11 Mózg Festival: The Love And Beauty Seekers / Roscoe Mitchell + Jerzy Mazzoll, Sławek Janicki, Qba Janicki

Grzegorz Pleszyński - "Kreatywność"

Już druga edycja międzynarodowego festiwalu klubu Mózg odbywa się równolegle w Warszawie i Bydgoszczy. Tegoroczna inauguracja w Teatrze Powszechnym miała charakter odrobinę bardziej kameralny niż przed rokiem (klik), co jest jednak zrozumiałe – wówczas festiwal był także symbolicznym rozpoczęciem funkcjonowania klubu w Warszawie. Zmniejszyła się również liczba wykonawców – nie licząc występów Grupy Fluxus na małej scenie Powszechnego zabrzmiały zaledwie 2 koncerty (rok temu bodaj 5). Czyli nie było przesytu. Zmiana zdecydowanie na plus tyczy się również tegorocznej „dyscypliny czasowej”. W 2014 całość skończyła się z potężną obsuwą mocno po 2 w nocy – tym razem każdy kolejny punkt wieczoru rozpoczynał się niemalże z zegarkiem w ręku. Jednym słowem organizatorzy odrobili lekcję na 5.

Szczerze mówiąc zaskoczyła mnie trochę frekwencja. Była co prawda przyzwoita, ale spodziewałbym się znacznie większych tłumów. Roscoe Mitchell to nie jest grajek, który wyleciał sroce spod ogona, tylko żywa legenda awangardowego jazzu, który – jak chcę wierzyć – cieszy się w Warszawie relatywnie dużą popularnością. Cóż, jeśli o wydarzeniu nie informowały w internecie serwisy teoretycznie do tego powołane – „pierwsza strona jazzu”, ludzie „bezgranicznie jazzowi”, nie wspominając już o  „European Jazz Magazine” – to nie ma się czemu dziwić. Zdaje się, że jedynie JazzPress wyłamał się z internetowej „zmowy milczenia”. Ciężko mi uwierzyć, że przedstawiciele tych mediów nie zarejestrowali tego wydarzenia, że im „umknęło”. Szkoda tylko, że stracili na tym odbiorcy, którzy mogli przez to zwyczajnie przegapić Mitchella. Ech… Mamy kolejne potwierdzenie, że niniejszy skromny portal jest potrzebny.

Fluxus

Ale wróćmy do samego festiwalu. Inauguracja w Powszechnym mocno zaznaczyła, że Mózg Fest. jest nie tylko wydarzeniem muzycznym. Od 18 do 21 swój czas mieli przedstawiciele Grupy Fluxus (Ann Noel, Ben Patterson, Eric Andersen) pod polską kuratelą Grzegorza Pleszyńskiego. Fluxusowcy zaprezentowali serię działań performatywnych silnie nastawionych na aktywny udział publiczności. Osobiście obserwowałem pierwsze i ostatnie wydarzenie w ramach tego bloku festiwalu – masowanie (do wyboru) uszu, stóp i dłoni, do którego publiczność ustawiała się w kolejkach, oraz zajadanie bitej śmietany z napompowanej gumowej centralnej figury obrazu „Krzyk” Edvarda Muncha przy wtórze muzyki Wagnera (o ile się nie mylę). Widzowie dość ochoczo uczestniczyli w przedsięwzięciach, więc wnioskuję, że „cel” (?) został osiągnięty. Sam przeznaczyłem segment Fluxusu głównie na konsumpcję poza Powszechnym, gdyż nie specjalnie lubię brać udział w tego typu akcjach, być wykorzystywanym jako tworzywo czyjejś wizji artystycznej, a obserwacja bez aktywnego uczestnictwa raczej nie miała sensu. Ze sztuką wygrała natura – głód. Zresztą przyszedłem na festiwal głównie po muzykę… Co nie zmienia faktu, że sam ruch Fluxus jako zjawisko historyczno-sztuczne jest dość fascynującym fenomenem (ciekawie opisanym w stosunkowo świeżej publikacji „Narracje, estetyki, geografie: Fluxus w trzech aktach„).

The Love And Beauty Seekers

Pierwszy i ostatni raz widziałem trio The Love And Beauty Seekers w zeszłym roku podczas koncertu urodzinowego Jerzego Mazzola, wówczas młodzi muzycy rekonstruowali z klarnecistą klasyczną już płytę „a” (klik). Zespół towarzyszył zresztą Mazzollowi w występach z yassowym materiałem w kilku miastach. Troszkę obawiałem się, że TL&BS w line-upie na inauguracji festiwalu będzie rodzajem „koleżeńskiej oferty supportowej” przed główną gwiazdą wieczoru… Niezwykle szybko okazało się jak bardzo jestem w błędzie.

Po koncercie w Powszechnym jestem przekonany, że trio tworzone przez Szymona Gąsiorka, Jędrzeja Łagodzińskiego i Franciszka Pospieszalskiego bardzo prędko przestanie być zapowiadane i opisywane jedynie jako „zespół Polaków studiujących w Kopenhadze”. Na scenie widać było po prostu znakomicie funkcjonujący młody skład, w którym ostateczne brzmienie jest summą talentów i wyobraźni każdego z muzyków. Widać było, że Panowie są samoświadomi swych umiejętności i podchodzą do estetyki jazzowego trio bez kompleksów, ze świeżym spojrzeniem, fantazją i młodzieńczą bezkompromisowością.

Co warto podkreślić The Love And Beauty Seekers zagrali własne kompozycje. Zwykle ich podstawą był mocny basowy groove i wyraziste linie melodyczne, niemniej utwory ciekawie ewoluowały i często okazywały się dużo bardziej złożone i nieszablonowo skonstruowane niż początkowo mogłoby się wydawać. Muzycy zmierzali zwykle od tematów do improwizatorskiej dekonstrukcji, lecz robili to w sposób uporządkowany, słuchając siebie nawzajem, nawiązując ciekawe dialogi rozszerzali formę nie dopuszczając do jej całkowitego pęknięcia. Niepisanym liderem tego składu wydaje mi się perkusista Szymon Gąsiorek, odpowiedzialny również za subtelne wstawki elektroniczne oraz przeszywający kornet. Podobała mi się oszczędność saksofonu i „stabilna dzikość” kontrabasu, trafne odczytywanie intencji między muzykami… Jednym słowem trio ma w sobie bardzo duży potencjał, który mam nadzieję utrwali niedługo jakimś wydawnictwem, bo niewątpliwie jest co utrwalać.

Mitchell, Mazzoll, Janicki, Janicki

Paradoksalnie historia współpracy Roscoe Mitchella z triem Mazzoll/Janicki/Janicki sięga lat 90. – wtedy to lider Art Ensemble of Chicago zainteresował się polskimi muzykami na podstawie płyty „Out Out to Lunch„, nagranej jeszcze jako Mazzoll & Arhytmic Perfection. Niestety wówczas nie doszło do wspólnego grania. Dziś w 2015 roku z dawnej drużyny gdańskiego klarnecisty ostał się jedynie kontrabasista Sławek Janicki, a trio już przed kilkoma laty dopełnił Qba Janicki na perkusji. I choć zespół ma na koncie tylko jeden krążek „Minimalover” z 2012 roku, to na dzień dzisiejszy jest najbardziej stałym i dość regularnie występującym składem Mazzolla.

Kwartet „MMJJ” rozpoczął koncert nagle – instrumenty po prostu zaczęły grać, a struktura miała przyjść w sposób naturalny. Szybko się okazało, że postacią zdecydowanie dominującą na scenie jest amerykański saksofonista. Wypowiedź Mitchella przypominała trochę strumień świadomości – była ciągła, nieprzerwana, często sprawiała wrażenie przypadkowej kakofonii, lecz z czasem obezwładniała determinacją, pewnością i ekspresją. Mitchell należy do muzyków free jazzowych, którzy wykształcili własny język wypowiedzi i to był właśnie ten język. W pierwszych kilkunastu minutach wydawało mi się, że na scenie dochodzi do przyspieszonej, symbolicznej podróży Polska-USA. Muzykom potrzebna była dłuższa chwila by złapać wspólne flow, jednak gdy już zostało odnalezione siła rażenia i dzikość płynących dźwięków warte były oczekiwania. W efekcie koncert im dłużej trwał, tym lepsze sprawiał wrażenie, trochę jakby zespół rodził się na naszych oczach.

Bardzo dobrze w konfrontacji z Mitchellem sprawdziła się sekcja rytmiczna, a w zasadzie rytmiczno-elektroniczna (tutaj rola Qby Janickiego). Dotrzymanie tempa 75-letniemu saksofoniście było zadaniem wręcz karkołomnym. Kontrabas Sławka Janickiego operujący szorstką fakturą, a czasami śpiewną ludowością (partie grane pod mostkiem) dobrze współgrał z rozpędzonym Mitchellem, imponował wyczuciem. Chyba nigdy też nie słyszałem tak intensywnej perkusji pod rękami Qby Janickiego. Tej intensywności towarzyszyła finezja i ewidentna chęć na wpływanie grą na przebieg koncertu. Początkowo – o dziwo – najbardziej zagubiony w tej konfiguracji wydawał mi się Mazzoll. Artysta krążył po scenie, zmieniał klarnety jak rękawiczki, próbując wedrzeć się w potok dźwięków Mitchella frazą bardziej uchwytną, miał też ewidentne problemy z nagłośnieniem, a w pewnym momencie na chwilę w ogóle zszedł ze sceny. Czasami można było odnieść wrażenie, że muzyk czerpie większą frajdę z samego słuchania saksofonisty, niż ze wspólnego grania. Ostatecznie Mazzoll słusznie zrezygnował ze ścigania się z Mitchellem na szybkie solówki i zaczął bardziej bazować na sonorystycznych dopełnieniach, na „kolorowaniu” brzmienia całości okazjonalnymi, ale mocnymi wejściami, czasami równoważąc chaos melodią, jednak nie przejmując ciężaru gry na siebie. Finalnie dało to dobry rezultat, a Panowie ewidentnie złapali wspólny język, szczególnie podczas wyciszonej improwizacji zagranej wspólnie na siedząco.

Mazzoll, Mitchell, Janicki

Takich spokojniejszych momentów było niewiele, ale dobrze balansowały całość, którą jednak mocno (czasami jak dla mnie aż za mocno) dominował saksofonowy skowyt Mitchella. Podejrzewam, że to w znacznej mierze kwestia dotarcia muzyków grających ze sobą pierwszy raz – prawdopodobnie koncert w Bydgoszczy był już zupełnie inną historią. Niemniej dzikość i gromy miotane ze sceny Teatru Powszechnego miały swój nieodparty, fascynujący urok ścierania się różnych, ale silnych i bezkompromisowych osobowości. Być może dobrym zwieńczeniem byłaby wspólna płyta? Miłość z Lesterem Bowie miała „Not Two”. Myślę, że tutaj adekwatnym tytułem byłoby „Not One”.

A to dopiero początek 11 Mózg Festiwalu. W najbliższych tygodniach w Warszawie i Bydgoszczy wystąpi jeszcze cała rzesza interesujących artystów (jakich? – klik). Jednym słowem warto trzymać rękę na pulsie aż do 12 listopada.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Jerzy Mazzoll i goście – 20 lat albumu „a” w Mózgu Powszechnym

Mazzoll_1

Jerzy Mazzoll jest artystą tyleż fascynującym, co kontrowersyjnym, wywołującym zwykle skrajne reakcje odbiorców. Gdyby nie metryka, to określenie enfant terrible polskiej muzyki improwizowanej pasowałoby do niego w stu procentach. Piątkowy wieczór w warszawskim Mózgu, właśnie na zaglądaniu w metrykę się opierał, ponieważ nie dość, że koncert został poświęcony 20-leciu kluczowego dla yassu albumu „a”, to jeszcze zbiegł się kalendarzowo z urodzinami gdańskiego muzyka. Cóż, mówiąc krótko nie mogłem sobie pozwolić na nieobecność.

Kilka słów o dwudziestoletniej, okrągłej plastikowej bohaterce piątkowego wieczoru. „Na początku było słowo, a zanim pojawiło się słowo, musiał zabrzmieć dźwięk „a”. To dźwięk, który wydaje nowonarodzone dziecko i pierwsza litera alfabetu. Dobry prosty tytuł dla albumu, mający jednocześnie wiele rozmaitych kontekstów” – tak o pierwszej płycie Arhythmic Perfection w yassowej monografii Sebastiana Reraka opowiada Jerzy Mazzoll. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że album w dalszym ciągu jest dla gdańskiego klarnecisty żywotnym punktem odniesienia, a na koncertach motywy muzyczne z „a” powracają niczym bumerangi, echa, niesforne standardy wciąż na nowo interpretowane. Pomijając wszelkie niedopracowania realizatorskie (dość toporne, choć podobno umyślnie zachowane brzmienie taśmy DAT; lo-fi perfection?), to muzyka z krążka pod względem kompozycyjnym broni się dzisiaj zaskakująco dobrze, a jako materiał wyjściowy do improwizacji sprawdza się wręcz znakomicie.

Grzegorz Pleszyński

Wieczór rozpoczął się z około godzinnym opóźnieniem konferansjerką Mazzolla, która sprowadzała się do dość gorzkiego oświadczenia, że będzie tego wieczoru jedynym muzykiem z oryginalnego składu, który przygotował „a” (co ostatecznie okazało się nieprawdą). Poza tym został zdradzony news optymistyczny – w przyszłym roku dwie pierwsze płyty Arhythmic Perfection mają się ukazać na winylu (moim zdaniem reedycja na cd też by się przydała). Program urodzinowy otworzył Grzegorz Pleszyński przedstawiając na małych blejtramach liczby związane z życiem klarnecisty (miałem nawet przyjemność przeczytać na głos datę poczęcia głównego bohatera!). Po krótkich fanfarach na trąbkę, lejek i przezroczyste rurki, artysta ustąpił miejsca na scenie zespołowi.

Asystą Mazzolla okazało się trio The Love and Beauty Seekers, o średniej wieku prawdopodobnie porównywalnej z Arhythmic Perfection circa 1994 i nie zdziwiłbym się gdyby „a” było dla młodych muzyków materiałem, na którym uczyli się grać. W rezultacie pokręcone kompozycje z „20-latki” zyskały odpowiednio młodzieńczą oprawę. Przyznam, że było dla mnie dużą zagadką w jaki sposób Mazzoll będzie chciał przywołać ducha materiału sprzed dwóch dekad. W zasadzie mógł obrać dwie skrajne drogi: odegrać całość zachowując maksymalną wierność oryginałowi (opcja najnudniejsza i co za tym idzie najmniej prawdopodobna), albo dopuścić się luźnej „wariacji na temat” (opcja, na którą miałem najbardziej nadzieję, niezależnie od rezultatu podobnej strategii). Ostatecznie artysta obrał w pewnym sensie drogę środka.

Mazzoll&band

Zaczęło się wyjątkowo klasycznie. Kwartet odgrywał kolejne utwory z „a” zachowując względną kolejność, a także strukturę poszczególnych kompozycji. Być może dałem ponieść się emocjom wynikającym z sytuacji, jakby nie było, wyjątkowego koncertu, ale muzyka – mimo tak wiernej oryginałowi formy – miała w sobie potężny ładunek siły, brzmiała świeżo i energetycznie. Miałem wrażenie, że słucham materiału nagranego w tym roku, chociaż doskonale znałem każdą kolejną kompozycję. Trzeba przyznać, że Mazzoll na obchody „porcelanowych godów” (serio, tak to funkcjonuje w nazewnictwie) sprytnie dobrał sobie kompanów, wykorzystując ich młodzieńczą werwę. Być może tematy z „a” nie stanowią jakiegoś gigantycznego wyzwania dla instrumentalistów, niemniej jednak Jędrzej Łagodziński, Szymon Gąsiorek i Franciszek Pospieszalski jako sidemani wypadli naprawdę imponująco. Można powiedzieć, że Mazzoll po raz kolejny potwierdził niezwykłą intuicję muzycznego headhuntera. Poprzez zamianę pierwotnej trąbki na saksofon i ograniczenie sekcji rytmicznej do jednego perkusisty, utwory z „a” zyskały bardziej dynamiczny i ostry charakter, który klarnecista ewidentnie starał się podkręcać. Na wysokości „Utworu pt. Fian” do kwartetu dołączyli dwaj, jak zaanonsował ich Mazzoll, „najlepsi klarneciści w Polsce”, czyli Paweł Szamburski i Piotr Mełech, którzy dolali jeszcze trochę benzyny do najbardziej hałaśliwej fragmentu albumu. Od tego momentu goście zaczęli wkraczać na scenę rotacyjnie, a sam program uległ znacznemu rozluźnieniu. W pewnej chwili publiczność Mózgu mogła nawet usłyszeć 3/5 oryginalnego Arhythmic Perfection – w „Pieśni o Smutnym Rumunie” wystąpił nieustannie tego wieczoru dissowany za współpracę z Kazikiem Janusz Zdunek i kontuzjowany Sławek Janicki. Było też „Jah kocha psa” z wokalem Darka Malejonka. Na scenę powracali Szamburski z Mełechem (chociaż pierwszy z nich w pewnym momencie zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach), a całość zaczęła nabierać coraz bardziej happenerski charakter. Wdzierał się tu i ówdzie dekadencko-chuligański chaos, nieprzewidywalność, a absurdalna konferansjerka funkcjonowała na scenie na tych samych prawach, co muzyka, słowem: wskrzeszenie niepokornego ducha yassu. Koncert zwieńczył interesujący duet klarnetowy z Piotrem Mełechem, chyba najbardziej subtelny i wyciszony fragment całego występu. Po wieczorze w Mózgu (i dwa dni wcześniejszym koncercie WIO) przyznać muszę, że w komplementach Mazzolla odnośnie kolegi po fachu nie ma wiele przesady. Powróciła jeszcze na moment melodia „Ojczyzną naszą…” i taką to klamrą 20 lat „a” zostało uczczone.

Mazzoll & Piotr Mełech

Z krytycznego punktu widzenia wydarzenia tematyczne takie jak muzyczne benefisy, czy hołdy dla dokonań sprzed lat są zawsze imprezami podwyższonego ryzyka estetycznego (nudne metafory z odgrzewaniem, starym mięsem itp.). Niemniej z mojej perspektywy nie stało się źle, że Mazzoll powrócił do materiału z „a” i sądzę również, że udało mu się uniknąć przy tej okazji artystycznego faux pas. Muzyk podszedł do zadania ze swego rodzaju poważnym dystansem (tudzież zdystansowaną powagą), mieszając te dwa elementy w wyrównanych proporcjach. Nie zagrał kompozycji z sentymentalną megalomanią, tylko z pasją, nie bawił się specjalnie w postmodernistyczną, potencjalnie pretensjonalną grę z tworzywem, a jedynie podkreślił walory istniejące w samej muzyce, pokazał, że nie zestarzała się aż tak jak sugerowałyby lata i w dalszym ciągu ma potencjał koncertowy (właściwie wypada znacznie lepiej na żywo dzisiaj, niż na nagraniu sprzed lat – skądinąd też live). Zdarzają się sytuacje, kiedy inżynier Mamoń ma rację i to była jedna z nich – bawiłem się w Mózgu doskonale.

Po tego rodzaju powrocie do przeszłości jestem bardzo ciekaw nowego materiału Mazzolla, który podobnie jak album sprzed dwóch dekad zatytułowany jest jednym prostym, lecz znów wymownym i wieloznacznym symbolem „+”. Tylko tym razem mam już nadzieję na „back to the future”.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Kompilacja różnych fragmentów koncertu, ponad 10 minut (uwaga – głośne nagranie):