Piotr Damasiewicz, Gerard Lebik + RED Trio w Pardon To Tu

Red trio + Damasiewicz, Lebik 2To był koncert wysokiego napięcia, o niesłychanej intensywności, idącej w parze z wyjątkową koncentracją i precyzją. Już drugi raz w tym roku miałem ogromną przyjemność podziwiać na scenie połączone siły polsko-portugalskie. Marcowy występ kwintetu w warszawskim CSW (relacja/poniżej krótki filmik) wywarł na mnie wielkie wrażenie i szczerze mówiąc trochę powątpiewałem w możliwość powtórzenia wyczynu tak kompletnego. Jak się szczęśliwie okazało – myliłem się. Muzycy wspięli się w Pardon To Tu jeszcze wyżej, zagrali mocniej, drapieżniej, dźwięki sprawiały wrażenie maksymalnie skondensowanych, był w nich taki ładunek determinacji, że ciężko było choćby na chwilę oderwać uwagę od narracji, zwątpić w jej zasadność.

RED trio to skład działający na zasadzie synergii, znakomitego porozumienia w operowaniu estetyką intensywnego free. Bez wątpienia zespół z najwyższej półki światowego impro. Duet Piotr DamasiewiczGerard Lebik jest zjawiskiem równie niezwykłym i plasującym się zdecydowanie na tej samej półce. Gra wrocławskich muzyków jest komplementarna w pełnym tego słowa znaczeniu. Aż ciężko uwierzyć, że artyści z osobna operujący tak charakterystycznymi językami, są w stanie na jednej scenie grać z tak dużą otwartością i wrażliwością na brzmienie całości. Widać było, że nie tylko generowali dźwięki, ale w równej mierze (a może nawet przede wszystkim) ich słuchali – celem była spójność, wzajemne podkręcanie napięcia, gra do jednej bramki. I chyba właśnie to jest miarą klasy wielkich improwizatorów, umiejętność schowania ego do kieszeni i wyjmowanie go tylko wtedy gdy trzeba.

Cóż, nie ma co dłużej strzępić słów. To był fenomenalny, ekstatyczny występ, dobitnie pokazujący, że idiom free w XXI wieku może mieć młodzieńczą witalność i siłę porównywalną z najznamienitszymi dokonaniami nurtu. Bez cienia wątpliwości jeden z lepszych koncertów jazzowych, jakie widziałem w tym roku, o ile nie w szerszych ramach czasowych. I nie zmieni tego nawet niepotrzebny bis. Chylę czoła.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Kwintet promował w tym roku LP pt. „Mineral” wydane w Bocian Records, ale niebawem ma nagrać kolejny krążek – tym razem już studyjny – w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu. I chociaż w pełni rozumiem rangę królewskiego nośnika jakim jest winyl, to mam jednak wielką nadzieję, że materiał ukaże się także na cd. Na pewno nie przyniesie to ujmy muzyce tego kalibru, a z pewnością pozwoli na dotarcie do szerszej grupy odbiorców. Warto dać im szansę.

Reklamy

Dzień Jazzu: Power of the Horns w Studiu im. W. Lutosławskiego

Power of the Horns 1

W historii najnowszej polskiego jazzu Power of the Horns zapisało już swoją kartę. Big band Piotra Damasiewicza rejestrując na żywo album „Alaman”, położył kamień węgielny pod narodziny wydawnictwa For Tune, które przez dwa lata funkcjonowania wypuściło już kilkadziesiąt albumów artystów polskich i zagranicznych. To wyjątkowe osiągnięcie, które w sposób niebagatelny wpłynęło na krajową scenę jazzową i okołojazzową. Oprócz tego „Alaman” w warstwie muzycznej był doskonałym przykładem witalności i mocy jaką w XXI wieku może wykreować jazzowy kolektyw złożony ze znakomitych instrumentalistów pod wodzą charyzmatycznego lidera. Płyta zbierała zewsząd entuzjastyczne recenzje i stała się trampoliną dla wielu muzyków wchodzących w skład kolektywu, z samym Piotrem Damasiewiczem na czele.

W świetle tych ciężko podważalnych faktów, koncert Power of the Horns w Studiu Polskiego Radia był pod wieloma względami najsensowniejszym pomysłem na uczczenie Międzynarodowego Dnia Jazzu. A w każdym razie na pewno bardziej zasadnym niż zeszłoroczny występ Mitch & Mitch ze Zbigniewem Wodeckim (z całym szacunkiem). Można zatem zaryzykować teorię, że ensemble Damasiewicza pojawił się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Choć do tego drugiego miałbym pewne „ale”… Ale to za chwilę.

Na scenie, po krótkiej konferansjerce  Bartka Chacińskiego i Jacka Hawryluka, pojawiło się 15 muzyków łącznie z liderem i gościem – w tej roli wybitny tubista Zdzisław Piernik. Czyli mała jazzowa orkiestra z podwójną sekcją rytmiczną, fortepianem i 10 instrumentami dętymi. Okazało się już w trakcie wstępu, że Power of the Horns AD 2015, to nie to samo co PotH 2012. Przede wszystkim skład uległ zmianie od strony rytmicznej – kontrabasiści Max Mucha i Jakub Mielcarek zostali zastąpieni przez Marka Tokara i Ksawerego Wójcińskiego, a zamiast Wojciecha Romanowskiego na jednej z perkusji zagrał Samuel Hall. Modyfikacji uległ też zestaw „hornów”, do których dołączyli: Gerard Lebik, Piotr Łyszkiewicz, Mateusz Rybicki oraz Adam Milwiw. Wraz z Piernikiem dało to dwukrotnie większą liczbę dęciaków niż na „Alamanie”. Nie będzie zatem przesadą nazwanie zespołu wersją Power of the Horns 2.0. Band wystąpił w takim składzie po raz pierwszy (i w ogóle grał pierwszy raz od dłuższego czasu).

Power of the Horns 2

Zmianie uległa jednak przede wszystkim muzyka, pomysł na granie tak dużym składem. Piotr Damasiewicz przygotował na potrzebę koncertu kompozycję pt. „Suita 29”, która operowała zupełnie inną poetyką niż żywiołowy, soczysty, wręcz agresywny „Alaman”. Tym razem muzycy zostali okiełznani partyturą o wiele mniej bazującą na energetycznym potencjale dużego składu. „Suita 29” zasadzała się głównie na rozgrywaniu dźwięku w podzespołach, w mniejszych składach kolejno podejmujących wątek. Sam Damasiewicz występował na scenie przede wszystkim w roli dyrygenta, reżysera spektaklu, który chwyta za instrument jedynie od czasu do czasu. Podobne rozwiązanie było dość ryzykownym, choć odważnym posunięciem – z całą pewnością duża część słuchaczy znających PotH z albumu musiała być zaskoczona, żeby nie powiedzieć rozczarowana takim scenariuszem występu. Rezultatem był co prawda „power”, lecz budowany miarowo, oscylujący pomiędzy poszczególnymi sekcjami, ale bardzo rzadko wybuchający pełnią kolektywnej mocy. Trochę szkoda, że Damasiewicz nie pozostawił muzykom większej dozy improwizatorskiej wolności i swobody w budowaniu narracji – czynników intuitywnych, tak istotnych we współczesnym jazzie. Przez to skład brzmiał momentami aż nazbyt grzecznie, jakby grał pod linijkę. Często dochodziło też do sytuacji, w których dłuższe fragmenty grało jedynie kilku spośród 15 muzyków. Owszem, były to partie ciekawe, pokazujące indywidualność poszczególnych artystów, jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że stały one w sprzeczności z potencjałem zróżnicowanej, big bandowej gry. Były to serie improwizacji, trzymanych na krótkiej wodzy w ramach jednej kompozycji.

Występ określiłbym świetną ilustracją wyraźnego dualizmu, który można zauważyć we współczesnym jazzie. Może nawet nie jednego, a dwóch – po pierwsze: kompozycja/improwizacja; po drugie: indywidualizm/kolektywizm. Wydaje mi się, że koncert Power of the Horns w większej mierze pokazał zbiór interesujących osobowości artystycznych, niż zgrany zespół o wspólnej tożsamości. I tutaj powracam do „ale” z drugiego akapitu – bardzo możliwe, że po prostu zabrakło czasu żeby zespół w takim składzie osiągnął większy poziom muzycznego porozumienia, nabrał lekkości, przekładającej się na spontaniczną wypowiedź. To chyba główny problem, ponieważ wymienione wartości są – w moim mniemaniu – jednymi z najważniejszych w jazzie w ogóle. Na dobrą sprawę, to co usłyszeliśmy w Lutosławskim można nazwać nie tyle jazzem, co muzyką współczesną zagraną przez jazzmanów, improwizatorów. Rezultat wielokrotnie bywał interesujący, ale pozostaje poczucie niedosytu i trochę niewykorzystanej szansy na puszczenie wodzy fantazji w tak ciekawej konfiguracji wyrazistych artystów. Jak na ironię zabrakło mi w występie Power of the Horns przede wszystkim mocy, operowania kontrolowanym chaosem z większą swobodą kolektywnego flow.

Power of the Horns 3

Być może to właśnie nieszczęsna, poniekąd zobowiązująca data wydarzenia wpłynęła na przesadne wykonawcze napięcie emanujące ze sceny? Może udział wybitnego gościa? Może presja wynikała z gabarytów sali? Może z racji transmisji na żywo w radio? Pewnie wszystko po trochu. I chociaż z całą pewnością nie był to koncert zły, to nie spełnił do końca pokładanych w nim oczekiwań. A największy paradoks tkwi w tym, że okazał się również doświadczeniem dużo bardziej pouczającym niż występ jednoznacznie wspaniały, z którego każdy wyszedłby w niemym zachwycie. To też znak czasu – jazz w Polsce to nieustanne work in progress. Ta praca odbywa się w klubach i na regularnych koncertach, a niekoniecznie na wydarzeniach okazjonalnych.

Jak napisał na swoim profilu warszawski Mózg: „Świat ma jeden Międzynarodowy Dzień Jazzu w roku. Dziś. Mózg ma takich 365”. Szczęśliwie dla jazzu, miejsc w Polsce o podobnej filozofii jest jeszcze trochę i warto je odwiedzać nie tylko od święta.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Rodrigo Amado Motion Trio + Peter Evans w Pardon To Tu

Amado Motion Trio + Evans 2

Są koncerty pozostawiające recenzenta w impasie niepohamowanego entuzjazmu. Tak, to był jeden z nich. Muzykiem, który ma wszelkie predyspozycje do generowania podobnych reakcji jest Peter Evans. Trębacz-zjawisko, posługujący się instrumentem z taką łatwością, jakby był on integralną częścią ciała. Największą siłę rażenia Evans objawia właśnie w sytuacji występu na żywo. Podczas czwartkowego wieczoru w Pardon To Tu Amerykanin był gościem znakomitego zespołu Rodrigo Amado Motion Trio. I choć wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastowały, że trębacz skradnie Portugalczykom występ, to wcale tak się nie stało, co świadczy jedynie o dużej klasie zarówno Evansa, jak i samego Motion Trio. Tego wieczoru wszyscy artyści obecni na scenie zaprezentowali możliwości najwyższej próby, funkcjonując niczym jeden cholernie sprawny i nieprzewidywalny mechanizm.

W tym koncercie było coś bezlitosnego. Muzycy operowali językiem współczesnego free jazzu z prawdziwą maestrią, prowadząc wypowiedź niemalże nieustannie na najwyższych obrotach, nie pozwalając sobie (i słuchaczom) na choćby chwilę wytchnienia. Momentów wolniejszych, nie mówiąc już o spokojnych, było naprawdę bardzo niewiele, a sama zasadnicza część występu trwała półtorej godziny. Ze sceny spływał nieustanny, rwący potok dźwięków, które były pewne siebie w stopniu graniczącym z bezczelnością. Jednocześnie nie był to bełkot, nie czułem monotonii. Widmo przegadania, przekombinowania, przefajnowania stanowi chyba największe zagrożenie dla koncertu, w którym wodze ekspresji zostają popuszczone w sposób tak swobodny. Kto w zasadzie dzierżył lejce? Kto to kontrolował? Ciężko powiedzieć – energia oscylowała non stop pomiędzy wszystkimi narratorami tej opowieści, nawet gdy wycofywali się na dalszy plan.

Mira_Evans_Amado2

Właśnie z dalszego planu rozpoczął występ Peter Evans, który zabrał głos dopiero po pewnym czasie, w sumie jak na gościa przystało. Był to już trzeci występ trębacza na scenie Pardon To Tu po spektakularnym solo (klik) i monumentalnym koncercie z własnym kwintetem (klik). Kto wie, czy właśnie rola „muzyka  bonusowego”, po części zwolnionego z ciągnięcia występu, nie była dla niego tą, w której mógł się pokazać z najciekawszej, najbardziej elastycznej strony. Rozpędzone frazy free (obficie wykorzystujące circular breathing) sąsiadowały ze znakami firmowymi artysty, takimi jak: dudniące, niskie, wręcz drone’owe „pożeranie mikrofonu trąbką”, zabawy perkusyjnymi możliwościami i sonorystyką instrumentu. Gra Amerykanina doskonale wpisywała się w poetykę tria i nie przytłaczała wirtuozerią reszty zespołu. Rodrigo Amado jest saksofonistą stosunkowo zrównoważonym, budującym wypowiedź intensywną niespiesznie, ale dosadnie i konsekwentnie. Przy okazji ma dużą wrażliwość melodyczną, dla której bardziej szalone i dynamiczne artykulacje Evansa były znakomitym kontrapunktem. Niskie brzmienie tenoru Amado i przeszywające frazy trąbki działały na zasadzie synergii. Artyści wpływali na siebie zdecydowanie stymulująco i nawet sporadyczne, dęte „walki na przechwałki” miały cechy pasjonującej wymiany zdań.

Gabriel Ferrandini

Gabriel Ferrandini jako fundament rytmiczny składu zrobił na mnie chyba jeszcze większe wrażenie niż podczas koncertu RED Trio w CSW przed dwoma tygodniami (klik). Świetny timing i stopniowanie dramaturgii. Perkusista siedzi na specyficznym wysokim stołku, dzięki czemu dominuje nad zestawem, co przekłada się na bardzo mocne, energetyczne brzmienie (to w sumie moja hipoteza…). Wiolonczelista Miguel Mira płynnie przechodził od czysto rytmicznej gry palcami do przenikliwych fraz budowanych smyczkiem, które śmiało wdzierały się między dęciaki. Nie potrafię powiedzieć czy większe wrażenie zrobiły na mnie fragmenty grane przez kwartet kolektywnie czy w podgrupach, ponieważ jedne bez drugich nie miałyby swojej siły. Aż ciężko uwierzyć, że to był pierwszy wieczór wspólnej trasy.

Co tu dużo pisać – to był naprawdę znakomity, porywający koncert. I chyba najlepszy free jazz, jaki słyszałem w tym roku na scenie Pardon To Tu. Zobaczyć na żywo w odstępie tygodnia Nate’a Wooley’a (klik) i Petera Evansa, jednych z najciekawszych amerykańskich trębaczy młodego pokolenia, to duża rzecz. Naprawdę duża.

więcej zdjęć/more photos

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Kwintet: RED Trio, Gerard Lebik i Piotr Damasiewicz w CSW Zamek Ujazdowski

redtrio+1

Uwertura

RED Trio to światowa czołówka jeśli chodzi o tzw. working bandy. Portugalski skład obok nowoczesnego, demokratycznego podejścia do grania free, słynie również z tego, że świetnie wchodzi w reakcję z innym muzycznymi podmiotami. Dotychczas byli to chociażby tak charakterystyczni artyści jak John Butcher czy Nate Wooley. Tym razem lizbońskie trio połączyło siły ze znakomitymi przedstawicielami wrocławskiego impro – Piotrem Damasiewiczem i Gerardem Lebikiem. Tak zmontowany kwintet właśnie wydał winyl (i niestety tylko winyl) „Mineral” w Bocian Records, a występ w CSW stanowił część trasy promującej LP.

Ostatnio miałem przyjemność recenzować album, na którym to właśnie polscy muzycy inkorporowali do składu perkusistę RED Trio, Gabriela Ferrandiniego. Mam tutaj na myśli projekt veNN circles (znów Bocian). Płyta prezentowała zestaw szalenie intrygujących dźwięków o nieidiomatycznej proweniencji. Improwizacja prowadziła muzyków w rejony futurystyczne, w czym duża zasługa Lebika, który na rzecz veNN circles odwiesił saksofon na ścianę i skupił się na generowaniu bardzo wyważonych noise’ów. W Laboratorium CSW rozszerzone portugalsko-polskie combo zagrało koncert w 100% akustyczny i z całą pewnością był to najbardziej ognisty, a zarazem nieoczywisty free jazz, jaki miałem okazję słuchać w ostatnich miesiącach.

 

Rozwinięcie

Ciężko mi postrzegać ten skład jako „trio +”, ponieważ to właśnie momenty kolektywnej gry, muzycznego zazębiania się „reprezentacji narodowych” były najbardziej spektakularne i stąd też tytuł niniejszego tekstu. Miałem wrażenie, że słucham składu w pełni demokratycznego i zgranego, bez podziału na gości i zespół. Można powiedzieć, że publiczność zetknęła się z klasycznym jazzowym kwintetem (trąbka, saksofon, fortepian, kontrabas i perkusja) jednak to właśnie podejście odbiegające od konwencji zaważyło na mojej wysokiej ocenie przedsięwzięcia.

20150307_202314

Koncert miał przyjemnie oldschoolową strukturę z podziałem na partie solowe dęciaków, podczas których drugi muzyk odchodził poza scenę przejść się, napić wody, popatrzeć z dystansu na grę kolegów by dołączyć w najbardziej adekwatnym momencie. Co prawda zdarzały się chwile, kiedy RED Trio samodzielnie gospodarowało muzyczną czasoprzestrzenią, ale to właśnie interakcje z saksofonem i trąbką uważam za najjaśniejsze punkty programu, o których śmiało można mówić w kategoriach synergii. Być może stało się tak dlatego, że Lebik z Damasiewiczem nie wychylali się nadto na pierwszy plan i nie epatowali solówkową woltyżerką. Dobrze było to słychać w partiach Lebika, które imponowały natężeniem i intensywnością, a przy tym nie brzmiały jakby saksofonista dążył do zagrania jak największej liczby dźwięków na sekundę. Często były to frazy bardziej jednostajne, w których moim zdaniem objawił się elektroniczny background i wrażliwość na drobne niuanse i modulacje brzmienia. Damasiewicz natomiast interesująco eksplorował rytmiczne możliwości trąbki. Szczególnie ciekawe frazy tworzył wykorzystując tłumik oraz eksperymentując z różnymi rodzajami zadęcia. Jednocześnie w jego grze słychać było duży zmysł melodyczny kryjący się pod bardziej sonorystycznymi partiami. Sama współpraca na linii trąbka-saksofon przebiegała naturalnie, wręcz organicznie, jednak nie ma się czemu dziwić – panowie grają od lat w całym szeregu projektów, a obecnie stanowią jeden z bardziej interesujących improwizatorskich tandemów wykorzystujących akurat te instrumenty. Wzajemną chemię Damasiewicza i Lebika było już dobrze słychać na materiale „Mnemotaksja”, jednak koncert w CSW pokazał jak mocno od czasu nagrania tamtej płyty (2008 rok) rozwinęło się podejście artystów do języka improwizacji.

Damasiewicz_Lebik2

RED Trio było dla polskich muzyków potężnym silnikiem, mechanizmem działającym tak dobrze jako jeden organizm, że trudno mi rozpatrywać grę poszczególnych członków. Chociaż gra całego kwintetu porażała intensywnością i energią, to paradoksalnie chyba największe wrażenie zrobiły na mnie momenty „napiętych wyciszeń”, z których artyści powoli tworzyli wielowątkowe, zaskakujące mikro i makro struktury. Wówczas też można było zaobserwować jak wiele w tej muzyce intelektualnej precyzji, wyważonego i odważnego operowania formą free. Jakkolwiek absurdalnie nie brzmiałaby zbitka „forma free”. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że podobny koncert mogli zagrać tylko muzycy najwyższej klasy, samoświadomi własnych artystycznych możliwości, a także plusów wynikających z trzymania ich na wodzy. Występ domknął jeden bis, któremu początkowo byłem nieprzychylny, ponieważ przy okazji podobnych doświadczeń muzycznych wolę uczucie niedosytu, jednak zespołowi nieźle udało się wkomponować dogrywkę w całość narracji. I w sumie nawet klaskałem dla tego bisu, przyznam się bez bicia.

redtrio+uklony

Epilog

Ilekroć zdarza mi się odwiedzić salę Laboratorium CSW boleję nad tym, że przestrzeń stosunkowo rzadko wykorzystywana jest na potrzeby koncertów. Znakomite warunki akustyczne w idealnym świecie choć raz w tygodniu powinny nasiąkać muzyką. Szczęśliwie w najbliższym czasie w Sali im. Wojciecha Krukowskiego zabrzmi jeszcze szereg interesujących projektów, a pierwsze z nich już w piątek i sobotę. Jeśli utrzymując wysoką artystyczną jakość wydarzeń, CSW zwiększyłoby częstotliwość ich prezentowania, to z całą pewnością Laboratorium stałoby się jednym z najważniejszych adresów na muzycznej mapie Warszawy. Póki co jest raczej „rzadko, ale mocno”, a w związku z tym również nobilitująco. I być może taka strategia też ma swój sens, a ten epilog jest tylko „niepotrzebnym klaskaniem na bis” po świetnym występie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

więcej zdjęć

Recenzje, wywiady – PopUp #46, post scriptum indywidualne

okładka PopUp #46

Nowy numer PopUpMusic od kilku dni śmiga po internecie. Po raz kolejny zasiliłem go serią tekstów, których tematyka czy też „przedmiot” są nieprzypadkowe. W oceanie artystów i wydawnictw właściwa selekcja to istotny, o ile nie najistotniejszy aspekt krytyki muzycznej w ogóle. Dodawać nie muszę, że uwzględnienie wszystkiego, co ciekawe jest niemożliwe – ale dodam, bo to prawda. Wbrew niekiedy utrzymywanym pozorom nawet ludzie piszący o muzyce mają ograniczenia może nie tyle percepcyjne (choć te również się zdarzają), ale zwyczajnie czasowe. Niemniej jestem przekonany, że najnowszy PopUp stanowi względnie szerokie kompendium wiedzy (informacji? refleksji?) o aktualnie interesujących zjawiskach muzycznych. Dlatego zanim przejdę do części indywidualnej gorąco polecam zapoznanie się z różnorodną całością numeru. Nie przeczytałem jeszcze wszystkiego (nieregularniki wręcz należy sobie dawkować), ale z dłuższych form z pewnością warto sprawdzić wywiad z Ukrytymi Zaletami Systemu. Trio wydało bardzo mocny debiut (klik), szczególnie ciekawy w warstwie tekstowej. Rozmowa z Garym Lucasem, jednym z ostatnich współpracowników Captaina Beefhearta i Jeffa Buckleya, również na dużym „propsie”.

Osobiście postanowiłem skupić się głównie na muzyce polskiej. Chociaż „postanowiłem” to złe słowo – po prostu na krajowej scenie działo się w ostatnich miesiącach dużo dobrego, o czym zwyczajnie przemilczeć się nie dało. Zatem z 11 recenzji, które napisałem tylko dwie pozbawione są jakiegokolwiek polskiego akcentu: „Reverse Blue” Mary Halvorson i kooperacja „Radian vs. Howie Gelb”. Także drobne odchylenia w stronę USA i Europy Zachodniej, swoją drogą muzycznie bardzo ciekawe.

Wszystkie recenzje, w których maczałem palce w kolejności alfabetycznej:

1. Artur Maćkowiak & Grzegorz Pleszyński – „A Sound Of The Wooden Fish”

Maćkowiak, Pleszynski - A Sound Of The Wooden Fish

2. Hang Em High – „Beef & Bottle”

hang-em-high-beef-bottle

3. Jacek Mazurkiewicz solo, 3FoNIA – „Chosen Poems”

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

4. Ksawery Wójciński – „The Soul”

Ksawery Wójciński - The Soul

5. Gerard Lebik, Piotr Damasiewicz, Gabriel Ferrandini – „veNN Circles”

Lebik, Damasiewicz, Ferrandini - veNN circles

6. Lotto – „Ask The Dust”

LOTTO - Ask The Dust

7. Mary Halvorson – „Reverse Blue”

Mary-Halvorson-Reverse-Blue

8. Paweł Bartnik – „Bez Tytułu”

Paweł Bartnik - Bez tytułu

9. Radian & Howe Gelb – „Radian Verses Howe Gelb”

Radian verses Howe Gelb

10. Scott Stain – „I’ve Always Wanted to Meet You”

Scott Stain - I've Always Wanted To Meet You

11. Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves”

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Jak widać zestawienie zdominowały indywidualne wypowiedzi artystyczne i ta przewaga wpisuje się zresztą doskonale w specyfikę ubiegłego roku.

Udało mi się również porozmawiać z autorami dwóch bardzo dobrych solowych krążków, które wyszły w ostatnich miesiącach – z Jackiem Mazurkiewiczem i z Hubertem Zemlerem. Płyty obu Panów są znakomitym świadectwem tego jak przy użyciu minimalnych środków stworzyć muzykę niejednoznaczną, wielowarstwową i samowystarczalną.

Wywiad z Jackiem Mazurkiewiczem

Wywiad z Hubertem Zemlerem

Niniejszym gorąco polecam lekturę 46 numeru PopUp’a!

Krzysztof Wójcik (((ii)))