Rodrigo Amado Motion Trio + Peter Evans w Pardon To Tu

Amado Motion Trio + Evans 2

Są koncerty pozostawiające recenzenta w impasie niepohamowanego entuzjazmu. Tak, to był jeden z nich. Muzykiem, który ma wszelkie predyspozycje do generowania podobnych reakcji jest Peter Evans. Trębacz-zjawisko, posługujący się instrumentem z taką łatwością, jakby był on integralną częścią ciała. Największą siłę rażenia Evans objawia właśnie w sytuacji występu na żywo. Podczas czwartkowego wieczoru w Pardon To Tu Amerykanin był gościem znakomitego zespołu Rodrigo Amado Motion Trio. I choć wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastowały, że trębacz skradnie Portugalczykom występ, to wcale tak się nie stało, co świadczy jedynie o dużej klasie zarówno Evansa, jak i samego Motion Trio. Tego wieczoru wszyscy artyści obecni na scenie zaprezentowali możliwości najwyższej próby, funkcjonując niczym jeden cholernie sprawny i nieprzewidywalny mechanizm.

W tym koncercie było coś bezlitosnego. Muzycy operowali językiem współczesnego free jazzu z prawdziwą maestrią, prowadząc wypowiedź niemalże nieustannie na najwyższych obrotach, nie pozwalając sobie (i słuchaczom) na choćby chwilę wytchnienia. Momentów wolniejszych, nie mówiąc już o spokojnych, było naprawdę bardzo niewiele, a sama zasadnicza część występu trwała półtorej godziny. Ze sceny spływał nieustanny, rwący potok dźwięków, które były pewne siebie w stopniu graniczącym z bezczelnością. Jednocześnie nie był to bełkot, nie czułem monotonii. Widmo przegadania, przekombinowania, przefajnowania stanowi chyba największe zagrożenie dla koncertu, w którym wodze ekspresji zostają popuszczone w sposób tak swobodny. Kto w zasadzie dzierżył lejce? Kto to kontrolował? Ciężko powiedzieć – energia oscylowała non stop pomiędzy wszystkimi narratorami tej opowieści, nawet gdy wycofywali się na dalszy plan.

Mira_Evans_Amado2

Właśnie z dalszego planu rozpoczął występ Peter Evans, który zabrał głos dopiero po pewnym czasie, w sumie jak na gościa przystało. Był to już trzeci występ trębacza na scenie Pardon To Tu po spektakularnym solo (klik) i monumentalnym koncercie z własnym kwintetem (klik). Kto wie, czy właśnie rola „muzyka  bonusowego”, po części zwolnionego z ciągnięcia występu, nie była dla niego tą, w której mógł się pokazać z najciekawszej, najbardziej elastycznej strony. Rozpędzone frazy free (obficie wykorzystujące circular breathing) sąsiadowały ze znakami firmowymi artysty, takimi jak: dudniące, niskie, wręcz drone’owe „pożeranie mikrofonu trąbką”, zabawy perkusyjnymi możliwościami i sonorystyką instrumentu. Gra Amerykanina doskonale wpisywała się w poetykę tria i nie przytłaczała wirtuozerią reszty zespołu. Rodrigo Amado jest saksofonistą stosunkowo zrównoważonym, budującym wypowiedź intensywną niespiesznie, ale dosadnie i konsekwentnie. Przy okazji ma dużą wrażliwość melodyczną, dla której bardziej szalone i dynamiczne artykulacje Evansa były znakomitym kontrapunktem. Niskie brzmienie tenoru Amado i przeszywające frazy trąbki działały na zasadzie synergii. Artyści wpływali na siebie zdecydowanie stymulująco i nawet sporadyczne, dęte „walki na przechwałki” miały cechy pasjonującej wymiany zdań.

Gabriel Ferrandini

Gabriel Ferrandini jako fundament rytmiczny składu zrobił na mnie chyba jeszcze większe wrażenie niż podczas koncertu RED Trio w CSW przed dwoma tygodniami (klik). Świetny timing i stopniowanie dramaturgii. Perkusista siedzi na specyficznym wysokim stołku, dzięki czemu dominuje nad zestawem, co przekłada się na bardzo mocne, energetyczne brzmienie (to w sumie moja hipoteza…). Wiolonczelista Miguel Mira płynnie przechodził od czysto rytmicznej gry palcami do przenikliwych fraz budowanych smyczkiem, które śmiało wdzierały się między dęciaki. Nie potrafię powiedzieć czy większe wrażenie zrobiły na mnie fragmenty grane przez kwartet kolektywnie czy w podgrupach, ponieważ jedne bez drugich nie miałyby swojej siły. Aż ciężko uwierzyć, że to był pierwszy wieczór wspólnej trasy.

Co tu dużo pisać – to był naprawdę znakomity, porywający koncert. I chyba najlepszy free jazz, jaki słyszałem w tym roku na scenie Pardon To Tu. Zobaczyć na żywo w odstępie tygodnia Nate’a Wooley’a (klik) i Petera Evansa, jednych z najciekawszych amerykańskich trębaczy młodego pokolenia, to duża rzecz. Naprawdę duża.

więcej zdjęć/more photos

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

„Noise clarinet” – Piotr Mełech solo w Mózgu Powszechnym

Piotr Mełech 1

Zacznijmy konfesyjnie. Mam słabość do klarnetu, a klarnet basowy jest dla mnie niekwestionowanym królem klarnetów. Lubię soniczną dwubiegunówkę, ciepło-szorstkie, przeszywająco-delikatne brzmienie tego instrumentu. We właściwych rękach klarnet może być prawdziwie spektakularnym narzędziem muzycznym. Tutaj większy nacisk kładę oczywiście na owe „właściwe ręce”, bo jeśli te mają do czynienia z właściwym instrumentem, to zawsze jest szansa na cuda. W Mózgu solowy program na klarnet i prąd zaprezentował Piotr Mełech, muzyk dotychczas najmocniej związany ze sceną poznańską, a od jakiegoś czasu mieszkający i aktywnie działający w Warszawie. W swojej karierze grywał już z takimi zagranicznymi sławami jak Mats Gustafsson, Clayton Thomas, Fred Lonberg-Holm, czy Michael Zerang. Autorski program nazwałbym raczej rodzajem muzycznego performansu, w którym eksperyment był na pierwszym miejscu, a klarnet jednym z kilku środków artystycznej wypowiedzi.

Piotr Mełech 2

Gdy wszedłem do Mózgu zobaczyłem Mełecha na scenie otoczonego plątaniną kabli, dużą liczbą efektów i rozmaitych elektronicznych zabawek. Ten widok przypominał trochę laboratorium szalonego naukowca. Okazało się, że dopięcie technikaliów trochę potrwa, jednak samo obserwowanie przygotowań można było potraktować jako „odkuchenne” widowisko. Występ poprzedziła projekcja filmu autorstwa Mełecha. Około 10-minutowy obraz rozpoczął się od amorficznych, kolorowych plam, korespondujących z równie  abstrakcyjną muzyką, wypadkową noise’u i ambientu, budowaną na bazie klarnetu i elektronicznych preparacji. Film przeplatały ujęcia realistyczne, przedstawiające żydowski cmentarz. Okazało się, że jest to nekropolia z Lubaczowa, rodzinnej miejscowości artysty ogrodzona blaszanym płotem, którego zbliżenia złożyły się na psychodeliczne ciągi ujęć. Mełech po projekcji w kilku zdaniach opisał genezę powstania filmu jako spontaniczną rejestrację telefonem komórkowym. Miała to być próba przepuszczenia znanych obrazów przez soczewkę artystycznej estetyzacji. Efekt określiłbym jako niepokojący i lekko surrealistyczny. Te pierwiastki dobrze zasygnalizowały dalszy rozwój wypadków.

Piotr Mełech + cień

Noise clarinet… Bardzo trafnie, adekwatnie do rzeczywistości zatytułowane przedsięwzięcie. Instrument  często stanowił dla Mełecha jedynie pretekst do zanurzenia się w elektronicznych eksperymentach, wyjątkowo dobrze funkcjonujących w niewielkiej przestrzeni klubu. Raz były to jednostajne plamy noise’u, kiedy indziej partie bardziej zrytmizowane o różnorodnym, trochę industrialnym brzmieniu. Elektryczna aparatura podłączona do klarnetu ciekawie podkreślała i eksponowała sonorystykę instrumentu, która następnie była przez artystę przetwarzana w dźwięki zupełnie nieprzewidywalne. Niekiedy Mełech w ogóle odkładał dęciak i skupiał się na zabawie efektami. Natomiast gdy sięgał po klarnet basowy koncert przybierał wręcz klasyczne oblicze. Muzyk dysponuje dość rozkołysaną frazą, częstokroć układającą się w melodyczne wariacje. Chyba największe wrażenie wywarła na mnie duża wrażliwość w operowaniu cichymi partiami, którymi Mełech umiejętnie przeplatał wypowiedź na klarnetach. Te subtelniejsze momenty ciekawie kontrastowały z brutlistyczną, agresywną elektroniką. Przypomnijmy – brutalizm architektoniczny kładzie nacisk na przestrzeń, konstrukcję i właściwości materiałów w celu uzyskania formy surowej. Według mnie właśnie taka forma w Mózgu powstała.

Mełech - Kacperczyk

Na bis dołączył do klarnecisty Łukasz Kacperczyk, który wziął na siebie ciężar operowania brzmieniami syntetycznymi, raczej wyciszonymi, nawiązującymi bardziej do ambientu czy kosmische musik. Początkowo Mełech nawiązał z Kacperczykiem elektroniczny dialog, by po chwili sięgnąć po klarnet basowy. Lubię tego rodzaju bisy, które są w zasadzie oddzielnymi mini-programami artystycznymi, które coś wnoszą. Duet zagrał krótko, acz ciekawie, budując powoli narastającą wypowiedź skonstruowaną z wielu mikro-detali. Słychać było, że muzycy wyznają podobną, a w każdym razie komplementarną, filozofię improwizowania. Nic w tym zresztą dziwnego, ponieważ Panowie występują wspólnie w kilku projektach, jak chociażby Cukier, czy ostatnio przeze mnie recenzowane Sounds Of The Night Sky (klik). Na sam koniec klarnet wybrzmiał jeszcze raz samodzielnie i tym samym domknął nieco chaotyczną, lecz zdecydowanie intrygującą całość występu.

Mełech zaprezentował się jako artysta poszukujący, swobodnie operujący kilkoma muzycznymi językami. Niekiedy eksperymenty w łączeniu klarnetu z elektroniką nasuwały mi skojarzenia z Jeremiahem Cymermanem. A to porównanie zdecydowanie pozytywne. Koncert w Mózgu odbieram jako pokaz szerokiego spektrum możliwości i nieskrępowanej wyobraźni. Wydaje mi się, że solowa muzyka Mełecha jest dopiero w procesie krystalizacji. A może właśnie próbuje się tej krystalizacji wymknąć, sytuując się na niezapisanych marginesach wolności i intuicji? Tak czy inaczej otwarte, ryzykanckie podejście Mełecha do tzw. „dźwiękowej materii” zrobiło na mnie wrażenie i z całą pewnością warto śledzić dalszy rozwój wypadków.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Huntsville w Dwa Osiem

Huntsville 2

Występ norweskiego Huntsville rozpoczął czterodniową muzyczną ofensywę w Dwa Osiem (kolejnych wieczorów zagrali jeszcze Slalom, Enablers i Wovoka). Przyznam szczerze, że wybrałem się na koncert praktycznie nieskalany znajomością muzyki Norwegów. Owszem, zapoznałem się z tym co w sieci, z kilkoma recenzjami itp., ale nic poza tym. W zasadzie lubię chodzić w takim stanie na koncerty. Odbiór „na świeżości” ma swoje plusy, chociażby nie nasuwa zbyt arbitralnych oczekiwań (poza oczywistym oczekiwaniem „dobrego koncertu”). Z dużą radością zauważyłem w Dwa Osiem krzesła, których niestety zabrakło przy okazji występu kIRk (klik). Tym razem pod tym względem – tiptop. Warto dodać, że koncert organizowany był we współpracy z portalem PopUp, z którym jestem związany współpracą recenzencko-wywiadowczą. Niemniej poszedłem na występ „prywatnie”, lub jak kto chce – z ramienia Instytutu.

Huntsville rozpoczęło koncert z lekkim poślizgiem, mieszczącym się w granicach normy. Początek brzmiał jak dostrajanie się gitary i basu, które płynnie przeszło w dość uporządkowaną, z wolna budowaną narrację. Perkusja dołączyła dopiero po jakimś czasie nadając całości więcej dynamizmu. Niestety ledwo trio zdążyło się bardziej rozkręcić (trwało to jakieś 20-30 minut) nadszedł czas na… przerwę w koncercie. Do końca nie wiadomo czym spowodowaną, ale skutecznie wybijającą z pantałyku. Ostatecznie może jednak dobrze się stało, ponieważ druga część występu okazałą się o wiele ciekawsza. Rola dominująca przypadła jednostajnie dudniącej gitarze basowej, wokół której pozostałe instrumenty budowały subtelne wariacje. Zarówno perkusja, jak i gitara intensywnie korzystały z elektronicznych gadżetów, przenoszących całość na nieco bardziej nieoczywiste tory. Widać było, że muzycy nie grają ze sobą zbyt regularnie i niekiedy zdarzały się przejścia dość toporne. Szczególnie przyjemnie słuchało mi się gitary. Jej brzmienie było najbardziej odrealnione. Kto wie, może tak grał Syd Barrett w swoim ostatnim składzie Stars, kiedy psychodelia zaczęła już zupełnie rzutować na jego artystyczną dyspozycję… Takie bardzo wolne skojarzenie.

Huntsville 1

Zabrakło mi w koncercie Huntsville elementów nawiązujących do transowych brzmień etnicznych, które słyszałem w rozproszonych po internecie fragmentach ich twórczości. W zasadzie zespół zagrał koncert stricte gitarowy, obficie korzystając z typowej dla muzyki skandynawskiej melancholijnej nastrojowości. Huntsville grało przede wszystkim niespiesznie, w myśl post rockowego slow power. Dzięki temu ich muzyka zyskiwała na przejrzystości, ale też wydała mi się nie do końca wyrazista. To co ciekawe działo się na dalszym, niejako „podmelodycznym” planie. Mikro-ciekawostki Norwegowie dozowali jednak z bardzo dużym umiarem, trochę za bardzo stroniąc od przejaskrawień, które według mnie mogły wpłynąć zbawiennie na urozmaicenie dość rozwlekłej narracji. Również odniosłem wrażenie, że Huntsville zwyczajnie nie mogli skończyć występu. Kilkakrotnie nadarzała się sposobność do postawienia kropki, jednak trio nieustannie zamieniało ją w kolejne przecinki. Szkoda, bo rozrzedziło to wypowiedź, która w bardziej okrojonych ramach z całą pewnością zyskałaby na sile, a tak pozostawiła we mnie wrażenia raczej ambiwalentne.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Nate Wooley & Paul Lytton w Pardon To Tu

Wooley_Lytton2

Trąbka, podobnie jak saksofon, jest instrumentem jednoznacznie kojarzonym z jazzem. Zwykle trębacz to frontman, solista, lider. Trąbka świdruje, wwierca się w mózg charakterystycznym tonem, stanowi często brzmieniową dominantę na tle reszty składu. Nie wiem czy to świadoma koncepcja programowa, czy zbieg okoliczności, ale (póki co) w tym roku w Pardon To Tu trąbkę usłyszeć można wyjątkowo często. Marzec należy uznać zdecydowanie za moment przesilenia tej tendencji. Rzut oka na program: Tomasz Stańko (relacja), Nate Wooley, Tomasz Dąbrowski, Peter Evans. Dwóch już zagrało, dwóch jeszcze zagra. Zmasowany atak polsko-amerykańskich rogów Każdy z powyższych trębaczy dysponuje bardzo charakterystycznym stylem gry. Nie ukrywam, że w tej konstelacji sercem bliżej mi do estetyki artystów z USA, których wspólna płyta „High Society” nagrana z wykorzystaniem wzmacniaczy gitarowych to pozycja absolutnie wyjątkowa jeśli chodzi o status trąbki w XXI wieku. Nate Wooley bez wątpienia należy do muzyków, którzy wprowadzili swój instrument na nowy poziom artystycznego wyrazu, a koncert z Paulem Lyttonem był tego doskonałym przykładem.

Wooley_wzmacniacz2

W wywiadzie, który trębacz udzielił PopUpMusic pod koniec 2013 roku powiedział: <<trąbka była najbliżej tego głosu, który słyszałem w swojej głowie. Mimo że nigdy nie słyszałem go w taki sposób, w jaki „powinno się” go zagrać, wiedziałem, że mogę odtworzyć to, co słyszę, tylko i wyłącznie na trąbce>>. Sądzę, że występ w Pardon To Tu przybiera jeszcze ciekawsze oblicze, gdy odbierany jest właśnie w kontekście tych słów. Podczas koncertu miałem komfort siedzenia w pierwszym rzędzie. Obserwowanie z tak bliska zabiegów, jakim Wooley poddawał trąbkę, pozwalało na bardzo bezpośrednie wsiąknięcie w muzykę dobiegającą ze sceny. Duet snuł narrację w sposób niezwykle skupiony i precyzyjny. Początkowe bardziej ekspresyjne i (powiedzmy) klasyczne frazy trąbki z czasem coraz bardziej ustępowały wyciszonej zabawie instrumentem. Paul Lytton to perkusista grający od dekad z największymi improwizatorami. Ostatnio miałem dużą przyjemność słuchać muzyka na żywo podczas Ad Libitum 2013 w trio z Evanem Parkerem i Barrym Guyem, a także w London Improvisers Orchestra. Chociaż wiek i staż mógł sugerować pewną hierarchię, to na scenie Pardonu nie było tego widać, a panowie grali jak równy z równym.

Paul Lytton

Najwłaściwszym określeniem w odniesieniu do interakcji duetu wydaje mi się przymiotnik „komplementarna”. Wooley dążył do zredukowania tradycyjnego brzmienia trąbki na rzecz dźwięków bardziej abstrakcyjnych, jak zauważa we wspomnianym wywiadzie: << „Efekty” trąbki jazzowej zawsze wydawały mi się tandetne i sztuczne>>. Dużą część występu artysta zagrał w ogóle bez ustnika, co pozwalało na zmianę instrumentu w narzędzie do generowanie wszelkiego rodzaju szmerów, szumów, niestandardowych efektów akustycznych, niekiedy o perkusyjnym zabarwieniu. Podobnie kreatywne podejście przyświecało Lyttonowi, który mocno eksplorował sonorystykę zestawu. Stosując (w pewnym sensie) typowe triki jak pocieranie membrany bębnów, granie za pomocą cieniutkich patyczków, miotełek, szpachelki, zabawę łańcuchem i wszelkiego rodzaju innymi rekwizytami (np. drewniana żaba), artysta tworzył bardzo gęste i drobiazgowe tło dla subtelnych akustycznych akcentów trąbki. Słuchając bacznie tej duetowej improwizacji nie miałem wrażenia przekombinowania, czyli jednej z głównych zmór tego typu muzyki. Artyści sprawnie prowadzili wspólną opowieść, płynnie intensyfikując i studząc dramaturgię, dzięki czemu skupienie pełni uwagi na występie (teoretycznie trudnym), nie było znów tak wymagającym wyzwaniem. Chyba najbardziej ekscytujący w tym koncercie był potencjał zaskoczenia, unoszący się nad każdą kolejną minutą, którą doprawdy ciężko było przewidzieć.

Nate Wooley_blacha

Na marginesie warto dodać, że Wooley zagrał koncert z kontuzją kciuka (zdaje się nawet złamaniem), dlatego wielkie brawa za determinację – występ zachował przyzwoitą długość (czyli ok. godziny). Formalną „wisienką na torcie”, „języczkiem uwagi”, „kroplą przepełniającą czarę” był bis, a właściwie jedna z najkrótszych dogrywek, jakich przyszło mi słuchać. Wooley dosłownie na sekundę zbliżył usta do trąbki, Lytton uderzył raz w zestaw i koniec. I znakomicie! Piękna zgrywa z regularnie nadużywanej formuły. Są koncerty, po których bisy zwyczajnie nie mają sensu i jak dla mnie to był jeden z nich. W muzyce jaką gra Wooley środkiem równie istotnym co dźwięk jest jego brak, a zawieszenie i pauza częstokroć działają intensywniej niż płomienne solo. Może nie tyle sztuka umiaru, co właściwego balansu. Bardzo dobry, pełnowartościowy koncert, pomimo względnego braku amplifikacji trąbki, na którą z pewnością wielu fanów trębacza czekało.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

więcej zdjęć

Kwintet: RED Trio, Gerard Lebik i Piotr Damasiewicz w CSW Zamek Ujazdowski

redtrio+1

Uwertura

RED Trio to światowa czołówka jeśli chodzi o tzw. working bandy. Portugalski skład obok nowoczesnego, demokratycznego podejścia do grania free, słynie również z tego, że świetnie wchodzi w reakcję z innym muzycznymi podmiotami. Dotychczas byli to chociażby tak charakterystyczni artyści jak John Butcher czy Nate Wooley. Tym razem lizbońskie trio połączyło siły ze znakomitymi przedstawicielami wrocławskiego impro – Piotrem Damasiewiczem i Gerardem Lebikiem. Tak zmontowany kwintet właśnie wydał winyl (i niestety tylko winyl) „Mineral” w Bocian Records, a występ w CSW stanowił część trasy promującej LP.

Ostatnio miałem przyjemność recenzować album, na którym to właśnie polscy muzycy inkorporowali do składu perkusistę RED Trio, Gabriela Ferrandiniego. Mam tutaj na myśli projekt veNN circles (znów Bocian). Płyta prezentowała zestaw szalenie intrygujących dźwięków o nieidiomatycznej proweniencji. Improwizacja prowadziła muzyków w rejony futurystyczne, w czym duża zasługa Lebika, który na rzecz veNN circles odwiesił saksofon na ścianę i skupił się na generowaniu bardzo wyważonych noise’ów. W Laboratorium CSW rozszerzone portugalsko-polskie combo zagrało koncert w 100% akustyczny i z całą pewnością był to najbardziej ognisty, a zarazem nieoczywisty free jazz, jaki miałem okazję słuchać w ostatnich miesiącach.

 

Rozwinięcie

Ciężko mi postrzegać ten skład jako „trio +”, ponieważ to właśnie momenty kolektywnej gry, muzycznego zazębiania się „reprezentacji narodowych” były najbardziej spektakularne i stąd też tytuł niniejszego tekstu. Miałem wrażenie, że słucham składu w pełni demokratycznego i zgranego, bez podziału na gości i zespół. Można powiedzieć, że publiczność zetknęła się z klasycznym jazzowym kwintetem (trąbka, saksofon, fortepian, kontrabas i perkusja) jednak to właśnie podejście odbiegające od konwencji zaważyło na mojej wysokiej ocenie przedsięwzięcia.

20150307_202314

Koncert miał przyjemnie oldschoolową strukturę z podziałem na partie solowe dęciaków, podczas których drugi muzyk odchodził poza scenę przejść się, napić wody, popatrzeć z dystansu na grę kolegów by dołączyć w najbardziej adekwatnym momencie. Co prawda zdarzały się chwile, kiedy RED Trio samodzielnie gospodarowało muzyczną czasoprzestrzenią, ale to właśnie interakcje z saksofonem i trąbką uważam za najjaśniejsze punkty programu, o których śmiało można mówić w kategoriach synergii. Być może stało się tak dlatego, że Lebik z Damasiewiczem nie wychylali się nadto na pierwszy plan i nie epatowali solówkową woltyżerką. Dobrze było to słychać w partiach Lebika, które imponowały natężeniem i intensywnością, a przy tym nie brzmiały jakby saksofonista dążył do zagrania jak największej liczby dźwięków na sekundę. Często były to frazy bardziej jednostajne, w których moim zdaniem objawił się elektroniczny background i wrażliwość na drobne niuanse i modulacje brzmienia. Damasiewicz natomiast interesująco eksplorował rytmiczne możliwości trąbki. Szczególnie ciekawe frazy tworzył wykorzystując tłumik oraz eksperymentując z różnymi rodzajami zadęcia. Jednocześnie w jego grze słychać było duży zmysł melodyczny kryjący się pod bardziej sonorystycznymi partiami. Sama współpraca na linii trąbka-saksofon przebiegała naturalnie, wręcz organicznie, jednak nie ma się czemu dziwić – panowie grają od lat w całym szeregu projektów, a obecnie stanowią jeden z bardziej interesujących improwizatorskich tandemów wykorzystujących akurat te instrumenty. Wzajemną chemię Damasiewicza i Lebika było już dobrze słychać na materiale „Mnemotaksja”, jednak koncert w CSW pokazał jak mocno od czasu nagrania tamtej płyty (2008 rok) rozwinęło się podejście artystów do języka improwizacji.

Damasiewicz_Lebik2

RED Trio było dla polskich muzyków potężnym silnikiem, mechanizmem działającym tak dobrze jako jeden organizm, że trudno mi rozpatrywać grę poszczególnych członków. Chociaż gra całego kwintetu porażała intensywnością i energią, to paradoksalnie chyba największe wrażenie zrobiły na mnie momenty „napiętych wyciszeń”, z których artyści powoli tworzyli wielowątkowe, zaskakujące mikro i makro struktury. Wówczas też można było zaobserwować jak wiele w tej muzyce intelektualnej precyzji, wyważonego i odważnego operowania formą free. Jakkolwiek absurdalnie nie brzmiałaby zbitka „forma free”. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że podobny koncert mogli zagrać tylko muzycy najwyższej klasy, samoświadomi własnych artystycznych możliwości, a także plusów wynikających z trzymania ich na wodzy. Występ domknął jeden bis, któremu początkowo byłem nieprzychylny, ponieważ przy okazji podobnych doświadczeń muzycznych wolę uczucie niedosytu, jednak zespołowi nieźle udało się wkomponować dogrywkę w całość narracji. I w sumie nawet klaskałem dla tego bisu, przyznam się bez bicia.

redtrio+uklony

Epilog

Ilekroć zdarza mi się odwiedzić salę Laboratorium CSW boleję nad tym, że przestrzeń stosunkowo rzadko wykorzystywana jest na potrzeby koncertów. Znakomite warunki akustyczne w idealnym świecie choć raz w tygodniu powinny nasiąkać muzyką. Szczęśliwie w najbliższym czasie w Sali im. Wojciecha Krukowskiego zabrzmi jeszcze szereg interesujących projektów, a pierwsze z nich już w piątek i sobotę. Jeśli utrzymując wysoką artystyczną jakość wydarzeń, CSW zwiększyłoby częstotliwość ich prezentowania, to z całą pewnością Laboratorium stałoby się jednym z najważniejszych adresów na muzycznej mapie Warszawy. Póki co jest raczej „rzadko, ale mocno”, a w związku z tym również nobilitująco. I być może taka strategia też ma swój sens, a ten epilog jest tylko „niepotrzebnym klaskaniem na bis” po świetnym występie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

więcej zdjęć

Sounds Of The Night Sky [Ray Dickaty, Łukasz Kacperczyk, Piotr Mełech, Dominik Mokrzewski] w Mózgu Powszechnym

Kacperczyk_Dickaty_Mełech3

SOTNS – bo tak, dość psotnie, brzmi skrótowa nazwa zespołu – zagrało w Mózgu Powszechnym swój pierwszy koncert. Zatem historia dzieje się na naszych oczach podczas, co znamienne dla nazwy, marcowej pełni księżyca. Skład docelowo uzupełniać ma jeszcze „sekcja smyczkowa” w osobach Ksawerego Wójcińskiego i Mikołaja Pałosza, jednak muzykom nie udało się na koncert dotrzeć.

Wysokie występy w Mózgu WWA

Cóż mogę powiedzieć? Gdy zobaczyłem zespół o takiej konfiguracji personalnej nie zastanawiałem się zbyt długo czy przyjść na koncert. Zresztą po miesiącu z hakiem zdążyłem się odrobinę stęsknić za przestrzenią „warszawskiego-bydgoskiego klubu”. Muszę przyznać, że jak dotąd na scenie Mózgu nie miałem okazji zobaczyć słabego występu, a już kilkakrotnie (dosłownie) w praskich-bydgoskich podwojach gościłem. Klub ma przyjemny, kameralny klimat, przytulny wystrój i przede wszystkim naprawdę dobrą akustykę, w której doskonale sprawdzają się niewielkie koncerty. Niewielkie? To słowo to nienajlepiej oddaje charakter występów, jakie do tej pory w czarnej jak sadza sali przyszło mi oglądać. Powiedzmy, że były to koncerty zdecydowanie „wysokie”, wznoszące się swoją koncepcją nad poziomy przewidywalności i artystycznego oportunizmu. Nie inaczej było i tym razem.

Dickaty_Mełech_Mokrzewski2

Sounds Of The Night Sky zaaplikowali słuchaczom naprawdę imponującą dawkę wciągającej, uporządkowanej, a zarazem mocno zaskakującej muzyki. Bez przerw – jeden długi set podejmujący, rozwijający i żonglujący rozmaitością wątków oraz bis. Śledzenie koncertu w pełnym zaangażowaniu przyszło mi z dużą łatwością, którą przewyższała chyba jedynie przyjemność, wynikająca z roli słuchacza i widza. Czytaj: fascynujący występ. Potraktowałbym wywoływanie tak pozytywnych reakcji (zaznaczmy – podczas pierwszego zespołowego koncertu) jako dobrą monetę i nie zarzucał projektu, a wręcz zintensyfikował aktywność.

Szczegóły:

Kwartet w budowaniu improwizacji wykazywał się bardzo dużym skupieniem i wrażliwością na najdrobniejsze niuanse brzmienia. Początkowo była to muzyka rzeczywiście, jak przystało na nazwę zespołu, wyciszona, dość melancholijna, utkana z subtelnych interakcji instrumentów, jednak systematycznie atmosfera ulegała zagęszczeniu. Dużą rolę w nakreśleniu klimatu odegrała elektronika Łukasza Kacperczyka. Nagłośniona kalimba (i cała stacja efektów) pozwalała artyście na generowanie szumów, stukotów i szmerów w czasie rzeczywistym w sposób akustyczny, a następnie na wyważone podkręcanie ich barwy z użyciem syntezatora. Muzyk, choć skoncentrował się głównie na tworzeniu sonicznego backgroundu, znacznie wpłynął swymi manipulacjami na charakter całości. Z elektroniką dobrze korespondowała skupiona i poukładana perkusja Dominika Mokrzewskiego.

Mokrzewski

Artysta zagrał bardzo kreatywnie nie przytłaczając brzmieniem zestawu innych instrumentów. Mokrzewski raczej operował akcentami i brzmieniem poszczególnych części perkusyjnego arsenału. Nie zabrakło gry smyczkiem po talerzach, uderzania w bębny plastikową, rezonującą tubą, czy partii granych widelcami, których samodzielne drgania dawały efekt metalicznego pogłosu. Te zabawy w zbytnim natężeniu mogły przytłoczyć całość, jednak muzyk nie wychylał się przed szereg, a raczej wtapiał w grę w zespołu podsycając dramaturgię.

Dickaty_Mełech2

Sekcja dęta SOTNS w osobach Raya Dickaty’ego i Piotra Mełecha również nie była tradycyjnie frontalnym wysunięciem aerofonów na pierwszy plan. W ogóle zestawienie tych dwóch muzyków w jednym składzie uważam za strzał w dziesiątkę, ponieważ obaj charakteryzują się dużą wrażliwością na muzyczne drobiazgi, grając nie zapominają o słuchaniu i reakcji na bodźce innych instrumentów. Saksofon tenorowy skupiony był głównie na operowaniu frazą złożoną z delikatnych, drobnych elementów, w których sonorystyka szła w parze z melodyczną intuicją. Gra Dickaty’ego jest bardzo specyficzna potrafi płynnie przejść od subtelnych, wyciszonych tonów do ognistej, dynamicznej improwizacji. Tym razem dominował raczej ten pierwszy pierwiastek, a główny ciężar prowadzenia narracji spoczął na barkach Mełecha, którego klarnety dominowały nad brzmieniem saksofonu, chociaż też go nie zagłuszały. Gra Mełecha jest precyzyjna i czujna, przy okazji artysta nie stroni od eksperymentów brzmieniowych, ze znakiem firmowym „dęciem w podłogę” na czele. Klarnecista w sposób bardzo organiczny nawiązywał dialogi z saksofonem. Muzyk niebawem wyrusza w trasę po Polsce z solowymi występami, w których połączy klarnet z elektroniką. Cieszy, że coraz częściej można usłyszeć Mełecha w warszawskich klubach, bo to bez wątpienia jeden z bardziej oryginalnych klarnecistów.

Kacperczyk_Dickaty_Mełech2

Chociaż w koncercie SOTNS dominował umiar i kolektywna, uporządkowana opowieść, nie zabrakło momentów bardziej ekspresyjnych, które w kontekście całościowej subtelności wybrzmiały mocno i wyraziście. Najbardziej zapadł mi w pamięć jedna z erupcji, zapoczątkowana elektroniczną niską, dudniącą improwizacją Kacperczyka, do której dołączyli pozostali muzycy. Kawałek tego fragmentu udało się uwiecznić na filmiku poniżej.

Występ kwartetu oceniam jako bardzo dobry. Trochę ciężko mi wyobrazić sobie w tej muzyce udział jeszcze dwóch instrumentów, wydaje mi się, że w czteroosobowej konfiguracji Sounds Of The Night Sky zabrzmiało w sposób kompletny, ale oczywiście mogę się mylić. Tak czy inaczej zdecydowanie warto ten projekt śledzić i mam nadzieję, że przemieni się w regularny zespół – zdecydowanie ma potencjał. W najbliższym czasie będzie okazja zobaczyć muzyków na jednej scenie 14 marca podczas koncertu Warsaw Improvisers Orchestra w Laboratorium CSW, który niniejszym gorąco polecam.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

więcej zdjęć 

Tomasz Stańko i Alexander von Schlippenbach – na żywo – w Pardon To Tu

Schlippenbach_Stańko1

Gdybyśmy chcieli stworzyć listę nazwisk najbardziej rozpoznawalnych jazzmanów w Polsce (czy też rodzaj absurdalnego „rankingu wszechczasów”), to prawdopodobnie Tomasz Stańko znalazłby się na podium zestawienia, a może nawet na najwyższym pięterku. Rzeszowski trębacz jest wciąż aktywną artystycznie tzw. żywą legendą, postacią ikoniczną z – siłą rzeczy – przylepioną gombrowiczowską „gębą”.

Muzykom pokroju Stańki, chociaż mogą zawsze liczyć na 100% frekwencji i pełną atencję „branżowych mediów”, w brew pozorom nie jest tak łatwo. Jeśli chcą w dalszym ciągu iść na przód, to muszą walczyć nie tylko z muzyczną materią tu i teraz, ale także z własnym dorobkiem i wizerunkiem ukształtowanym w oczach odbiorców. Sytuacja koncertu duetu Stańko – Schlippenbach miała charakter bardzo ciekawy przede wszystkim z tego punktu widzenia.

Trębacz obecny był w Pardon To Tu niejako w trzech osobach. Jeden: „Tomasz Stańko” ikona, hasło jednoznacznie kojarzone z jazzem, obecne chociażby na słynnej pardonowej ścianie, czy też główny bohater wywiadu-rzeki „Desperado”, dostępnego na wyciągnięcie ręki w klubowej księgarni. Drugi Stańko to ten rzeczywisty, stojący na scenie, o ironio, tuż pod swoim nazwiskiem napisanym na czerwonej ścianie. Natomiast z tym najbardziej nieuchwytnym „trzecim Stańką” każdy słuchacz przyszedł do klubu indywidualnie. Ja na przykład jechałem do klubu słuchając znakomitej płyty artysty z 1973 roku pt. „Fish Face” nagranej wraz z dwoma perkusistami i syntezatorem. Ciężko o jednoznaczny stosunek do twórczości tak bogatej, więc pewnie ilu odbiorców tyle indywidualnych perspektyw. Trochę o kontekście miejsca występu duetu, bo odniosłem wrażenie, że w klubie nie było wielu gości regularnych.

Stańko

Na dzień dzisiejszy Pardon To Tu jest najważniejszą sceną jazzową w Polsce. Co do tego nie ma wątpliwości, wystarczy spojrzeć na program (przeszły, przyszły, aktualny). Piszę „jazzową” z pełną premedytacją, ponieważ mam na myśli jazz jako żywioł, ideę, estetykę nieustannie ewoluującą, poszukującą nowych perspektyw. Ten jazz nie ma nic wspólnego z cepeliadą standardów i muzyków udających amerykańskich czarnych jazzmanów sprzed kilkudziesięciu lat. Dzisiaj moim zdaniem jazz to coś, co robi np. Nate Wooley, Peter Evans, Ken Vandermark, Mary Halvorson, Mats Gustafsson, Rob Mazurek, Joe McPhee czy Peter Brotzmann. Świadomie przytaczam postacie, które w ostatnim czasie wystąpiły lub niebawem wystąpią na scenie Pardon.

W takim miejscu Tomasza Stańkę należy postrzegać niekoniecznie jako artystę, który przybywa uświetnić swą obecnością dane miejsce (chociaż też), aale raczej jako doświadczonego muzyka chcącego zagrać w klubie, który coś znaczy, nobilituje, bo muzyka jest w nim na co dzień w stanie work in progress. Pan Stańko chciał znów poczuć się jak przed laty – zagrać jak jeden z wielu artystów bez przytłaczającego bagażu. Tutaj wybór Alexandra von Schlippenbacha jako partnera też nie jest bezzasadny, ponieważ z artystami młodszego pokolenia Stańko zawsze grałby mimo wszystko na pozycji mistrza, a tak zagrał ze sławnym kolegą z dawnych lat jak równy z równym. I chociaż cena biletu (jak na standardy Pardonu jedna z wyższych, jak na standardy trębacza raczej promocyjna) niekoniecznie potwierdzała charakter „zwyczajnego koncertu”, to moim zdaniem w założeniach tak właśnie ten wieczór miał wyglądać. Można powiedzieć, że z perspektywy estetycznej tak też było.

Schlippenbach_Stańko2

Występ rozpoczął się całkiem obiecująco. Trąbka gładko wkroczyła w dość impresyjną, stosunkowo oszczędną fortepianową uwerturę Schlippenbacha. Początkowo wydawało się, że koncert obierze bardziej swobodne improwizowane oblicze. Stańko miarowo rozpędzał partie trąbki o charakterystycznym delikatnie chropowatym brzmieniu. Widać było, że muzycy z łatwości mogliby grać wspólnie, lecz z osobna, tworząc jedną strukturę na zasadzie intuicyjnych indywidualnych poszukiwań. Mówiąc krótko – pierwsze minuty sprawiały wrażenie jakby duet zmierzał w kierunku fryty, o dość umiarkowanej intensywności, ale jednak. Po pewnym czasie okazało się, że na występ złożą się mniejsze formy, w dużej części oparte na kompozycjach, uprzednio przygotowanych tematach. Zresztą zarówno Stańko jak i Schlippenbach mieli przed sobą kartki. Te krótsze numery miały charakter zamkniętych całości z jasno zarysowanym przebiegiem, pojawiały się czytelne przestrzenie na solowe popisy itp. (całe szczęście nie było po nich kurtuazyjnych braw). Fortepian dysponował dość rozkołysaną i zwykle nieprzegadaną frazą, nad którą trąbka meandrowała na różne sposoby, bądź podejmowała temat nieznacznie go modyfikując. Zdarzały się w tej interakcji momenty ciekawsze, ale nie obyło się bez fragmentów przewidywalnych gdzie zręby utworu potraktowane zostały moim zdaniem zbyt sztywno. W połowie koncertu, po jakichś 30 minutach Schlippenbach sprawiał wrażenie jakby chciał już zejść ze sceny, ale Stańko coś mu szepnął i ostatecznie duet zagrał (razem z bisem) mniej więcej drugie tyle. Bisy ostatecznie padły dwa, ponieważ publiczność Pardon To Tu nie chciała się rozstać z muzykami aż tak łatwo.

Pytanie tylko, czy Stańko zagrał przed pardonową publicznością? Moim zdaniem nie, bo osoby, które kojarzę z innych koncertów mógłbym policzyć na palcach powiedzmy półtorej ręki. Co prawda byłem tylko pierwszego dnia rezydencji, ale jednak. Z drugiej strony jeśli Pan Tomasz chciałby zagrać faktycznie dla publiczności tego klubu, to musiałby się pojawić na scenie w charakterze niespodzianki na jednym z regularnych występów za 20-30 złotych. Wtedy jednak znów wróciłby do sytuacji „gościa specjalnego”, muzyka na piedestale, a wydaje mi się, że właśnie koncerty w Pardonie miały być dlań rodzajem odskoczni od takiego formatu. Sam fakt, że muzyk z takim dorobkiem i o takiej randze chce dalej grać w klubach, gdzie faktycznie pod względem muzycznym cały czas coś się dzieje, uznaję za jak najbardziej pozytywny symptom i za to zdecydowanie szacunek. Ale raczej był to koncert przed własną publicznością.

Stańko2

Chociaż poszedłem na koncert duetu bardziej z ciekawości niż jakiejś dojmującej potrzeby, to jestem zadowolony, że Stańkę i Schlippenbacha zobaczyłem. Brzmi to jak tekst słuchacza rozkapryszonego, ale Pardon To Tu potrafi rozpuścić swoją publiczność. W swoim gatunku był to występ dobry, a takich wiele przy Placu Grzybowskim. Jeżeli za sprawą dwudniowej rezydencji Tomasza Stańki klub zacznie przyciągać szerszy „target”, to uważam podobne inicjatywy za jak najbardziej zasadne. Powtórka z liceum: „głównym celem pracy u podstaw było uświadomienie ludu, iż nadeszły czasy nowych możliwości”. Zatem pozytywizm i praca u podstaw. Na koncert dnia drugiego już nie poszedłem, a w poszukiwaniu „nowych możliwości” udałem się do warszawskiego Mózgu [klik].

Krzysztof Wójcik (((ii)))

#7 CoCArt Festiwal w CSW Znaki Czasu / Toruń 2015

Gmach Centrum Sztuki Współczesnej Znaki Czasu usytuowany jest na obrzeżach staromiejskiej części Torunia. Budynek ceglaną fasadą znakomicie wpisuje się w historyczną zabudowę, a jednocześnie nowoczesna forma bryły wprowadza w pejzaż miejski pierwiastek świeżego powietrze. Toruńskie CSW dysponuje jedną z najbardziej okazałych powierzchni wystawienniczych w Polsce ( ok. 4000 metrów kwadratowych). I właśnie w największej, monumentalnej hali ekspozycyjnej odbyła się tegoroczna, siódma już edycja festiwalu CoCArt, poświęconego szeroko rozumianej muzyce elektro-akustycznej. Impreza może poszczycić się ambitnym, precyzyjnym i wewnętrznie spójnym programem ukierunkowanym na prezentację intrygujących zjawisk we współczesnej muzyce, a nie na schlebianie masowym gustom. Dzięki temu jest to swego rodzaju festiwal bez „headlinerów”, bez przypadkowych widzów i bez komercyjnej szopki. Tutaj kontekst muzeum sztuki wydaje się najbardziej adekwatny. Podczas dwóch dni koncertowych nie miałem wątpliwości, że nadrzędnym celem CoCArtu jest przede wszystkim umożliwienie słuchaczom jak najbardziej komfortowego odbioru dźwiękowych fenomenów – to muzyka była na pierwszym miejscu. Dosłownie i symbolicznie.

scena_CocArt

Dużym plusem było centralne usytuowanie sceny pomiędzy charakterystycznymi czterema filarami sali wystawienniczej. Dzięki takiej konfiguracji przestrzennej można było samemu decydować z jakiej perspektywy doświadczać muzyki. Bardzo trafione posunięcie kuratorskie, dobrze eksponujące znakomite warunki akustyczne gigantycznej hali. Kilka słów o kuratorach. Rafał Iwański i Rafał Kołacki odpowiedzialni za program CoCArtu są przede wszystkim aktywnymi muzykami. Wspólnie tworzą niezwykle ciekawy duet HATI, należą też m.in. do kolektywu Innercity Ensemble. Z całą pewnością nie bez znaczenia jest fakt, że festiwal organizowany jest właśnie przez artystów parających się dźwiękiem na co dzień i zwykle stojących na scenie, a nie poza nią. Kuratorzy każdy z występów poprzedzali krótkim wstępem zarysowującym sylwetki kolejnych muzyków.

TER1

Piątkowy wieczór w CSW został spięty klamrą solowych koncertów artystów operujących „instrumentarium elektronicznym”. Jako pierwsza pojawiła się na scenie jedyna kobieta obecna w line-upie festiwalu: TER (Magda Ter). Recenzując jej debiutancką płytę „Fingerprints” na łamach PopUpMusic zwróciłem uwagę na pewien ciężki do zdefiniowania „nastrój nierealnej baśniowości”, który tworzył wyjątkowy klimat albumu. W hali CSW zabrzmiała ona dużo bardziej monumentalnie i kosmicznie, niż miało to miejsce na krążku. W dalszym ciągu jak na muzykę elektroniczną brzmienie TER posiada stosunkowo organiczny, płynny charakter, w którym można wyszczególnić dwie wyraźnie zarysowane płaszczyzny – melodyczną i rytmiczną. Różnorakie dźwięki rytmizujące narzucone na senne, nieco krautrockowo snujące się harmonie, są w muzyce TER kontrapunktem, który nadaje wypowiedzi przyjemnego zniuansowania. Ponadto artystka umiejętnie wykorzystała akustykę miejsca, tworząc ciekawe stereofoniczne iluzje potęgujące psychodeliczne brzmienie całości. Zdecydowanie pozytywna inauguracja wieczoru. [fragment występu TER]

Mike Majkowski 2

Jako drugi pojawił się na scenie Mike Majkowski, kontrabasista poruszający się swobodnie w wielu stylistykach – od jazzu po noise, ambient, muzykę eksperymentalną. Artysta zagospodarował swój czas festiwalowy środkami minimalnymi, tworząc narrację z wykorzystaniem zaledwie kilku patentów. Przeważały bardzo szybkie, krótkie, acz całościowo rozwlekłe pociągnięcia smyczkiem, które następnie muzyk kontrastował z odrobinę dłużej wybrzmiewającym, samodzielnym dźwiękiem. Relacja mechanicznej wręcz rytmiki, oszczędnej, niepokojącej melodii i wkradającej się sonorystyki (charakterystyczne brzmienie uderzania o struny smyczkiem). Właściwie przez cały występ Majkowskiego miałem nadzieję, że nagle przełamie schemat wypowiedzi i dopuści do głosu bardziej zróżnicowane frazy. Nic z tych rzeczy. Budowana przez muzyka dramaturgia nie doczekała się kulminacji, ani ujścia. Kontrabasista zaprezentował sztukę umiaru. Jakkolwiek jestem zdania, że szczególnie w przypadku muzyki improwizowanej czy eksperymentalnej bardzo często „mniej znaczy więcej”, tak w tym wypadku nie do końca jestem przekonany co do zaistnienia tej reguły. Biorąc pod uwagę, że Majkowski jest artystą dysponującym umiejętnościami i technikami naprawdę imponującymi, to skrajne ograniczenie formy jakie pokazał na CoCArt, wydaje mi się trochę straconą szansą, jaką dawały chociażby akustyczne warunki przestrzeni. Choć początkowo występ wykreował dramaturgię i napięcie, to z czasem oba te pierwiastki zaczęły blednąć i tracić na sile. Być może był to koncert najbardziej radykalny pod względem realizowanej strategii formalnej, jednak ciężko mi nie poczytywać go w kategoriach lekkiego rozczarowania. [fragment występu Majkowskiego]

Jachna-Buhl 2

Trzecim punktem programu był bydgoski duet Jachna/Buhl. Zespół opiera swoje brzmienie na dźwiękach trąbki, perkusji i elektroniki. Zdawać by się mogło, że jest to przepis na „polskie Chicago Underground Duo”, ale sytuacja wygląda w ten sposób tylko na papierze. Styl gry Wojciecha Jachny i Jacka Buhla ma w sobie dużo mniej z jazzu sensu stricto. Brzmienie duetu określiłbym jako przede wszystkim bardzo przestrzenne, budowane powoli i dopuszczające wiele ornamentalnych elementów perkusyjnych, elektronicznych, nad którymi trąbka unosi się zwykle delikatną, melancholijną frazą. W perkusji Buhla jest dużo miejsca na wszelkiego rodzaju dźwiękowe przeszkadzajki, które muzyk kreatywnie i płynnie wplata w narrację, tworząc wielobarwny rytmiczny splot. „Elektroniczne wspomaganie” pełni u duetu funkcję głównie harmoniczną, koloryzującą, która pozwala Jachnie na swobodniejsze operowanie trąbką w kontrze do podkładu. Występ rozwijał się powoli, lecz narastał zdecydowanie – od początkowych dość impresyjnych dialogów po przyjemny groove, o nieco „etnicznym” zabarwieniu. Najbardziej zróżnicowany i dynamiczny koncert pierwszego dnia w CSW. [fragment występu Jachna/Buhl]

Rashad Becker 1

Wieczór zamknął Rashad Becker. Przyznam szczerze, że w momencie wydania solowej płyty Niemca „Traditional Music of Notional Species Vol. 1” nie do końca zrozumiałem istotę jej fenomenu. To duszna, gęsta, powykręcana elektronika o miejskim postindustrialnym charakterze. Becker tworzy struktury bardzo złożone nieustannie ewoluujące na wielu poziomach. Słuchając tej muzyki można odnieść wrażenie, że mnogość elementów, z których jest złożona, znajduje się w permanentnym ruchu – trochę jak oglądanie mrowiska z bardzo, bardzo bliska. Z tym, że na mrowisko składają się najróżniejszej proweniencji trzaski, szumy, zgrzyty, piski i dysonanse powiązane ze sobą na zasadzie, nazwijmy to, „logiki abstrakcyjnej”. Twórczość bardzo specyficzna przypominająca wgląd w zmysły owładnięte delirium. Z całą pewnością nie jest to muzyka relaksacyjna, choć ma w sobie silny, hipnotyczny pierwiastek. Dość mocny i odrobinę przytłaczający akcent na zakończenie pierwszego dnia. Becker zabrzmiał moim zdaniem dobrze w przestrzeni CSW, chociaż ciężko w przypadku podobnej muzyki stwierdzić co dokładnie znaczy „dobrze”. Można było powoli zanurzyć się w sonicznym mikrokosmosie artysty. Ciekawe doświadczenie. Tutaj bardzo pozytywnym czynnikiem okazała się możliwość słuchania artysty w pozycji horyzontalnej. Nie wyobrażam sobie odbioru podobnej muzyki musząc stać w zatłoczonym klubie. [fragment występu Rashada Beckera]

Zdzisław Piernik 3

Drugi dzień upłynął głównie pod znakiem instrumentów dętych, które pojawiły się w aż trzech z czterech części programu. Dzięki temu wieczór okazał się bardziej atrakcyjny z per formatywnego punktu widzenia. Pierwszeństwo przypadło w udziale rodowitemu torunianinowi Zdzisławowi Piernikowi, mistrzowi tuby solowej. Kto nigdy nie widział występu Piernika na żywo, ten nie będzie w stanie wyobrazić sobie jaki potencjał tkwi w tubie – instrumencie, który we właściwych rękach staje się narzędziem totalnym. Artysta wyposażony był w dwie tuby i szereg rekwizytów pozwalających na ich preparacje i rozszerzanie możliwości brzmienia. Czasami ciężko było rozróżnić czy muzyka wydobywała się z instrumentu, ponieważ muzyk wykorzystywał podkłady i sample, na które złożyły się w większości – zdaje się – dźwięki uprzednio nagranej tuby. Niekiedy instrument przetwarzany był także w czasie rzeczywistym. Z mojej perspektywy występ Zdzisława Piernika należał do najjaśniejszych punktów festiwalu. Artysta jest żywą legendą polskiej awangardy i muzyki improwizowanej. Koncert miał wyjątkową siłę rażenia, a spektrum prezentowanych brzmień wydawało się nieograniczone. Akustyka sali okazała się dla artysty dodatkowym sprzymierzeńcem, skutecznie podkreśliła barwę instrumentu i pozwoliła na ekspozycję nawet najdrobniejszych dźwiękowych niuansów. Piernik podzielił występ na kilka części, po każdej z nich wstawał, kłaniał się (wraz z tubą) i dziękował za oklaski. Choć artysta w tym roku świętować będzie 73 urodziny, to na CoCArcie przedstawił muzykę pełną mocy, werwy, młodzieńczego nieokrzesania i odwagi. Znakomity koncert, który słusznie doczekał się największego aplauzu wśród zebranej publiczności. [fragment występu Zdzisława Piernika]

Arszyn 1

Kolejnym punktem programu był występ Arszyna, czyli Krzysztofa Topolskiego, perkusisty i dźwiękowego eksperymentatora (najogólniej mówiąc). Artysta poprzedził wyjście na scenę krótkim wstępem, na który złożyła się relacja z wizyty w Istambule, gdzie muzyk dotarł do historycznej kolebki talerza perkusyjnego. To właśnie talerze, jak się wkrótce okazało, stały się głównym narzędziem wypowiedzi Arszyna w CSW. Artysta początkowo skupił się na miarowym prezentowaniu brzmienia poszczególnych blaszanych krążków, których dźwięk rozchodził się po sali tworząc dość oniryczny, rytualny klimat. Narracja stopniowo zaczynała gęstnieć i zyskiwać na intensywności. Dużą cześć występu Arszyna przesiedziałem tuż obok sceny i właśnie obserwowanie poczynań artysty z tak bliska było chyba najlepszym rozwiązaniem. Działania Topolskiego przypominały eksperymenty w akustycznym laboratorium wykorzystujące element przypadku i poczynań intuicyjnych. Po mniej więcej połowie trwania występu Arszyn przestał jednostajnie uderzać w talerze, a skupił się na ich interakcji z mikrofonem, piłeczką pingpongową, spuszczał również powietrze z czerwonego balonika do nagłośnienia, co dawało dość interesujący efekt. Gdyby te elementy wypowiedzi zostały wplecione w pierwszą część występu, byłby on z pewnością bardziej koherentny, tak dramaturgia koncertu (a w zasadzie dźwiękowego performansu) straciła trochę swój impet. Końcowe eksperymenty na tle zapętlonego brzmienia talerza, miały już w sobie znamiona błądzenia, docierania do pomysłu, który gdzieś co prawda majaczył na horyzoncie, ale był niewystarczająco wyraźny i uchwytny. Z pewnością ograniczenie czasowe koncertu i lekkie zmiany w rozkładzie akcentów wzmogłyby jego siłę rażenia. Niemniej jednak nie nazwałbym występu nieudanym, był interesujący. Siłą rzeczy w eksperymenty wpisane jest pewne ryzyko. Artysta zdaje się zaakceptował ten fakt i poszedł na całość, dlatego brawa za odwagę. [fragment występu Arszyna]

Hadron + Jerzy Mazzoll

Planowo na występie Arszyna miał zakończyć się udział polskich artystów na festiwalu. Okazało się jednak, że kuratorzy przygotowali słuchaczom niespodziankę programową w postaci Jerzego Mazzolla, który dołączył do duetu Hadron na krótki, lecz mocny bis. Do pewnego stopnia występ klarnecisty uratował tę część programu i nie miałbym nic przeciwko jakby duet zagrał z Mazzollem cały koncert. Bez wątpienia wypowiedź Marino Pliakasa i Michaela Wertmüllera należała do najgłośniejszych na festiwalu, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Hadron zalał CSW gęstą lawą basowo-perkusyjno-komputerową, o znacznie bardziej metalowym niż improwizowanym zabarwieniu. Wedle zapowiedzi kuratorów był to także jedyny występ prezentujący wcześniej przygotowaną kompozycję. Rzeczywiście Pliakas miał przed sobą partyturę, a Wertmüller co chwila zerkał na ekran laptopa. Przez pierwsze minuty słuchałem występu z przyjemnością, duet zaproponował muzykę skrajnie inną od dotychczas na festiwalu obecnej, jednak po pewnym czasie muzyka Hadronu zaczynała nużyć swą powtarzalnością i brakiem niuansów. W zasadzie miałem wrażenie, że panowie cały czas grają to samo. Koncert jednak skutecznie spełnił „funkcję wybudzającą” po wyciszonym, eterycznym występie Arszyna. Udział Mazzolla wprowadził muzykę duetu na inne tory, dużo mniej ekstrawertyczne, a bardziej wyczulone na wzajemne interakcje instrumentów, choć w dalszym ciągu była to muzyka zdecydowanie ciężka. Sam klarnecista na przestrzeni dwóch krótkich improwizacji zaprezentował szeroki arsenał swoich możliwości – od niskiego, drone’owego grania opartego na circular breathing, przez meandryczne melodie o odrobinę ludowym zabarwieniu, po ekspresyjne przedęcia i zabawę sonorystyką instrumentu. Hadron w roli sekcji wypadł o niebo lepiej niż jako samodzielny byt artystyczny. Zatem zdecydowanie pozytywne zwieńczenie umiarkowanie ciekawego występu. [fragment występu Hadron + Jerzy Mazzoll]

Franz Fautzinger 1

Dostojne, ostatnie miejsce w line-upie otrzymał austriacki trębacz Franz Hautzinger, który pojawił się na scenie uzbrojony jedynie w instrument i mikrofon. Hautzinger znany jest z nieortodoksyjnego podejścia do dętego, blaszanego urządzenia jakim jest trąbka. Można było to usłyszeć od pierwszej chwili – charakterystycznych typowych dla instrumentu fraz było jak na lekarstwo. Artysta zaoferował publiczności znacznie więcej – można powiedzieć, że cały makrokosmos nieoczywistych brzmień jakie trąbka skrywa. Gra Hautzingera polegała na sonorystycznej, wręcz noise’owej zabawie możliwościami instrumentu, z których budował narrację bardzo wyważoną, nieprzegadaną i zaskakującą. Artysta świetnie wykorzystał akustykę CSW kontrastując brzmienie trąbki unplugged z potężnym, niepokojącym dźwiękiem jaki wydawała w interakcji z mikrofonem. Hautzinger wykazał się ponadto umiejętnością gry ciszą i pauzą, które przemycał do muzycznej opowieści, nadając im rolę integralnych elementów budujących dramaturgię. Podobna strategia artystyczna w pełnej krasie jest w stanie wybrzmieć właśnie w sytuacji koncertowej, kiedy rzeczy zdumiewające, z pogranicza improwizatorskiego szamanizmu, dzieją się bezpośrednio na naszych oczach. Hautzinger zagrał fenomenalnie, oryginalnie, a zarazem bardzo spójnie. Nie mam żadnego problemu z nazwaniem go mistrzem trąbki. Podobnie nowatorskie podejście do tego instrumentu widziałem dotychczas tylko na solowym występie Petera Evansa, a był to jeden z najlepszych koncertów jakie widziałem w zeszłym roku. Duże brawa. Jedynym drobnym mankamentem było rezonowanie werbla pozostawionej na scenie perkusji Hadronu, który przy niskich dźwiękach Hautzingera dawał efekt uderzania w blachę falistą, co niekiedy było ciekawe, ale na dłuższą metę trochę irytowało. Nie zmienia to jednak mojej całościowej bardzo wysokiej oceny występu Austriaka. [fragment koncertu Hautzingera]

Franz Hautzinger 4

 I tak oto siódmy CoCArt dobiegł końca. Tę siódemkę należy odczytywać symbolicznie. Dla mnie dwa dni w CSW były bezapelacyjnie czasem szczęśliwym. Ciężko mi przypomnieć sobie muzyczny event, na którym w tak komfortowych warunkach mógłbym obcować z tak różnorodną twórczością tak wysokiej próby. Zatem trzy razy „tak”. Program festiwalu stanowił estetyczne wyzwanie dla percepcji odbiorcy, a „muzyka-sztuka” powinna być wyzwaniem. Bardzo się cieszę, że podniosłem rękawicę i wybrałem się do Torunia. Miasto słynie ostatnio z budowy jednej świątyni, warto podkreślić, że „świątynię dźwięku” ma już wybudowaną. Chociaż była to moja pierwsza wizyta na festiwalu, to jestem przekonany, że odwiedzę CoCArt ponownie, ponieważ wróciłem do Warszawy bogatszy o naprawdę wyjątkowe doświadczenia muzyczne.

więcej zdjęć

Krzysztof Wójcik (((ii)))