Colin Stetson solo w Pardon To Tu

2-colin-stetson-fot-marcin-marchwinski

Colin Stetson to muzyk oryginalny z wyrazistym pomysłem na własną twórczość.  Ów pomysł opiera się na połączeniu perfekcyjnego opanowania instrumentu, wyjątkowej sprawności fizycznej i talencie kompozytorskim.  Środki, których używa saksofonista są znane, ale to JAK się nimi posługuje decyduje w ostateczności o wyjątkowej sile oddziaływania i uniwersalności muzyki Amerykanina.

Ciężko nie lubić Colina Stetsona w szczególności po usłyszeniu koncertu, podczas którego artysta daje z siebie wszystko. Fizyczność jego występów  nie polega jedynie na tym, że na scenie występuje przystojniak o posturze drwala i stylówce marynarza (to jedynie bonus wizualny) – muzyczna metoda Stetsona wymaga od niego niebywałej, wręcz atletycznej sprawności, o czym świadczą już same gabaryty saksofonu, ale przede wszystkim circular breathing jako główny modus operandi. Nieustanny strumień dźwięków specyficznie dobranych i poukładanych. Stetson tworzy przy pomocy saksofonu polifonie, polirytmie, prowadzi melodie w sposób z jednej strony charakterystyczny dla minimalizmu, lecz wtłacza w nie niebywale silny ładunek ekspresji typowy już dla muzyki improwizowanej. Niemniej po trzecim razie ze Stetsonem na żywo, dochodzę do wniosku, że muzyk jest przede wszystkim znakomitym kompozytorem i wykonawcą-wirtuozem, a improwizacja jest dla niego sposobem na urozmaicenie narracji. Było to słychać chociażby w fenomenalnie zmodyfikowanym i rozbudowanym „hicie” saksofonisty, czyli kompozycji „Judges”.

Największe wrażenie zrobiły na mnie nowe numery, które mają znaleźć się na kolejnej płycie artysty. Od jednego z nich Stetson rozpoczął koncert w Pardon To Tu. Był to utwór bardzo drone’owy, transowy, powoli ewoluujący w niemalże elektronicznie abstrakcyjny walec wraz ze wszystkimi perkusyjnymi drobnostkami, które muzyk systematycznie wplatał w strukturę. Ta gęstniejąca inauguracja wieczoru trwała ponad 10 minut. Tyle wystarczyło saksofoniście by wprowadzić słuchaczy w stan hipnotyczno-euforyczny, który utrzymywał się już do końca koncertu. Muzyk poprzedzał kolejne utwory spontaniczną, serdeczną konferansjerką, wprowadzając nieco luzu w ten intensywny saksofonowy rytuał.

colin-stetson-fot-marcin-marchwinski

W dalszym ciągu pamiętam jak po raz pierwszy usłyszałem Stetsona na żywo w Pardonie ponad dwa lata temu (pisałem). To był absolutnie zjawiskowy występ, a tegoroczny w niczym mu nie ustępował. Pamiętam też jak dzieliłem się moim entuzjazmem z Włodarzem stołecznego klubu. Usłyszałem wtedy, że powtórka raczej nie wchodzi w grę, że Stetson jest już zbyt sławny i tak dalej… Jak się okazało w Pardon To Tu nothing’s impossible. O czym świadczy sam jesienny program – zwięzły, ale cholernie mocny. Już na dwóch koncertach wystąpił Rob Mazurek z Sao Paulo Underground (wspomnienie), teraz Colin Stetson, a już 9-10 listopada rezydencję przy Placu Grzybowskim będzie miała prawdziwa armia światowej klasy improwizatorów pod wodzą Matsa Gustafssona (NU Ensemble). Klasa, klasa, po trzykroć klasa.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

zdjęcia: Marcin Marchwiński

PS: Już 18 grudnia Colin Stetson wraz z zespołem wykona w Katowicach własną interpretację III Symfonii Henryka Mikołaja Góreckiego. Więcej informacji tutaj.

Reklamy

Rob Mazurek & Sao Paulo Underground w Pardon To Tu

sao-paulo-underground

Godzinę temu zakończył się wyjątkowo intensywny i emocjonalny koncert Roba Mazurka i Sao Paulo Underground na scenie Pardon, To Tu. Występ odbył się w cieniu śmierci ojca trębacza. Henry Mazurek odszedł tego samego dnia. Opisywanie niniejszego koncertu byłoby czymś na kształt relacjonowania czyjejś żałoby, w obliczu której słowa tracą jakąkolwiek wagę. Rob Mazurek wraz z zespołem przekuł ból po stracie we wzruszający, wielobarwny muzyczny krzyk. Słuchanie go było przeżyciem jedynym w swoim rodzaju. Henry Mazurek R.I.P.

rob-mazurek

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Weekend piłkarsko-amerykański (Skeleton$ na Placu Zabaw / Föllakzoid w Pardon To Tu)

To był dobry weekend, pełen emocji różnorakich. Pogodowo rozbity na dzień upału i dzień burz. Piłkarsko na mecz Polski na Euro i finał Copa America. Muzycznie na bardzo dobre występy zespołów z Ameryki Północnej i Południowej. Po prostu pięknie skomponowany weekend, który chętnie przeżyłbym raz jeszcze. I trochę tak zrobię, stukając teraz w literki laptopowe.

Skeletons na Placu Zabaw

Skeletons2

Gdy przesłuchałem tegoroczną płytę Skeletons „Am I Home?” stało się dla mnie jasne, że koncertu nowojorskiej formacji nie mogę przegapić. Z prostego względu – lubię dziwne piosenki. Piosenki wymykające się konwencjonalnym strukturom pop-rockowym, osadzone w muzyce swobodnej, astylistycznej, spontanicznie eksperymentalnej, kreatywnej. A właśnie takie piosenki pisze Matt Mehlan, lider nowojorskiej formacji. Aranżacja poszczególnych numerów Skeletons wyraźnie wskazuje, że inspiracje zespołu wykraczają daleko poza gatunkowe myślenie o muzyce. Minimalizm miesza się z free jazzem, pop z noisem, freak-folk z funkiem, z elektroniką i tak dalej. Generalnie siła Skeletons tkwi w nieustannym zaskakiwaniu słuchacza nowymi rozwiązaniami muzycznymi, a kunszt samych piosenek powoduje, że te dziwaczne stylistyczne hybrydy stają się przyswajalne i porywające. Na  Placu Zabaw, przestrzeni plenerowej, otwartej, niezobowiązującej, koncert Amerykanów zafunkcjonował doskonale. Leżak, zimne piwo, dogasające słońce w dniu rekordowych upałów i muzyka na wskroś atrakcyjna, oryginalna, przygodowa, kojąca i wyzywająca zarazem, pełna wyobraźni. Bardzo dobry występ.

Skeletons

Posłuchajcie sobie streamu całej najnowszej płyty Skeletons „Am I Home?” u nas na PopUp i zostańcie fanami zespołu jeszcze dziś (; A z albumów dawniejszych polecam gorąco „Money”.

Przy okazji warto wspomnieć, że wielkimi krokami nadchodzi tegoroczne Lado w Mieście i na Placu Zabaw w te wakacje zagra jeszcze cała gromada interesujących formacji (szczegółowa rozpiska TU). Rok temu zrelacjonowałem jakąś połowę festiwalu, a tym razem Instytut ma przyjemność patronować całemu przedsięwzięciu. A ja, jeśli mogę, to lubię patronować zacnym inicjatywom, czuję się wtedy jak święty, albo jak prezydent…


Föllakzoid w Pardon To Tu

Follakzoid

Na ten koncert, jako redakcja PopUp, czyli współorganizatorzy, czekaliśmy od dłuższego czasu. Przyznam, że przed jego ogłoszeniem nie miałem pojęcia o muzyce chilijskiego tria, jednak jako zagorzały fan transowych, psychodelicznych brzmień spod znaku Neu!, długo nie musiałem się przekonywać.

Na scenie Pardon To Tu występy zespołów gitarowych to mimo wszystko rzadkość. Pod tym względem czerwiec był miesiącem wyjątkowym, ponieważ odbyły się aż dwa koncerty tego rodzaju – znakomity, żywiołowy występ The Ex z niespodziewanym, gościnnym udziałem Kena Vandermarka oraz właśnie gig tria Föllakzoid, które na tę okazję po raz pierwszy przyjechało do Polski.

Föllakzoid przypomina mi trochę południowoamerykańską wersję żeńskiego tria z Japonii – Nisennenmondai. Podobnie motoryczne, transowe granie, w którym formuła gitarowego „power trio” zmienia się w „psycho trio”, chociaż moc pozostaje. Narkotyczny wymiar obu zespołów jest jednak odmienny. Panie z Nisennenmondai  dysponują amfetaminową energią, podczas gdy Föllakzoid bliżej do naturalnych substancji psychodelicznych. Przynajmniej tak to widzę, tak to słyszę.

Również brzmienie Föllakzoid sprawia wrażenie bardziej organicznego, opartego przede wszystkim na basowo-perkusyjnym groove’ie. Jednakże główną cechę dystynktywną Chilijczyków upatrywałbym w wykorzystaniu gitary, raz grającej melodyczne motywy i proste sola, kiedy indziej zapętlającej rytmiczne frazy, tworząc obok sekcji dodatkową, pulsującą płaszczyznę transu. Föllakzoid doskonale operuje napięciem, dramaturgią utworów, niuansując je przydymionymi, odległymi wokalami, a także drobnymi, kosmetycznymi ingerencjami w struktury kompozycji. To jeden z tych zespołów, gdzie minimalizacja środków wyrazu przekłada się na mocniejsze oddziaływanie.

W Pardon To Tu Chilijczycy zagrali materiał z dwóch ostatnich płyt (możecie posłuchać ich w całości na bandcampie), a koncertowa energia dodała tym numerom dodatkowej, magnetycznej siły rażenia. Krótko mówiąc fantastyczny występ. A zaledwie kilka godzin później reprezentacja Chile pokonała w finale Copa America piłkarzy Argentyny. Chilijska noc!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

DŹWIEKI WYKRZYCZANE [Vandermark & Nilssen-Love]… DŹWIĘKI UKRYTE [Jachna, Mazurkiewicz, Buhl] / Pardon To Tu

Paal Nilssen-Love & Ken Vandermark

Można odnieść wrażenie, że w ostatnich tygodniach w Pardon To Tu wyrównały się proporcje prezentowania muzyki polskiej i zagranicznej. W dodatku – co akurat nie jest dużą niespodzianką – wybierani są najciekawsi przedstawiciele/zjawiska krajowej sceny około improwizowanej (najogólniej mówiąc). Operując na przykładzie – w niedzielę zagrał międzynarodowy duet mistrzów intensywnego free (Ken Vandermark i Paal Nilssen Love), a we wtorek trio Wojciecha Jachny, Jacka Mazurkiewicza i Jacka Buhla – autorów bardzo udanej tegorocznej płyty „Dźwięki Ukryte„. Były to koncerty o biegunowo różnej ekspresji, improwizatorskie yin i yang. By zachować harmonię opiszę oba w jednym tekście.

Nilssen-Love, Vandermark

Duet Vandermarka i Nillsena-Love widziałem już chyba po raz 3 w przeciągu ostatnich lat (i pierwszy raz w Pardon To Tu). Znając ich możliwości poszedłem na koncert w ciemno (a może właśnie w jasno?). Zawodnicy wagi superciężkiej, mistrzowie swego fachu, dobrze naoliwiona machina o, zdawać by się mogło, nieograniczonej mocy. Jestem przekonany, że nawet osoba nie przyzwyczajona do słuchania free impro doceniłaby sam wirtuozerski kunszt muzyków, niebywałe zgranie, wyobraźnię i nade wszystko pewność i determinacja w generowaniu kolejnych plątanin dźwięków. Jak w przypadku tych artystów zwykle bywa, koncert był mieszaniną intensywności i zaskoczenia. To jak Vandermark i Nilssen-Love potrafią nagle zmienić klimat występu o 180 stopni, przeskoczyć od funkowego, agresywnego pulsu  w subtelne, abstrakcyjne, sonorystyczne odloty, może przyprawić o zawrót głowy. Te dynamiczne zwroty akcji podobały mi się najbardziej. Vandermark szczególnie ciekawie prezentował się na potężnym saksofonie barytonowym i piskliwym, świdrującym klarnecie. Z kolei Nilssen-Love fenomenalnie operował rozmaitymi perkusjonaliami, wplatał ich brzmienie do całości narracji z typową dla siebie szybkością, fantazją i nadludzką wręcz precyzją.

Nilssen-Love, Vandermark 2

Panowie zagrali w pełni akustyczny występ, bez dodatkowego nagłośnienia. Dwa razy bisowali. Nilssen-Love schodząc ze sceny był przemoczony do suchej nitki i musiał się podtrzymywać ściany – czyli standard. Czy ten duet byłby w stanie zagrać w ogóle zły koncert? Szczerze wątpię. Intensywny strumień świadomości – zmysłowy w tym sensie, że działał fizyczną, niezwykle pewną siebie energią przekazu. Taki muzyczny ekwiwalent action painting.

—————————————————————-

Mazurkiewicz & Jachna

Jeśli koncert Vandermarka i Nilssena-Love stał pod znakiem ognia, to występowi tria Jachna / Mazurkiewicz / Buhl najbardziej odpowiadałaby woda, jednakże w różnych stanach skupienia. Dominowała para, przestrzenna mgła dźwięków często jedynie delikatnie sygnalizowanych, eterycznych. Jeśli Vandermark i Nilssen-Love grali w zwarciu, dynamiczną, agresywną koszykówkę pełną zwodów, to polskie trio uprawiało bardziej badmintona, posyłając lotkę wysoooko, reagując sprawnie na nieprzewidziane podmuchy wiatru, rażące słońce, okazjonalne uderzenia kantem rakietki itp.

Buhl & Mazurkiewicz 2

Ten koncert nie bazował na intensywnej, wykrzyczanej muzycznej energii, a bardziej na kreowaniu klimatu, na tworzeniu przestrzeni dla różnych dźwiękowych osobliwości – w taki sposób, że zawsze wydawały się być na miejscu. Tytuł płyty tria „Dźwięki Ukryte” jest wyjątkowo znaczący. Ta muzyka wyłania się z ciszy, krystalizuje się niepostrzeżenie z elementów „pozamuzycznych”, dźwięków tła, atmosfery – tutaj duże brawa za umiejętne wykorzystanie elektroniki i preparowanie instrumentów. Wszystko to spaja siatka transowego, zadumanego groove’u, który mógłby trwać, trwać i trwać (najlepszym przykładem utwór „Nie wiem, myślę”, poważny kandydat do nagrody „groove roku”). W tak luźnej, otwartej, rytmiczno-elektronicznej strukturze, tworzonej przez Jacka Mazurkiewicza i Jacka Buhla, Wojciech Jachna był (na koncercie) / jest (na płycie) w bardzo komfortowej sytuacji – może sobie pozwolić na bardzo wiele. A jego dość powściągliwy, subtelny styl, odznaczający się dużą wrażliwością melodyczną, doskonale wypełniał pozostawioną mu przestrzeń, nie dominując nad całością.

Koncert, jak i sama płyta, przywołują mi trochę na myśl muzykę Joshuy Abramsa pod szyldem Natural Information Society. Abrams tworzy podobnie otwarte, transowo-medytacyjne konstrukcje, w których klimat odgrywa znacznie większą rolę niż wirtuozeria [posłuchajcie koniecznie zeszłorocznej płyty Abramsa „Magnetoceptionklik!] Energia, moc tej muzyki polega na strategii „slow power”. I im dłużej trwał koncert Jachny, Mazurkiewicza i Buhla, tym bardziej dawało się to odczuć. Panowie szukali dźwięków ukrytych, a słuchacze mogli zamknąć oczy i odlecieć we własnych poszukiwaniach. Jedno małe „ale” – kontrabas Jacka Mazurkiewicza, według mnie głównego nawigatora tej psychodelicznej wycieczki, mógł być odrobinę głośniejszy. Natomiast siłą samej płyty „Dźwięki ukryte” jest jej precyzyjna konstrukcja, naprzemienność utworów o zróżnicowanym charakterze, która sprawia, że album broni się jako zagadkowa i wielowątkowa całość. Udało się ten klimat oddać na koncercie co w przypadku tak intrygującego materiału jest sukcesem samym w sobie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Rob Mazurek i Chad Taylor – CUD w Pardon To Tu

CUD

Werbalizacja doznania muzycznego, szczególnie gdy jest ono bardzo silne, potrafi osłabić u piszącego czystą, niepokalaną jak Matka Boska, przyjemność emocjonalną, (powiedzmy) pozaintelektualne przeżycie estetyczne. Mam wrażenie, że czasami relacja/recenzja powinna być zamykana jedynie w wyrazach dźwiękonaśladowczych, które odpowiadają stanom euforycznym. Upięcie doświadczenia muzyki w słowach, z perspektywy piszącego, trochę zabija jej magię. Być może właśnie dlatego czasami zwlekam z pisaniem, żeby jeszcze odrobinę dłużej pocieszyć się czystym i nienazwanym. Tego typu odczucia zwiastują problem, biorąc pod uwagę, że „literki o dźwiękach” są solą tego bloga… Cóż, może kolejną recenzję wystękam lub ubiorę w jęki. Ale jeszcze nie teraz, ja i świat nie jesteśmy na to gotowi. Innym razem.

O ile dobrze pamiętam, to wszystko zaczęło się od „Protestu” . Nie koncert w Pardon To Tu, lecz moja prywatna relacja z zespołem Chicago Underground i w ogóle z twórczością Roba Mazurka jako taką. To między innymi odkrywanie dyskografii chicagowskiego kornecisty/trębacza i działalności jego współpracowników, doprowadziło mnie na przestrzeni lat do punktu, w którym zacząłem pisać o muzyce. O takiej a nie innej, choć o innej też piszę wiele…  na dobrą sprawę muzyka programowo inna interesuje mnie teraz chyba najbardziej. I sądzę, że do tej dzisiejszej konstatacji w dużej mierze przyczynił się nie kto „inny” jak Rob Mazurek.

Od kiedy pierwszy raz usłyszałem CUD minęło ładnych parę lat i, jak to się czasami pisze, kariera wielu artystów zdążyła w międzyczasie rozbłysnąć i zgasnąć, bla bla bla. Tymczasem od początków XXI wieku do 2016 roku Mazurek rozwijał swoje dossier w sposób doprawdy spektakularny, przemyślany i dziś jest jednym z najważniejszych muzyków współczesnego jazzu – moim zdaniem (choć z pewnością nie tylko moim). Przez te wszystkie lata, przygody z tropikalną, brazylijską elektroniką, prowadzenie znakomitego big bandu Exploding Star Orchestra, nagrywanie płyt w rozmaitych konfiguracjach i stylach (również z gigantami pokroju Billa Dixona i Roscoe Mitchella), chicagowski trębacz pozostał najbardziej wierny Chadowi Taylorowi. Chicago Underground Duo gra już od bez mała dwóch dekad, co jak na w większości efemeryczne składy jazzowe jest ewenementem. Chociaż nazwanie CUD po prostu „składem jazzowym” zakrawa na mocne uproszczenie… A może właśnie nie? Chciałbym żeby każdy zespół jazzowy grał przez lata na tak wysokim poziomie, by tak odważnie poszerzał granice gatunku, tak ewoluował z płyty na płytę. Byłoby wówczas wkoło strasznie dużo cholernie dobrej muzyki. A i tak jest jej całkiem sporo, tylko trzeba wiedzieć gdzie szukać i więcej słuchać niż czytać.

Lekko ponad rok temu Chicago Underground Duo zagrało w Pardon To Tu, promując wtenczas świeżo wydany album „Locus„. Byłem, słuchałem i pisałem o tym koncercie tutaj (i troch go nagrałem^). Występ tegoroczny jest świetnym przykładem jak muzyka Mazurka i Taylora ulega nieustannej progresji. Pomijając kilka „hitów” z ostatniej płyty (jak „Boss„, czy fenomenalny, narastający „Dante” na bis), wieczór zaprezentował kolejne oblicze formacji, oparte tym razem nieco bardziej o brzmienia akustyczne. Bodaj największym zaskoczeniem było to, że Mazurek niemal połowę koncertu spędził za fortepianem, z którym – śmiem twierdzić – radzi sobie równie dobrze jak z trąbką. Nie na płaszczyźnie wirtuozerii, lecz przekazu emocjonalnego. Ogromna wrażliwość melodyczna, łatwość w tworzeniu tematów o genialnej prostocie, mistrzowska artykulacja, przechodzenie od subtelnych motywów do szaleńczej, pełnej pasji improwizacji – to stałe elementy języka, które Mazurek prawdopodobnie potrafi przełożyć na dowolny instrument. Artysta miał już przed trzema laty epizod z fortepianem na znakomitej solowej płycie „Episodes” (nomen omen) – wówczas dogrywał minimalistyczną trąbkę do mięsistych klawiszowych plam. W Pardon To Tu fortepianowe frazy podbijała i cieniowała bezbłędna perkusja Chada Taylora, panowie ogólnie odczytywali swe intencje z niemal telepatyczną zgodnością. Mazurek-pianista zrobił słuchaczom świetną niespodziankę grając przez dłuższą chwilę majestatyczne akordy na pograniczu „Orientu” Dona Cherry’ego i „Sound of Silence” Simon & Garfunkela – jak dla mnie highlight wieczoru.

CUD2

Co tu dużo mówić – a muszę przestać, by zatrzymać choć odrobinę magii – to był fenomenalny koncert, różnorodny, a jednocześnie płynny i szalenie absorbujący. Muzycy grali właściwie jednym ciągiem przez ponad półtorej godziny, aż się zdziwiłem, że tak długo gdy spojrzałem na telefon. Cóż – ostatni występ na europejskiej trasie. Jeśli tak ma brzmieć ósmy album podpisany przez Mazurka i Taylora, to szykuje się coś naprawdę potężnego. Już się nie mogę doczekać by opisać tę płytę wyrazami dźwiękonaśladowczymi.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Mikołaj Trzaska – premiera płyty „Delta Tree” w Pardon To Tu

Mikołaj Trzaska

Mikołaj Trzaska to postać wyjątkowa jeśli chodzi o scenę muzyki improwizowanej. Miałem dopisać „w Polsce”, ale gdański saksofonista cieszy się przecież względnie dużą rozpoznawalnością międzynarodowa – gra z największymi (m.in. Joe McPhee, Michael Zerang, Peter Brötzmann, Ken Vandermark), a najwięksi grają z nim. Dlaczego? Być może z tego prostego względu, że Trzaska jest jednym z nich – posiada własny, oryginalny język,  jego kariera wciąż zyskuje nowe odcienie, a przede wszystkim jest artystą bezkompromisowym, chodzącym własnymi ścieżkami. Tym razem, po 25 latach grania muzyki w rozmaitych konfiguracjach personalnych i stylistycznych, Trzaska wkracza na kręty, w pełni solowy czarny szlak. „Delta Tree” to pierwsza płyta w dyskografii saksofonisty, na której znajduje się on sam na sam z instrumentem, rodzaj dźwiękowego autoportretu.

Pisanie, że solowa wypowiedź muzyczna ma charakter osobisty i emocjonalny to banał, bo właściwie każda poważna artystyczna aktywność posiada te cechy. Niemniej głos dojrzałego twórcy, z imponującym bagażem doświadczeń, który dopiero w wieku 50 lat postanawia przemówić w pełni samodzielnie, nabiera zdecydowanie innej rangi i wagi. „Delta Tree” to tytuł ładnie brzmiący, ale nade wszystko trafny w swej wieloznaczności. Delta to rozgałęzienie pojedynczej rzeki na mnogą liczbę oddzielnych ujść. Podobnie w karierze Mikołaja Trzaski można dopatrzeć się co najmniej kilku artystycznych „ujść”. Najbardziej oczywiste to: jazz, improwizacja, muzyka żydowska, muzyka filmowa. Tytułowe drzewo wyrosło właśnie na przecięciu tejże siatki, czerpie życiodajne soki kreatywności z wielu źródeł.

Mikołaj Trzaska - Delta Tree

W Pardon To Tu Trzaska rzecz jasna nie odegrał materiału z albumu, bo nie o to chodzi w koncertach muzyki improwizowanej. Natomiast uchwycił w dźwiękach moment, przepuścił „tu i teraz” przez własną wrażliwość i ekspresję, tworząc opowieść przynależną danej chwili. Dlatego był to wieczór jedyny w swoim rodzaju. Narracja saksofonisty miała charakter intensywnego strumienia świadomości. Specyficzne dla Trzaski szorstkie brzmienie instrumentu bywało liryczne, a melancholia niektórych tematów przeplatała się z desperacką agresją i energią saksofonowych szarży.  Nie był to może zbyt przystępny koncert, ale z całą pewnością szczery i magnetyczny w swej introwertyczności. Bywałem już kilkukrotnie na solowych występach artysty (najlepiej chyba wspominam niesamowity koncert w Synagodze Nożyków sprzed kilku lat), lecz za każdym razem jestem ciekaw cóż nowego muzyk ma do powiedzenia. I słuchając tych historii jeszcze nigdy się nie zawiodłem, bo to po prostu nie są puste dźwięki. Tym razem deltą, przez które przepływały, były uszy licznie zgromadzonych słuchaczy w Pardon To Tu. W końcu nie codziennie jeden z najważniejszych polskich saksofonistów wydaje solową płytę. Premiera co się zowie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Dla warszawskiej publiczności kolejną okazją do posłuchania Mikołaja Trzaski na żywo (w różnych składach) będzie koncert w Studiu Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego [info] z okazji Międzynarodowego Dnia Jazzu i 50 urodzin saksofonisty. Instytut poleca.

LOMI LOMI – koncertowy „Heroizm woli” w Pardon To Tu

LomiLomi1

Pamiętam jak usłyszałem w zeszłym roku utwór „halo halo halo halo” ozdobiony oldskulowym, psychodelicznym teledyskiem (klik). Pomyślałem – osobliwość, chwytliwy kawałek nasączony tęgim absurdem i dzięki niemu wymykający się pretensjonalności, która zawsze się czai na wszelkie przejawy „zabawnego piosenkopisarstwa”. Trochę obawiałem się, że Lomi Lomi na płycie przeszarżuje z żartobliwością.

Jednak gdy przesłuchałem „Heroizm woli” okazało się, że śpiewane (?) piosenki (?) to zaledwie 1/3 albumu, a reszta to utwory instrumentalne. Całość bazuje na dobrze zaaranżowanych, w gruncie rzeczy prostych numerach, które gładko wsączają się w uszy lekko psychodelicznym, lekko folkowym odczynem. Muzyka oparta jest na dobrze rozbujanej, acz stabilnej i powściągliwej sekcji rytmicznej (Artur Lipiński, Krzysztof Cybulski), którą świetnie ubarwiają z jednej strony pląsające cymbały Mateusza Szemraja, z drugiej dość manzarkowe klawisze lidera Piotra Domagalskiego (czasami aż głowa zaczyna się kręcić w te i we w te). Niekiedy pojawia si też kornet i gitara akustyczna. Utwory stoją bridżami, a ich pozornie naiwna, lekka estetyka stanowi w gruncie rzeczy największą siłę muzyki Lomi Lomi. Zresztą znając inne dokonania członków grupy (chociażby impro-jazzowe Levity, w którym grał Domagalski, elektroakustyczne kompozycje Cybulskiego, folkowe składy Szemraja), wiadomo, że ta prostota absolutnie nie wynika z dyletantyzmu, tylko jest świadomie podjętą konwencją.  „Heroizm woli” zarówno w wersji albumowej, jak i na koncercie „robi dobrze” uszom, to ten rodzaj inteligentnej i niebanalnej przystępności, który bardzo mi odpowiada. I pod tym względem występ w Pardon To Tu spełnił w zupełności moje oczekiwania, a nawet je przerósł (pojawiło się trochę nowych, obiecujących utworów). Radosne brzmienie Lomi Lomi przypomina odrobinę pierwszy album Pink Floyd wypełniony uproszczonymi, acz genialnymi utworami Syda Barretta. Bardzo przyjemne, spontaniczne doświadczenie koncertowe, dało się poczuć wiosnę.

Dobrze, że Pardon To Tu urozmaica program takimi nietypowymi ciekawostkami. Jak mawiał klasyk: awangarda nie musi być smutna. Nie zawsze też musi być przekombinowana i słuchana na kolanach. Może mieć popowy potencjał. Ja na Lomi Lomi podrygiwałem i nie czułem by była to „winna przyjemność”. Jakby się tak zastanowić, to niewiele polskich zespołów gra taką muzykę… Liczę, że kwartetowi starczy heroizmu woli na kolejny album. Taki skład jest w stanie nie jednym zaskoczyć.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

4 x 2 = 9 (Polpo Motel // Nels Cline, Julian Lange // Arszyn/Duda, Paper Cuts i Olgierd Dokalski)

Tak, będzie o duetach.

Polpo Motel1

Pierwszy wieczór po chorobie upłynął mi pod znakiem koncertu Polpo Motel w Klubie Komediowym. Do centrum mam kawałek, ale jestem użytkownikiem podziemnej kolejki pt. metro warszawskie, więc nie narzekam. Zwykle słucham w metrze muzyki, niekoniecznie dlatego, że ubóstwiam noisy backround (chociaż czasem), raczej lubię się odciąć. Zresztą gdzie recenzent ma słuchać muzyki jak nie w warkoczącym wagonie na audiofilskich słuchawkach w cenie dużej pizzy? Robi się wtedy takie tło „Trans-Warsaw Express”, ewentualnie permanentne intro „Station to Station”. Z założenia nie słucham w drodze muzyki na którą jadę, bo nie lubię męczyć materiału. Puszczam więc płytę „Beyond and Between” Daniela Higgsa. Higgs wpisuje się w moją definicję dobrego wokalisty, który po pierwsze musi być wyrazisty, po drugie musi mieć świadomość brzmienia własnego głosu. Surowe banjo i obłąkańcze, szamańskie zawodzenie podziałało jak lekarstwo dousznie zaaplikowane. Od tygodnia nie czułem się lepiej.

Mam szczęście do duetów w Klubie Komediowym. Przed świętami widziałem tam naprawdę świetny koncert Nagrobków, który ostatecznie w 100% przekonał mnie do propozycji artystycznej Adama Witkowskiego i Macieja Salamona (między innymi dzięki temu „Stan Prac” wylądował na mojej końcoworocznej liście). Niby Komediowy jest przestrzenią koncertowo niełatwą, ale posiada specyfikę, z którą można zagrać w sposób przekonywujący, a wady (jak ograniczające widoczność filary, ogólna wagoniastość) przekuć w atuty. Panuje klimat – a to już wiele. A Polpo Motel, jako skład o dużym performatywnym potencjale, podkreślił ów klimat w sposób znakomity.

Polpo Motel2

Duet Olgi Mysłowskiej i Daniela Pigońskiego z końcem roku 2015 wydał swoją drugą płytę „Cadavre Exquis„, po 7 latach od debiutu (czyli można nawet powiedzieć, że mamy tu „comeback”). Traf chciał, że zapoznałem się z materiałem dopiero w styczniu i przez to nie załapał się do podsumowania zeszłorocznego.. Cóż, obiecałem, że nie będę listy nadpisywał, w związku z tym niezcholewię gęby, choć przesłanki muzyczne w tym wypadku bardzo mnie kuszą by zerwać z niezłomnością. „Cadavre Exquis” ma w sobie cechy, które pozwalają przed szeroko przez zespół pojmowaną etykietką „electro pop” dopisać słówko „art”. Album został sklecony z numerów obdarzonych wewnętrznym, kreatywnym rozedrganiem. Kolejne utwory posiadają pierwiastek ekscentrycznego magnetyzmu, zaskakująco ewoluują, mylą tropy. Tutaj tytuł albumu jest bardzo wymowny – „Cadavre Exquis”, czyli „wykwintny trup”, to gra wymyślona w latach 20 przez surrealistów, polegająca na grupowym, wspólnym tworzeniu, przy czym każdy z uczestników nie wie, co dokładnie zrobił poprzednik. To podejście często słychać na płycie, duet wspiął się na wysokie szczeble inteligentnego popowego songwritingu. Brzmienie Polpo Motel jest mechaniczne, składa się z wielu warstw i drobiazgów, które finalnie, wraz z absolutnie zjawiskowym głosem Olgi Mysłowskiej, tworzą mieszankę jedyną w swoim rodzaju. Posłuchajcie tej płyty na słuchawkach (stream). Niekoniecznie w metrze, lepiej w spokoju.

Polpo Motel - Cadavre Exquis

Koncert w Klubie Komediowym miał charakter dosyć kameralny, luźny, niemniej kolejne utwory hipnotyzowały, pozwalały odpłynąć na skrzydłach rozciągniętych, syntezatorowych pasaży, utonąć w mocnym, władczym wokalu. Występ zaczął się dwiema zupełnie nowymi, wyjątkowo onirycznymi kompozycjami, które jak dla mnie ustawiły cały koncert. Trafnie zauważył Piotr Lewandowski (klik), Polpo Motel wykreowali surrealny klimat bliski tajemniczej groteskowości serialu Twin Peaks. Trzy razy b.db.: bardzo dobry występ, bardzo dobra płyta, bardzo dobry zespół.

————————————————————————————————

Nels Cline & Julian Lage

W Pardon To Tu właściwie cały luty mija pod znakiem duetów. Drugi miesiąc roku, po dwie osoby na scenie – jest w tym jakaś logika. Po tłumnym koncercie Wacława Zimpla i Kuby Ziołka (nie sforsowałem kolejki) i podobno znakomitym występie Joe McPhee i Chrisa Corsano, przyszła kolej na dwóch gitarzystów Nelsa Cline’a i Juliana Lage.

Należę do osób, które uważają, że w składach jazzowych z jedną gitarą jest często o tę jedną gitarę za dużo. Generalnie nie przepadam za gitarą w jazzie, nie lubię gdy jest zbyt rozgadana, zbyt „perfekcyjna”. Znacznie bardziej cenię sobie gitarzystów niedoskonałych, grających raczej ekspresyjną plamą, a nie ściubiących efekciarsko-konwencjonalny pointylizm. Dlaczego w takim razie poszedłem na koncert dwóch gitarzystów? Hmm nie wiem, jakiś rodzaj muzycznego bdsm? W każdym razie nie żałuję.

Cline i Lage nie operowali tylko i wyłącznie idiomem jazzowym, odbijali się od niego – a im dalej, tym bardziej mi się podobało. Również ich dialog z rzadka opierał się na męczącym prześciganiu w technicznych popisach, panowie grali raczej komplementarnie, płynnie wymieniając się rolą „głosu numer 1”. Najciekawszy był dla mnie rytm i wynikające z niego nagłe zachwiania narracji, kierowanie jej na inne tory. Właściwie, jak na gitarzystów jazzowych, muzycy grali dość powściągliwie, a im bardziej polegali na rozwijaniu prostych patentów, chowając wirtuozerię do kieszeni, tym lepiej mi się tego słuchało.

Przyjemny, trochę melancholijny koncert (pierwszy na trasie!) i ujmująca postawa muzyków. Chyba moim ulubionym momentem wieczoru był ten, gdy Lage z rozbrajającym uśmiechem powiedział, że na barze stoją płyty cd, które generalnie wolą od winyli, bo jest na nich więcej miejsca. Stwierdzenie iście rokendrolowe w czasach nośnikowego snobizmu. Być może prorocze? Ja tam czekam na renesans cd. Już niedługo…

PS: Panowie promowali wspólną płytę (cd) pt. „Room” z 2014 roku.

——————————————————————————————-

Arszyn, Duda, PaperCuts, Dokalski

Kolejne (już ostatnie) dwa duety – Arszyn/Duda i Paper Cuts – wystąpiły wspólnie, na jednej scenie w Eufemii. Piątym ogniwem składu był Olgierd Dokalski i to on zaburzył równanie z tytułu tego tekstu. Koncert odbył się w ramach cyklu Impro Miting (klik), czyli coczwartkowego spotkania różnych muzyków, oddających się improwizacji w teorii stylistycznie niezdefiniowanej, niezdeterminowanej. Muzyka kreatywna i niespodziankowa. Była to już 18 edycja Impro Mitingu w nowej, odświeżonej odsłonie. Pełnoletność. Frekwencja dopisała wyjątkowo, co w przypadku niewielkiej, przedzielonej filarem sceny Eufemii, jest dla słuchacza zawsze słodko-gorzkim doświadczeniem. 5-osobowy skład to takie optimum/maksimum jak na tę przestrzeń.

„W sytuacjach takiego koncertu zawsze wychodzi się jak z jakiejś czarnej dziury” – tak powiedział mi jeden z muzyków tuż po występie. Tak jak Dokalski z członkami Paper Cuts grali już razem, chociażby w WIO, to Arszyn/Duda stanowili obce, nieznane ogniwo, które jednak szybko weszło w reakcję. Z całą pewnością odbiór tego koncertu byłby inny, gdyby publiczność nie stawiła się tak tłumnie, przez co często cichsze partie były zagłuszane. Niemniej sinusoidalny charakter występu – od wyciszenia, do wyładowań ekspresji – jak na pierwsze wspólne granie był jak najbardziej interesujący.

Dwa zestawy perkusyjne (Kurek, Topolski), między nimi dęciaki (Duda, Dokalski), a w centrum stolik z elektroniczną aparaturą (Kacperczyk) – tak wyglądała scena i arsenał, jakim muzycy dysponowali. Najbardziej wszędobylski okazał się rytm, a w zasadzie polirytmie, lub nazwijmy to poli-noise’y akustyczne. Tomasz Duda zagrał cały koncert na saksofonie sopranowym (podobno najtrudniejszym z saksofonów). Tworzył na nim zapętlające się ciągi dźwięków, skupione, transowe, sonorystyczne o lekkim etno zabarwieniu. Z kolei Dokalski grał bardziej punktowo, melodycznie, z dużą uwagą kontrolował natężenie brzmienia. Pamiętam jak w wywiadzie, przed dwoma laty (klik) Olgierd zdradził mi, że niegdyś fascynował go saksofon sopranowy – i to było słychać w dialogach, które budował z Dudą. [Ciekawe jak będzie na solowej płycie pt. „Mirza Tarak”, która już nadchodzi]. Zabrakło mi trochę większego udziału elektroniki Łukasza Kacperczyka. Skupił się raczej na cieniowaniu tła, które przez gwar często gdzieś ulatywało. Szkoda, że muzyk nie ingerował mocniej w narrację całości, bo potrafi to robić ze znakomitymi efektami (przykładem choćby tak duży format jak WIO). Ale podobno to dopiero początek współpracy, więc może następnym razem.

Słuchając kwintetu w  bardziej dzikich, rytmiczno-dętych przesileniach przyszło mi na myśl Art Ensemble of Chicago. Co prawda na chwilkę, ale przyszło, a to chyba dobry znak (taki eksperymentalny omen). Potencjał jest zdecydowanie. Intrygujące wyjście z czarnej dziury, oby nie jednorazowe.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zimowa podróż, trochę Cukru i kaszubskie wariacje…

daszek

Odwrócę chronologię wydarzeń i zacznę od końca. Zresztą każdy przyzwoity tekst, jak kij, ma przynajmniej dwa końce. Drugi/trzeci/czwarty/siódmy/domyślny powinien wylądować w aktywnym aparacie poznawczym czytelnika. Zatem raz, dwa…

Trzy:

Winterreise” czyli „Podróż zimowa” to cykl pieśni, które Franz Schubert skomponował do poezji Wilhelma Müllera. Właśnie dzieło Schuberta/Müllera stało się inspiracją dla dwóch kolejnych płyt z cyklu Populista, prowadzonego przez Michała Liberę dla Bôłt Records. Jak głosi nota „Winterreise” to: „modelowy przykład romantycznego songbooku o cierpieniu, miłości i samotności a wreszcie i XIX-wieczny odpowiednik albumu popowego, w którym przeglądały się kolejne pokolenia od roku 1828”. Tym razem przejrzały się w nim trzy artystki – wspólnie na jednej płycie Barbara Kinga Majewska i Emilia Sitarz; a samodzielnie, na drugiej, Joanna Halszka Sokołowska. Z końcem stycznia oba wydawnictwa  doczekały się premier koncertowych, które jak na złość odbyły się w dniach roztopów, nagłego rozpłynięcia zimy. Nie powstrzymało mnie to jednak przed zajściem do Królikarni na występ Sokołowskiej.

Winterreise

Przed rokiem, na festiwalu Playback Play w grudniu 2014 miałem już okazję widzieć artystkę w tym repertuarze, było to wówczas w ogóle pierwsze wykonanie (pisałem o nim tutaj). Tym razem wnętrze klubu zastąpiła wspaniała przestrzeń i akustyka Królikarni. Okoliczności miejsca w sposób znaczny wpłynęły na charakter występu. Po pierwsze wykonanie rozpoczęło się w całkowitych ciemnościach (i pozostało w nich do samego końca). Po drugie – Sokołowska kreatywnie wykorzystała specyficzną przestrzeń pałacyku. Druga część koncertu upłynęła na przechadzaniu się wokalistki po salach otaczających centralną, kolistą część budynku, w której siedziała publiczność. Śpiew nie ustawał, dobiegał z oddali, zbliżał się, błądził po Królikarni raz zgodnie ze wskazówkami zegara, raz odwrotnie. Zabieg okazał się genialny w swej prostocie – efekt akustyczny (i performatywny) był jedyny w swoim rodzaju, hipnotyzował i trzymał w napięciu. Można się było poczuć jak wewnątrz jakiegoś niezaistniałego filmu Herzoga. Na zakończenie Sokołowska zapaliła świecę i podziękowała za uwagę – tym samym utrzymała romantyczne decorum do samego końca. Bardzo osobliwy, melancholijny koncert site specific. Wsłuchiwanie się w pogłos kolejnych wersetów pieśni, w pauzy między nimi w otoczeniu mrocznej, akustycznie sterylnej Królikarni zapamiętam na długo jako wyjątkowe i nietypowe doświadczenie. Absolutnie nie dziwię się zespołowi Księżyc, że wybrał właśnie tę przestrzeń na nagrywanie swojej ostatniej płyty.

Dwa:

O zespole Cukier pisałem dość obszernie w maju zeszłego roku (klik). Był to jeden z pierwszych koncertów formacji, która przykuła moją uwagę (raz) ze względu na niecodzienne instrumentarium – syntezator modularny, klarnet, perkusja; (dwa) poprzez ciekawe, chaotyczno-energetyczne mieszanie różnych muzycznych języków – noise, free jazz, improwizacja elektro-akustyczna, trochę ambientu. Od tego czasu trio w składzie Łukasz Kacperczyk, Michał Kasperek i Piotr Mełech zdążyło wydać kasetę w Pawlaczu Perskim (bandcamp), na której w dość radykalny i bezkompromisowy sposób przedstawiło swój pomysł na muzykę.  „821” to ostra przejażdżka, przy okazji nagranie koncertowe, a nagrania koncertowe rządzą się swoimi prawami  [edit: jednak, nie koncertowe, tylko całodniowa sesja na żywo w warszawskim Mózgu]  i czasami bardziej brutalne szarże pozbawione pierwiastka wizualnego stają się nieczytelne. Niemniej jest to pozycja interesująca i odważna, pełna mocno kontrastujących zestawień. Sugeruję słuchanie „821” na głośnikach, tak by pozwolić muzyce wypełnić przestrzeń.

cukier1    cukier2Koncert w V9 odbył się przy okazji drugiej edycji DRUKUJ! Zinestu, czyli atmosfera DIY unosiła się w powietrzu od dobrych kilku godzin. Cukier wystąpił tego wieczoru w  nieco lżejszym wydaniu, ponieważ Piotr Mełech zrezygnował z użycia elektroniki i basklarnetu, zagrał cały koncert na zwykłym klarnecie. Był to koncert dość zwięzły, niespełna 40-minutowy i przyznam, że właśnie tego typu ramy czasowe są w sam raz w przypadku tak intensywnej muzyki. Podobała mi się dramaturgia występu. Cukier zaczął budować improwizację wychodząc od subtelnych partii syntezatora. Atmosfera gęstniała płynnie i oczywiście zmierzała do ekstatycznego jazgotu, ale zniuansowana „gra wstępna” pozwoliła na w miarę bezkolizyjne wejście w dzikie ostępy dźwięków brutalnych. Jednocześnie nie był to koncert o narracji prostej „od ciszy do zgiełku”, wykres napięcia i kolorów przedstawiałby się bardziej sinusoidalnie. To, że Cukier potrafi się ciekawie rozpędzić wiedziałem już od pierwszego zetknięcia z formacją. Teraz słychać, że oprócz tego muzycy wiedzą jak efektownie wyhamować, a przy okazji zrobić po drodze kilka niespodziewanych zakrętów. To dobrze wróży na przyszłość.

Jeden:

Ostatni mój tekst w roku 2015 dotyczył solowego występu Dominika Strycharskiego w Pardon To Tu (klik). Był to koncert znakomity, wirtuozerski, w dodatku najprawdopodobniej zostanie wydany na płycie. Raptem po kilku tygodniach Strycharski wrócił na tę samą scenę z formacją Core 6, by zaprezentować materiał z płyty „Czoczko” , na której poddaje kreatywnej interpretacji tradycyjną muzykę kaszubską. W zespole znaleźli się naprawdę mocni zawodnicy: Wacław Zimpel, Ksawery Wójciński, Zbigniew Kozera, Krzysztof Szmańda i Hubert Zemler. Czyli dwa instrumenty dęte i podwójna sekcja rytmiczna. Na albumie kluczowa rola przypada partiom duetu flet-klarnet (część utworów zagrana jest tylko w tym formacie), natomiast na koncercie siłą rzeczy większa była rola kolektywu.

Core 6

Podstawą tego projektu jest dualizm muzycznych światów, które Strycharski wraz z zespołem łączy – na poziomie podstawowym są to muzyka ludowa i free jazz. Kunszt instrumentalistów, ich improwizatorska biegłość, a także świetnie zaaranżowany materiał, złożyły się w nową jakość – silnie zakorzenioną w tradycji, a jednocześnie łamiącą granice gatunkowe. Coś podobnego udało się już choćby Marcinowi Maseckiemu (w wersji autorskiej na „Polonezach” i „Mazurkach”), również zeszłoroczne „Requiem Ludowe” Adama Struga i Kwadrofonik przenosi polską ludowość w XXI, wykorzystując współczesny język muzyczny. „Czoczko” składa się z tematów bezpośrednio zaczerpniętych z melodii tradycyjnych, natomiast rozwija je ze swobodą, rozmachem i dużą wrażliwością na poszczególne elementy brzmienia. Podwójna sekcja, tworzy dla Strycharskiego i Zimpla znakomitą, wielobarwną przestrzeń do dialogu, bądź snucia przyjemnie rozjeżdżających się wspólnych monologów. Koncert dość wiernie odzwierciedlił zawartość płyty, ale absolutnie nie na zasadzie 1:1. Zresztą nie byłby to nawet duży mankament, bo „Czoczko” to po prostu album bardzo dobry, zwięzły, nieprzegadany (niespełna 40 minut muzyki). Moje ulubione fragmenty to te, w których do głosu dochodzi pełen skład, szczególnie otwierający płytę tajemniczy utwór „Rubin”, oraz wieńczący nagranie „Antracyt” z fantastyczną woltą w środku. Kolejny mocny punkt w coraz ciekawszej dyskografii Dominika Strycharskiego.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Wywoływanie duchów: Dominik Strycharski (i Eric Dolphy) w Pardon To Tu

Dominik Strycharski

Eric Dolphy to fascynująca postać w historii jazzu. Klasyk, którego kariera (w roli lidera) objęła zaledwie 4 lata.  W tak krótkim czasie Dolphy zdążył nagrać  zjawiskową płytę „Out to Lunch!” często stawianą na równi z „Kind of Blue” czy „A Love Supreme”, przez wielu uznawaną za jedną z wybitniejszych w swym gatunku. Osobiście mam równie duży szacunek do mniej pomnikowego albumu „Out There”, nagranego przez klarnecistę cztery lata wcześniej. Gdy pada hasło „Dolphy”, zwykle słyszy się w głowie cały zespół, pełną formę z fenomenalną sekcją rytmiczną, idealnie dopełniającą pokręcone kompozycje lidera. Już sam pomysł zagrania (i nagrania) złożonych utworów jazzmana w wersji solo jest dosyć nietypowy, a zrobienie tego przy użyciu fletów prostych można wręcz określić strategią karkołomno-ekscentryczną. Cóż, do odważnych świat należy.

Dominik Strycharski to jeden z ciekawszych muzyków polskiej sceny improwizowanej. Kto choć raz widział artystę na scenie, w akcji, ten wie o czym mówię. Po pierwsze wyróżnia Strycharskiego instrument (drewniany flet prosty, w różnych odsłonach), po drugie – ważniejsze – sposób w jaki na nim gra, pełen dzikiej, intensywnej ekspresji, determinacji, a jednocześnie niebywałej precyzji wykonawczej. Cechy właściwie idealnie predestynujące do wzięcia na warsztat Dolphy’ego, który nawiasem mówiąc też po flet sięgał (zwykle po poprzeczny, ale jednak).

Obserwowanie tego koncertu było trochę jak oglądanie sportów ekstremalnych. Siedząc w pierwszym rzędzie efekt był niesamowity. Strycharski obstawiony niemal z każdej strony mikrofonami, wpatrzony w partytury, maksymalnie skoncentrowany na grze. Napięcie udzieliło się widowni, która siedziała w wielkim skupieniu, przerywanym jedynie wyjątkowo swobodną konferansjerką bohatera wieczoru, zapowiadającego kolejne utwory.

Strycharski2

Na występ złożyły się głównie utwory z klasycznego „Out to Lunch!”, które Strycharski przearanżował w sposób inteligentny, a w efekcie spektakularny i magnetyczny. Trochę podobna sytuacja jak w przypadku tegorocznego albumu Raphaela Rogińskiego – znów wzięty na warsztat heros jazzu, znów zinterpretowany solo i przy użyciu nietypowego dla pierwowzoru instrumentu. Co prawda w przypadku Strycharskiego rozpoznawalność konkretnych kompozycji była dużo łatwiejsza, to jednak usłyszenie ich w tak surowej formie znacznie potęgowało oddziaływanie, a mówiąc górnolotnie – pokazywało ponadczasowość tej muzyki. Szorstko-delikatne brzmienie fletów, przedęć, nucenie melodii w tle, sąsiadujących tym agresywnie wydobywanym z instrumentów… Strycharski pod względem ekspresji i techniki zrobił na scenie absolutnie wszystko żeby jak najpełniej oddać ducha intensywnej, dzikiej i skomplikowanej twórczości Dolphy’ego, który w ten sposób, niematerialnie zagościł w Pardon To Tu. Człowiek, powietrze i kawałki drewna – cóż można zrobić z takiej kombinacji? Muzykę o temperaturze ognia.

Wykonanie takiego materiału z zespołem za plecami nie należałoby do najłatwiejszych. Tymczasem koncert trwał ponad godzinę. Na sam koniec muzyk zagrał dwie własne kompozycje/improwizacje, które bynajmniej nie odstawały od głównego programu, słychać w nich było echa inspiracji Dolphym, ale przede wszystkim samego Strycharskiego. Dobrze jakby i one znalazły się na zapowiadanej płycie. Jeśli moc tej sesji zostanie zachowana w nagraniu, to szykuje się naprawdę wyjątkowa premiera.

Był to ostatni koncert w tym roku w Pardon To Tu. Mocne zakończenie na miarę bardzo mocnych 12 miesięcy.

Krzysztof Wójcik (((ii)))