pozycję na scenie improwizowanej. Hera to przykład oczywisty, ale warto wspomnieć chociażby o niedawnej współpracy Wójcińskiego z legendą nowojorskiej sceny free – Charlesem Gaylem. O mini-koncercie, który polski muzyk zagrał w kwietniu tego roku w Powiększeniu słyszałem same superlatywy, dlatego tym chętniej wybrałem się na Żoliborz…

20140925_205751

Kontrabas to instrument niezwykły, dysponujący szalenie szerokim spektrum brzmień i odcieni. Najłatwiej się o tym przekonać właśnie w sytuacjach, kiedy ma on do zagospodarowania pełnię przestrzeni akustycznej – w małych, kameralnych składach lub właśnie solo. Wójciński ma do kontrabasu podejście charakterystyczne, pozwalające na snucie interesujących, samodzielnych muzycznych opowieści. W wywiadzie jaki w ostatnim czasie muzyk udzielił dla magazynu JazzPress, podkreślał on rolę ciszy jako fundamentu dla dźwięku i muzyki jako takiej. Ten – jak udowodnił chociażby Cage – nieistniejący, mityczny wymiar braku jakichkolwiek zjawisk akustycznych, potraktowałbym jako punkt wyjścia do opisania czwartkowego wieczoru. Wójciński zaczął od dłuższej chwili milczenia, i w tak przygotowanej audiosferze zaczął pierwszą z dwóch improwizowanych partii koncertu. Horyzontalnym, trochę drone’owym pociągnięciom smyczka towarzyszyły miarowe akcenty pojedynczych strun, które wybrzmiewały na tle rozwijającej się głębokiej harmonii. Z czasem te minimalistyczne wariacje zaczynały gęstnieć, przybierać formę bardziej złożoną o odrobinę folkowej, transowej melodyce. W drugiej części występu Wójciński odrzucił smyczek, początkowo na rzecz szklanki, którą wykorzystał jako slide. Gra przybrała formę nieco bardziej eksperymentalną, lecz uporządkowaną, nie była błądzeniem po omacku. W muzyce pojawił się puls, powtarzalne struktury riffowe, o hipnotycznym, nieco orientalnym charakterze. Wójciński zaczął grać bardziej fizycznie, a ekspresja znajdowała dobre ujście chociażby w mocnym slappingu, który nadał muzyce przyjemny, nienachalny groove. Każdorazowo improwizacje utrzymywały dobrą dramaturgię, a kontrast między dwiema częściami występu pozwolił na zachowanie dobrego balansu całości. Wójciński nadawał zakończeniom pomysłowe formy – raz był to pingpongowo odbijający się od strun smyczek, raz odgłos odłączanego wzmacniacza.

Lubię tego rodzaju występy – niewielkie, trochę partyzanckie, kiedy obcowanie z muzyką ma charakter intymny i bezpośredni, a na widowni nie ma osób przypadkowych (choć z takimi czasem bywa ciekawiej). Podobny koncert – pod względem kameralnego wymiaru – zagrał na początku sierpnia Jacek Mazurkiewicz w Eufemii. Ciężko mi dzisiaj, z perspektywy czasu porównywać te dwie efemeryczne wypowiedzi artystyczne na poziomie szczegółów, niemniej każda z nich była niezwykle intrygująca pod względem oryginalnego, nieidiomatycznego zastosowania kontrabasu. Ten często marginalizowany, czy drugoplanowy instrument dzięki umiejętnie prowadzonej narracji potrafi zyskać zupełnie nieoczekiwany wymiar. Na koniec szczypta dziennikarskiej pikanterii: w najbliższych miesiącach słuchacze będą mieli okazję zapoznać się z solowymi albumami wspomnianych improwizatorów, więc zalecam trzymanie ręki na pulsie. Szykuje się zatem mała kontrabasowa jesień (zima?), a sam koncert Wójcińskiego wpisał się doskonale w aurę dopiero co nastałej pory roku.

——————————————————————————————————–

„Niespodzianki”

A raczej powroty do przeszłości.

20140916_130412

Z racji tego, że jest to pierwszy post po dość długiej przerwie – a zarazem ostatni przed kolejną długą przerwą – trzeba nadrobić zaległości. W trakcie minionych tygodni mimo recenzenckiego (i ogólnego) zapracowania udało mi się wpaść na 2 koncerty do Pardon To Tu. Występy co prawda spoilerowałem na fb, lecz nie skwitowałem ich post factum żadnym komentarzem, który wystosowuję teraz w sposób raczej skrótowy. „Łapię chwile ulotne jak ulotka…” i tak dalej.

Spill (Tony Buck & Magda Mayas)

20140909_213148

Bardzo demokratyczny duet o niezwykle otwartym podejściu do improwizacji. Cieszy fakt kolejnego już w tym roku spotkania na scenie Tony’ego Bucka, perkusisty o przebogatym muzycznym języku i niesłychanej wyobraźni rytmicznej, która okazała się doskonale korespondować z bardzo kreatywną grą Magdy Mayas. Duet perkusja – klawinet to dosyć niestandardowa konfiguracja, jednak nie miałem podczas występu uczucia jakiegokolwiek braku – był to skład optymalny, a muzyka złożona, eksperymentalna, obdarzona nieco surrealistycznym klimatem. Raz spokojna i delikatna, innym razem brudna i intensywna na poziomie szczegółów. Występ miał charakter linearnego budowania płynnie ewoluującej improwizacji. Bardzo solidny, a pod względem brzmieniowym wręcz odświeżający koncert.

Marek Kądziela / Jacek Mazurkiewicz / Krzysztof Szmańda

20140915_210538

Skład okazał się absolutnie nieprzewidywalny – w pełnym tego słowa znaczeniu. Tworzący trio artyści pochodzą z różnych muzycznych światów. Znalazło to odzwierciedlenie w muzyce, której eklektyzm był na granicy chaosu, a konferansjerka dryfowała za granice purnonsensu i absurdu. Koncert niekiedy niebezpiecznie ocierał się o jazzowy mainstream głównie za sprawą ekstrawertycznej gitary Kądzieli o swingujących tendencjach do solowej dominacji. Znacznie ciekawiej wypadały eksperymenty gitarzysty z efektami i elektroniką. Innym razem skład zapuszczał się w rejony wyciszone, bardziej sonorystyczne, skupione na eksplorowaniu brzmienia poszczególnych instrumentów. Czasami muzycy nurkowali w wartki nurt pulsującego groove’u o trochę afrykańskiej, transowej rytmice przybrudzonej kąśliwą gitarą.

20140915_213513

Był to występ z dużą dozą luzu, spontaniczności, które nadały całości znamiona swobodnego jam session. Dla muzyków chyba najważniejsza tego wieczoru była wspólna zabawa na scenie, a niekoniecznie prezentacja jakiejś spójnej estetycznej wizji. Ostatecznie słuchało mi się Kądzieli, Mazurkiewicza i Szmańdy przyjemnie, jednak ciężko mi postrzegać ten skład jako zespół. Nie dosłyszałem w grze wspólnego mianownika, który z trzech indywidualności stworzyłby trzy części jednej całości. Chyba, że miała ona powstać na zasadach dysproporcji, chaosu i kontrastów – wtedy zgoda. Ciekawy występ, mimo wątpliwości poznawczych jakie zrodził, a może właśnie dzięki nim.

Tekst i materiały wizualne: Krzysztof Wójcik

Reklamy

Dokalski i Nowacka w Faworach

IMG_9578

W żoliborskiej kawiarni Fawory od jakiegoś czasu realizowany jest program muzyczny skoncentrowany w dużej mierze na prezentacji młodych warszawskich improwizatorów. 5 czerwca nieliczna publiczność zgromadzona w lokalu miała przyjemność usłyszeć duet Olgierda Dokalskiego i Antoniny Nowackiej. Zarazem była to okazja do kupna debiutanckiego albumu WIDT, projektu Nowackiej, który niedawno wypuściło Circon Int. w ręcznie wykonanych przez artystkę okładkach (limitowana edycja 30 sztuk). Jakość artystyczna występu okazała się odwrotnie proporcjonalna w stosunku do liczby słuchaczy.

Szczerze mówiąc dawno nie zdarzyło mi się uczestniczyć w koncercie tak kameralnym, którego oprawa zarazem idealnie komponowała się z intymnym charakterem granej muzyki. Duet na trąbkę i wokal to dość niecodzienna konfiguracja, której nigdy nie miałem okazji słuchać na żywo. Z zadowoleniem stwierdzam, że inicjacja przebiegła bezboleśnie, a na dodatek podkręciła ochotę na więcej. Dźwięki wydawane przez duet za pośrednictwem trąbki i mikrofonu wypełniły wnętrze kawiarni muzyką z pogranicza jawy i snu. Pozajęzykowe wokalizy Nowackiej, utrzymane w nieco chóralnej stylistyce dawały bardzo dużo przestrzeni Dokalskiemu do instrumentalnej improwizacji, jednak mylne byłoby postrzeganie muzyki duetu w relacji planów bliższych, bądź dalszych. Brzmienie trąbki i wokalu okazało się wobec siebie zdumiewająco komplementarne i choć Dokalski pełnił zwykle rolę strony reaktywnej, to jednocześnie bardzo często katalizował subtelne zmiany nastroju, które podchwytywane były przez Nowacką z niesłychanym wyczuciem. Występ miał charakter ciągły i przez blisko godzinę głos wokalistki działał niemalże non stop, bez załamania, co z pewnością wymaga niemałych umiejętności. Artystka konstruowała czysty, nieprzerwany i harmonijny pejzaż dźwiękowy, który momentami wręcz przestawał przypominać dzieło ust ludzkich. Lekki pogłos nałożony na mikrofon pozwalał na akustyczne eksperymenty, a zarazem iluzorycznie zwiększał przestrzeń niewielkiej kawiarni przeciągłym echem, dalece bardziej pasującym do wnętrza pustego kościoła.

IMG_9587Trąbka obok funkcji melodycznej pełniła rolę rytmizującą całość. Dokalski grał często krótkimi frazami, których koniec następował zanim na dobre temat zdążył się rozwinąć, co dobrze wpisywało się w efemeryczny charakter muzyki. Przypominało to trochę cyrkularne odbijanie się od głosu Nowackiej i powracanie do brzmienia nazwijmy to unisono. Muzyk eksperymentował z instrumentem korzystając z tłumików, wplatając w pewnym momencie w całość folkowe dźwięki zabawkowej piszczałki. Interesujący perkusyjny efekt dawały, zdaje się nieplanowane wibracje płyty CD, którą muzyk wykorzystuje jako tłumik. Momentem bodaj najciekawszym podczas czwartkowego występu był ten, kiedy Dokalski zaczął wtórować partnerce wokalnie. Niski tembr głosu wprowadził zaskakującą polifonię, a kontrastując z brzmieniem Nowackiej, nadał jej barwie na moment większej ostrości, pozwalał na odbicie się w wyższe rejestry. Był to krótki, spontaniczny incydent, jednak w znaczący sposób wzbogacający podejmowaną przez muzyków konwencję.

IMG_9567

Słuchanie duetu Dokalski/Nowacka było hipnotycznym doświadczeniem. Muzyka miała w sobie pewien mistyczny, nieuchwytny element, który jednocześnie dobrze współgrał z otaczającą przestrzenią i jej niespodziewanym, akustycznym akompaniamentem w postaci zwykłych odgłosów kawiarnianych, czy mistrzowskim złamaniem zasady decorum komentarzem: „trąbka się panu zatkała!”. Pozornie hermetyczne, oryginalne brzmienie okazało się formą bardzo otwartą, dopuszczającą dookreślanie zarówno przez nieprzewidziane czynniki zewnętrzne, jak i hipotetyczne wzbogacenie muzyki przez jej autorów. Wydaje mi się, że wprowadzenie incydentalnego elementu rytmicznego mogłoby korzystnie wyostrzyć, urozmaicić brzmienie całości. Być może taką formę przybierze projekt Potala, w ramach którego Dokalski z Nowacką zamierzają kontynuować swoją współpracę? Czas pokaże. Po czwartkowym występie jestem jednak przekonany, że formuła zaproponowana przez duet ma w sobie duży potencjał, który warto obserwować.

Krzysztof Wójcik

 

Copyright do zdjęć: Bogumiła Piotrowska. Dzięki!

Tymczasem!

Rzut w przeszłość…

Wczorajszy dzień był w Warszawie wyjątkowo intensywny. W cieniu sparaliżowanego miasta przez wizytę prezydenta USA, odbywały się co najmniej cztery atrakcyjne wydarzenia muzyczne, zatem było w czym wybierać: koncert szwajcarskiego Defibrillatora z gościnnym udziałem Jerzego Mazzolla w Pardon To Tu, w Chmurach hardcore punkowe Condominium, w Eufemii Impro Miting z Daanem Nedergaardem, duńskim free trębaczem, wreszcie Mikołaj Trzaska w Klubie Kultury Saska Kępa na minikoncercie i minispotkaniu. Z ostatniego eventu w najbliższym czasie relacja słowno-zdjęciowa.

Rzut w przyszłość…

Nadchodzące dni nie zwiastują specjalnego spadku tempa. Dziś Impro Miting w Eufemii (Łukasz Kacperczyk, Mateusz Wysocki), jutro o publiczność zawalczy Pardon To Tu (Hailu Mergia, Tony Buck, Mike Majkowski) i żoliborska kawiarnia Fawory (Olgierd Dokalski, Antonina Nowacka). Początek tygodnia pod znakiem Jozefa van Wissema w PTT, choć warto 10.06 zdezerterować na rzecz koncertu duetu Ryszard Latecki/Mark Tokar w prawobrzeżnych Chmurach.

Na osłodę wpisu zapraszam bo obejrzenia wyjątkowego improwizowanego performance’u w wykonaniu saksofonowych gigantów Skandynawii: Martina Küchena i Matsa Gustafssona.

 

Krzysztof Wójcik