Marcin Ciupidro / JAAA! na Placu Zabaw

Czyli kolejna, dotychczas najzimniejsza odsłona Lado w Mieście nad Wisłą (serio, byłem w szaliku, ale w sumie wolę chłód niż gorąc). Zacznę od końca.

JAAA!

JAAA

Zanim zdążyłem w ogóle zanotować egzystencję zespołu JAAA! i zastanowić się, czy to przypadkiem nie jakaś niemiecka kapela neo-krautrockowa (była „Nowy!”, teraz mogła by być „Taaak!”), dostałem maila z singlem „Arsenio” bezpośrednio od zespołu, mniej więcej w okolicach maja zeszłego roku. Maila w języku polskim, chociaż wokalista Miron Grzegorkiewicz śpiewa po angielsku, w dodatku robi to nieźle, z charakterystyczną rozpaczliwą manierą (tak jest, trochę nadwiślańska hybryda Thom Yorke / Justin Vernon). Od tego czasu zespół wydał album „Remik” (bandcamp) i zagrał na kilku większych i mniejszych krajowych festiwalach, generalnie znajduje się w trybie ofensywno-ekspansywnym, jest coraz bardziej rozpoznawalny i coraz częściej komentowany, zwykle w entuzjastycznym tonie.

Z pewnością nie bez znaczenia jest fakt, że JAAA! to nie anonimowi debiutanci, tylko trzech muzyków zaprawionych w innych, względnie rozpoznawalnych i dosyć różnorodnych stylistycznie projektach (m.in.: Napszykłat – Marek Karolczyk; Daktari, How How – Miron Grzegorkiewicz;  Contemporary Noise Quartet, Quintet, Sextet – Kamil Pater) – ta informacja zwykle zajmuje akapit w tekstach poświęconych JAAA!, więc nie będę się wyłamywał z trendu.

To the point… Gdybym miał określić jednym słowem muzykę, która znalazła się na „Remiku”, przede wszystkim powiedziałbym, że jest ekstatyczna. Dobra do szybkiej jazdy na rowerze. Na płycie fajne jest to, że ścieżka wiedzie przez nieoczywiste tereny krajobrazowe, dźwiękowe i emocjonalne – bywa melancholijnie, paranoicznie, słodko-kwaśnie… Z całą pewnością jest spójnie. Natomiast podczas koncertu dominuje energia, mocny bit, świetne psychodeliczne wizualizacje (generowane na żywo przez Karolinę Głusiec), a wszystko zlepia odpowiednia dawka stroboskopu. Nie trudno było się rozgrzać.

„Remik” odrobinę przypomina mi klimatem młodszego, bardziej przystępnego, elektro-popowego brata znakomitej płyty „NP” duetu Napszykłat, tworzonego przez Marka Karolczyka z Robertem Piernikowskim. Debiut JAAA! nie ma dla mnie tak dużej siły rażenia (to trochę mniej moja bajka), jednak utwory takie jak „Ivo”, „Lunatic”, „Berlin”, „Zamek”,  czy finalne”Bujillo” pokazują, że trio potrafi pisać niebanalne kompozycje, w których eksperyment brzmieniowy idzie w parze z popowym, tanecznym potencjałem. Dodając do tego angielski wokal, powstaje naprawdę interesujący produkt eksportowy z „made in Poland” na papierze. Chociaż, umówmy się, wokal w JAAA! pełni bardziej rolę muzyczną niż treściową, dla mnie mógłby to być nawet język mongolski (no offence).


Marcin Ciupidro

Marcin Ciupidro band

Początek wieczoru na Placu Zabaw należał do wibrafonisty Marcina Ciupidro z zespołem. Artystę kojarzyłem do tej pory z płyty „MetaMuzyka”, nagranej wraz z Kubą Sucharem i Maciejem Filipczukiem. Płyty zresztą bardzo ciekawie podejmującej wątek tradycyjnej muzyki wiejskiej (mazurki). Tymczasem kompletnie umknął mi solowy album Marcina Ciupidro pt. „Talking Tree” (bandcamp) z 2013 roku. Koncert wypełniły kompozycje własnie z tego wydawnictwa, bardzo przyjemnego, zwięzłego, o dosyć bajkowej narracji, choć tu i ówdzie pojawiają się nagłe zwroty akcji – trochę jak w strukturze bajki magicznej Proppa, drodzy kulturoznawcy. Chociaż nie wiem czy akurat Ciupidro zrealizował punkt po punkcie wszystkie 31 funkcji… Niemniej jednak w pozornie uroczych, subtelnych melodyjkach artysta zainstalował wiele niespodzianek, dzięki czemu muzyka nabiera niejednoznacznego, odrobinę groteskowego charakteru. Duży soundtrackowy potencjał. Zresztą wystarczy obejrzeć świetne wideo autorstwa Huberta Pokrandta (full screen!):

To był bardzo porządny, poukładany koncert, co można poczytywać jako jednocześnie zaletę i wadę. Trochę zabrakło mi tzw. scenicznego szaleństwa, ognia, chociaż im dłużej występ trwał, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że tego typu muzyka wymaga właśnie takiej skrupulatnej konwencji performerskiej. Największe wrażenie zrobił na mnie klarnecista Mateusz Rybicki, który pomysłowo wdzierał się z instrumentem w precyzyjne rytmiczne struktury reszty zespołu (Reich, Tortoise, te sprawy). Fajnie jakby muzycy zagrali do jakichś, nazwijmy to, niebanalnych wizualizacji (patrz wyżej^), albo do filmu niemego, animowanego… Tak czy inaczej, wysłuchałem występu Marcina Ciupidro z przyjemnością.

Kto wie, czy nie był to jak dotąd najbardziej wyrównany wieczór jeśli chodzi o poziom koncertów na tegorocznym Lado w Mieście… Ja nie wiem, ale tak mi się wydaje. Mogło tak być. A było zdecydowanie dobrze. Do końca całości pozostały 4 czwartki i każdy zapowiada się świetnie (a mówię to nie tylko z patronackiej kurtuazji). Lepiej być!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Fire!, Matana Roberts, Pękala/Kordylasińska/Pękala – czyli „warszaska proza koncertowa”

Tak w ogóle mógłby się nazywać ten blog, czyż nie?
„Jedziesz na Offa?” – ostatnio tym pytaniem atakują mnie rożne spotykane osoby, im bliżej końca lipca tym częściej. Odpowiadam, w zależności od sytuacji: a) nie mam nadmiaru kabony na przepicie i przejedzenie, b) nie mam siły i ochoty na całodzienne bieganie od sceny do sceny, c) Off? co tam w ogóle gra w tym roku?, d) w Warszawie mam koncertów pod dostatkiem. I chyba własnie ostatnia odpowiedz jest w tej całej offowej zawierusze najbardziej optymistyczna. Zwłaszcza, że ostatnio – w trybie jednostajnie przyspieszonym – maleje u mnie ciśnienie na przyswajanie muzyki na żywo w ilości hurtowej, niesprzyjającej uważnemu jej odbiorowi. W Warszawie w okresie wakacyjnym można sobie zorganizować przyjemny indywidualny festiwal, chodząc na koncerty to tu, to tam, na luzie. No i można przy tym spełniać przyjemne obowiązki patronackie… (sesesese)

Fire!

Nie żebym kompletnie deprecjonował Offa. Na przykład takie Fire! usłyszałem po raz pierwszy na żywo właśnie podczas katowickiej imprezy trzy lata temu i był to jak dla mnie jeden z najlepszych koncertów tamtej edycji. A w tym roku proszę bardzo – Fire! gra w Warszawie za darmo. Na dodatek miał być to koncert plenerowy, ale niestety fałszywe prognozy pogodowe pokrzyżowały te plany i ostatecznie trio zagrało w upiornie nagrzanej Cafe Kulturalnej. Cóż, jak ogień, to ogień.

Ostatnim razem oglądałem Skandynawów na tej samej scenie w PKiN, mniej więcej rok temu z okazji festiwalu Match&Fuse. W tym roku zespół przywiózł jednak ze sobą nowy znakomity materiał z wciąż jeszcze ciepłego albumu „She sleeps, she sleeps„. Stosunkowo wyciszone ostatnie kompozycje w wersji koncertowej nabrały typowej dla Fire! mocy. Chyba już to gdzieś pisałem, ale w muzyce Gustafssona najbardziej cenię sobie pełne zaangażowanie, determinację w kondensowaniu muzycznej energii, granie na 100% możliwości, zachowujące jednocześnie formalną powściągliwość. Fire! oparte na potężnym groove’ie (doskonała sekcja) i gęstniejących repetycjach, sprawia, że koncerty w mgnieniu oka zmieniają się w rodzaj porywającego, ekstatycznego rytuału. (Nomen omen, ostatnia płyta Fire Orchestra! nosi właśnie tytuł „Ritual„). W Cafe Kulturalna można było zaobserwować znany z lekcji chemii fakt, że paliwem dla ognia jest tlen. Było go w klubie z każdą minutą coraz mniej, a Fire! grali coraz intensywniej i nawet starczyło im energii na bis. A lekko podduszona publika (ta frekwencja, wow!) nie szczędziła zespołowi w pełni zasłużonych braw.

Mając już „wspólną przeszłość” z Fire!, nie pchałem się w oko cyklonu i oglądałem koncert z dystansu (jak na nikczemnej jakości fotce, sorry), a pozwalało na to świetne nagłośnienie. Jak się okazało muzyka Skandynawów sprawdza się równie dobrze w roli tła. Tak jak z ogniem, w który można się wgapiać godzinami, ale można też po prostu przyjemnie posiedzieć, pozwolić by grzał. Mimo ekstremalnych warunków temperaturowych, koncert udał się znakomicie i zdecydowanie podtrzymuję opinię, że to mój ulubiony zespół Matsa Gustafssona.


Raptem kilka dni wcześniej, na tej samej scenie, w Cafe Kulturalnej, wystąpiła wyjątkowa artystka amerykańska – Matana Roberts. Saksofonistka od kilku lat realizuje monumentalny, w założeniu 12-albumowy cykl „Coin Coin„, w którym za pomocą muzyki i słów przedstawia wielowątkową, autorską wizję historii (czarnej) Ameryki, w mocnym oparciu o doświadczenia osobiste, własnej rodziny, przodków. Jak dotąd poznaliśmy trzy rozdziały tej opowieści, z których ostatni „River Run Thee” uchodzi za najbardziej eksperymentalny, oddalony od jazzu w stronę elektroniki, organicznych sampli, przeplatanych słowną/saksofonową narracją. Właśnie ten program artystka zaprezentowała w Kulturalnej, wzbogacając swój performance klimatycznymi czarno-białymi wizualizacjami.

Matana Roberts

Koncert pokazał jak bardzo charyzmatyczną osobą jest Matana Roberts, z jak dużą łatwością potrafi skupić maksimum uwagi odbiorców na przekazie dalekim od oczywistości, banału, easy-listeningu. Artystka nawiązała już na wstępie świetny kontakt z publicznością, angażując nas w skandowania haseł, w aktywne uczestnictwo w występie. Dzięki temu dosyć ciężka, enigmatyczna warstwa muzyki, dźwięków, narracji, zyskiwała na komunikatywności i sile, a publiczność mogła poczuć rodzaj wspólnotowości inny niż w sytuacji zwyczajnego koncertu. Bardzo się cieszę, że Matana wplotła w występ swoją kompozycję z pierwszej części cyklu Coin Coin, a mianowicie „I am”. Jak głosi pewna teza, której autorstwo nie ma większego znaczenia, muzyk na scenie przede wszystkim odgrywa siebie (powiedzmy, że prezentuje własną wizję siebie). Matana Roberts jest na tyle intrygująca postacią, artystką, że oglądanie jej na żywo jest doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju. Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału „Coin Coin”. Roberts należy do tego typu oryginalnych twórców, po których spodziewać się można absolutnie wszystkiego i zawsze warto czekać na kolejne wypowiedzi żeby się z nimi po prostu zmierzyć.

Na support w wykonaniu Wacława Zimpla spóźniłem się, a nie lubię słuchać koncertów od połowy (jakie by one nie były). Ciekawe jest natomiast zjawisko jak bardzo solowa aktywność klarnecisty spolaryzowała odbiorców. Osobiście bliżej mi do stanowiska jakie zajął Piotr Lewandowski, jakkolwiek sądzę, że Zimpel jeszcze nie jednym nas zaskoczy, ponieważ jest muzykiem bądź co bądź poszukującym (o czym w pewnym sensie świadczy także tegoroczne „Lines”). Ale szukać nie zawsze znaczy odnajdywać.

Pękala-Kordylasińska-Pękala

Do Kulturalnej trafiłem wprost z Placu Zabaw, kolejnego czwartkowego Lado w Mieście, gdzie wysłuchałem bardzo ciekawego (i wizualnie atrakcyjnego) koncertu Miłosza Pękali i Małgorzaty Kordylasińskiej-Pękali na instrumenty perkusyjne i elektroakustyczne. Muzycy doskonale panowali nad spójnością narracji, co nie jest niczym zaskakującym biorąc pod uwagę perfekcję warsztatu. Występ zwiastował nadejście albumu duetu, na którym można usłyszeć oryginalne interpretacje utworów m.in. Franka Zappy, Felixa Kubina, Steve’a Reicha, ale też jedną kompozycję spod ręki Miłosza Pękali. Cóż, koncert był na tyle dobry, że z wielką przyjemnością sięgnę po płytę (czyli zadanie pt. „promocja albumu na żywo” wykonane na 5).

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Już w czwartek 28.07 kolejne Lado w Mieście, na Placu Zabaw zagra Złota Jesień i Oren Ambarchi. Instytut poleca.

Lado na Wsi #3: Cierliński – Szamburski – Domagalski // Jurkiewicz – Kozieł

Jak mawiają do trzech razy sztuka… W końcu udało mi się dotrzeć na trzecią odsłonę nowego, plenerowego cyklu koncertowego, organizowanego przez muzyków Lado ABC na warszawskim Jazdowie w każdą środę. Występy w założeniu zwięzłe i kameralne odbywają się pośród trawy i listowia, w świetle dogasającego słońca, a w późniejszej kolejności przy świecach/lampionach. Cóż, dawno nie słuchałem muzyki w tak pięknych, spokojnych i klimatycznych okolicznościach.

To, że jeszcze jakiś czas temu osiedle domków fińskich na tyłach parku Ujazdowskiego chciano usunąć ze względu na ich „niereprezentatywny charakter” poczytuję za skandal (swoją droga doskonale wpisujący się w poronioną stołeczną politykę urbanistyczną). Zniszczenie tak unikalnego kawałka miasta – niemalże wiejskiej, sielskiej i zacisznej enklawy w centrum dużej europejskiej stolicy – byłoby zbrodnią niewybaczalną. Osiedle Jazdów to miejsce wyjątkowe na mapie Warszawy, z którego miasto powinno być dumne. Koncerty organizowane pod adresem Jazdów 7/14, to jedna z wielu inicjatyw kulturalnych, które w ostatnim czasie znalazły wśród fińskich domków bezpieczną przystań – miejmy nadzieję na jak najdłużej.

Maciej Cierliński & Paweł Szamburski

Wieczór rozpoczął występ duetu Pawła Szamburskiego (klarnet) i Macieja Cierlińskiego (lira korbowa). Koncert opierał się o ludowe melodie, które muzycy kreatywnie i luźno reinterpretowali. Połączenie klarnetu i liry korbowej okazało się doskonałym posunięciem. Dronowe, nieco bzyczące brzmienie, dźwięki jednostajne i transowe wydawane przez lirę, stanowiły gęste, niebanalne tło dla meandrycznych i skupionych solówek klarnetowych. Panowie świetnie kontrolowali dramaturgię występu, kolejne jego części rozwijali w sposób sprzyjający pełnemu „wejściu”, zaangażowaniu się w graną muzykę, której charakter dodatkowo podkreślił (i podkręcił) wiejski, naturalny kontekst miejsca.

W drugiej części dołączył do duetu Piotr Domagalski (najpierw na barabanie, później na kontrabasie). Tak poszerzony skład zyskiwał dodatkowe możliwości brzmieniowe. Domagalski, grając smyczkiem stabilne, powolne frazy, odciążył nieco lirę Cierlińskiego, który mógł dzięki temu wchodzić w bardziej zniuansowane dialogi z Szamburskim. Całość zyskiwała momentami bliskowschodniego, mistycznego wymiaru. A może po prostu polska muzyka folkowa ma w sobie ten nieuchwytny transowy, bliskowschodni pierwiastek? Trio na koniec zagrało ciekawą wersję kujawiaka, wtłaczając w starą, ludową formę muzyczną nowe życie. Fantastyczny koncert, właściwie bez słabych punktów. Mógłby być spokojnie nagrany i wydany. Chociaż oczywiście na żywo taka muzyka sprawdza się najlepiej. Chętnie zobaczył/usłyszałbym ten skład ponownie.

Anna Jurkiewicz & Olga Kozieł

W ogóle nie wiedziałem czego się spodziewać po kolejnym występie duetu wokalnego Sekunda Mała (Anna Jurkiewicz i Olga Kozieł). I bardzo lubię tego typu niespodzianki. Artystki zaśpiewały dwu i jednogłosowe bałkańskie pieśni ludowe, wykonały je pośród publiczności zgromadzonej na działce, w pełnej ciszy, przy świetle lampionów, bez akompaniamentu. Śpiewały unisono, białym głosem, z tymi wszystkimi niewielkimi acz znaczącymi odchyleniami, dzięki którym całość brzmi tak niesamowicie, pierwotnie, mocno. Występ trwał nie dłużej jak pół godziny, ale wywarł na mnie potężne wrażenie. W dodatku doskonale dopełnił pierwszą, instrumentalną część wieczoru. Na sam koniec zagrał jeszcze Dj Lenar, ale już niestety musiałem się zbierać.

W plenerze, jak wiadomo, atmosfera to czynnik arcyważny. Na Jazdowie jest swobodnie, spokojnie i sielsko. Nawet gdy w pewnym momencie programowo kameralne koncerty przyciągnęły grubo ponad 100-osobowe audytorium. Magnes: klimat wiejski, świetni artyści i rodzaj muzycznej chłopomanii.

Pamiętajcie więc o wakacyjnych środach na Jazdowie 7/14. Już w najbliższą (27.07) wystąpią: Joanna Halszka Sokołowska, Bartek Tyciński, Hubert Zemler, Dj Lenar.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Lado w Mieście [+Torstraßen Festival]: Lutto Lento / Sun Araw | Jaakko Eino Kalevi / Gelbart / Camera

Wyjątkowo i jednorazowo w tym roku Lado w Mieście odbyło się 2 dni z rzędu. Po regularnym czwartku, w piątek warszawski festiwal połączył się z berlińskim Torstraßen Festival, co zaowocowało intensywną muzyczną końcówką tygodnia. Dużo różnego, dla każdego coś miłego. A w szczegółach…

Czwartek 14.07, Cafe Kulturalna – Lutto Lento / Sun Araw

Jak dla mnie największą siłą muzyki Lutto Lento jest jej przygodowy potencjał, zdolność zaskakiwania słuchacza kolejnymi niekonwencjonalnymi, kolażowymi zestawieniami oraz dekonstrukcjami tworzywa bazowego. Raz mamy wycinankę o ostro zarysowanych krawędziach, innym razem wydzierankę o konturach nieostrych, poszarpanych. Raz elementy sprawiają wrażenie precyzyjnie scalonych, to znów ociekają klejem, kiedy indziej są sczepione jakimś pozornie nieprzystającym plastrem, albo taśmą dwustronną.

Lutto Lento1

Ale wracając do przygody. Moja przygoda z Lutto Lento rozpoczęła się na wysokości kasety „Unlucky” (bandcamp), z pamiętnym wykorzystaniem sampli z Enyi, ich „podwodnym” rozpuszczeniem w utworze „Siren”. Załapałem się na falę względnej popularności tego numeru w 2013 roku. I to była przygoda. Lutto Lento ma ciekawy, dygresyjny styl budowania narracji, a przy okazji smykałkę do budowania (wygrzebywania?) zapadających w pamięć motywów. Plądrofonia o bardzo imprezowej, atakującej czachę specyfice. Taka muzyka najlepiej brzmi głośno i późno przy ździebko przytępionych/wyostrzonych chemicznie/organicznie zmysłach (niepotrzebne skreślić). Biorąc to pod uwagę spodziewałem się, że występ Lutto Lento będzie zamykał koncerty drugiego tygodnia Lado w Mieście, które przez złą pogodę przeniosły się do Cafe Kulturalna. Niestety kolejność okazała się odwrotna, co w moim odczuciu nie przysłużyło się dramaturgii wieczoru. Szczególnie, że grający później Sun Araw raczej rozrzedzili intensywność i dynamikę, którą tak żmudnie budował Polak. Lub jak kto woli rozkakofonili (zastrzegam kopirajty). Następstwo niefortunne i złowróżbne, jak picie piwa po kilku kieliszkach wódki – nie może się dobrze skończyć. W dodatku piwa, które w założeniu ma oczarować zmysły bogactwem i zniuansowaniem nut smakowych…

Sun Araw

Cóż, fenomen Sun Araw jestem jeszcze w stanie zrozumieć na nagraniach, ale na żywo Panowie niemiłosiernie odlatywali w elektroniczne kliklikliklikliklik*%&$#&()*^%##@$%&*((()&^%$#@!klikliklik. Przy tym było trochę przyjemnego funku, odrobina dubowej psychodelii, ale miałem wrażenie, że trio za punkt honoru obrało strategię „zróbmy dziwnie, skorzystajmy naraz z tych wszystkich guzików i efektów, które mamy”. Pod koniec zespół zaczął bardziej osadzać muzykę na groovie, rozpędzeniu sekcji, ale ciężko mi powiedzieć jak brzmiał finał, bo nie doczekałem. Jak to się mówi, prawdopodobnie „nie zrozumiałem Sun Araw”. Zgadzam się. Nie byłem jedyny, chociaż wiele osób zostało, a polaryzacja słuchaczy to też rodzaj artystycznego triumfu. Nie zawsze musi się podobać. Nagłośnienie było natomiast bardzo przyzwoite, co dobrze wróży w przypadku zbliżających się koncertów w Kulturalnej.


Piątek 15.07, Plac Zabaw / BarKa

Żałuję, że spóźniłem się praktycznie na cały koncert Better Person (czyli Adama Byczkowskiego). Zdążyłem zaledwie na ostatni numer, więc ciężko mi się wypowiadać, aczkolwiek dopracowany sceniczny wizerunek a la lata 20. i dekadencki klimat muzyki robiły wrażenie, a znajomi, którzy widzieli cały występ byli bardzo zadowoleni. Cóż, innym razem.

Jaakko Eino Kalevi

Fuzyjny wieczór Lado w Mieście – Torstraßen Festival rozpocząłem de facto od koncertu fińskiego wokalisty Jaakko Eino Kaleviego z zespołem. I gdym nie wiedział, że artysta pochodzi ze Skandynawii, to pomyślałbym, że mieszka na jednym osiedlu w Kalifornii z Arielem Pinkiem. Co prawda Jaakko ma znacznie mniej krzykliwy wizerunek, ale już muzycznie bardzo blisko mu do estetyki prezentowanej przez Pinka albo np. Toro Y Moi. Psychodeliczny, rozmarzony, ciekawie zaaranżowany synth-pop (dużo dał udział saksofonu, perkusji i dodatkowej wokalistki). Słuchałem trochę Kaleviego przed koncertem na youtubie i brzmienie wydało mi się zbyt syntetyczne, produkcyjnie przepieszczone. Te mankamenty ulotniły się podczas występu na żywo, zespół zyskał odpowiedni pierwiastek życia i surowości. Sam Jaakko Eino Kalevi kilkukrotnie schodził z mikrofonem przed scenę by śpiewać wśród publiczności. Generalnie przyjemny, solidny i bardzo wakacyjny koncert w sam raz na plenerowe warunki Placu Zabaw.

Gelbart

Kolejne dwa występy były tymi, dla których specjalnie przyszedłem tego wieczoru nad Wisłę, a w szczególności jeden z nich. Mam tu na myśli berlińską neo-krautrockową Camerę. Zanim jednak warszawska publiczność przekonała się, że motorik, grany przez prawdziwych Niemców w blisko pół wieku od „wynalezienia”, dalej brzmi zajebiście, na scenie Placu Zabaw z solowym setem wystąpił Adi Gelbart. Artysta wywodzi się z hamburskiego Gagarin Records, wytwórni założonej przez Felixa Kubina pod koniec XX wieku i powinowactwo z brzmieniem Kubina było bardzo wyraźne. Charakterystyczne, naiwne melodyjki podlegające ciągłym transformacjom i bitowym stymulacjom Gelbart przełamywał od czasu do czasu partiami saksofonu. Te momenty były jak dla mnie najciekawsze, chociaż całego koncertu wysłuchałem z przyjemnością. Rodzaj prymitywistycznej, radosnej i bezpretensjonalnej elektroniki jaki lubię. W dodatku Gelbart jest multinstrumetalistą i widać było, że dobrze panuje nad tym co robi na scenie, a co najważniejsze nie puszczał muzyki z kompa. Do tego za plecami Niemca przewijały się lekko absurdalne wizualizacje, dobrze korespondujące z dźwiękiem.

Camera

Camera wystąpiła już na Barce, ponieważ późna pora wymusiła exodus z Placu Zabaw. W rezultacie Niemcy zagrali nie tylko dla publiczności zgromadzonej na łódce, ale też siedzącej na bulwarowych schodkach, czyli w sumie same plusy, szczególnie, że nagłośnienie było tip-top, a zespół zagrał bez wątpienia najbardziej porywający koncert wieczoru. Co z tego, że muzyka Camery daleka jest od nowatorstwa i brzmi jak jakiś zaginiony, surowy album Neu! w rozszerzonym składzie, jeśli funkcjonuje perfekcyjnie w sytuacji występu na żywo? Szczerze mówiąc wolę jeśli zespół sprawnie i kreatywnie rozwija patenty sprzed lat niż na siłę próbuje odkrywać Amerykę, a w dodatku robi to nieudolnie (piję tu do przekombinowanego Sun Araw). Imperatyw nowatorstwa w muzyce w XXI wieku jest utopią, sprzyjającą powstawaniu często jałowych i karykaturalnych eksperymentów. Camera zagrała porządny, pełnokrwisty i bardzo energetyczny koncert. Występ o na tyle silnym fizycznym uroku i oddziaływaniu, że absolutnie nie mam problemu z jego teoretyczną wtórnością. Dobry bit pozostanie dobrym bitem, a grunt to umieć nim operować. Camera potrafi.

Usatysfakcjonowany występem Niemców odpuściłem sobie trzy kolejne sety. Chociaż trochę żałuję niezobaczenia na żywo Xosar… W każdym razie, jak donoszą nieoficjalne, niezależne źródła, zabawa była przednia.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Kolejna odsłona Lado w Mieście już 21.07. Zagrają Kobiety i Pękala/Kordylasińska/Pękala. Instytut poleca.

Weekend piłkarsko-amerykański (Skeleton$ na Placu Zabaw / Föllakzoid w Pardon To Tu)

To był dobry weekend, pełen emocji różnorakich. Pogodowo rozbity na dzień upału i dzień burz. Piłkarsko na mecz Polski na Euro i finał Copa America. Muzycznie na bardzo dobre występy zespołów z Ameryki Północnej i Południowej. Po prostu pięknie skomponowany weekend, który chętnie przeżyłbym raz jeszcze. I trochę tak zrobię, stukając teraz w literki laptopowe.

Skeletons na Placu Zabaw

Skeletons2

Gdy przesłuchałem tegoroczną płytę Skeletons „Am I Home?” stało się dla mnie jasne, że koncertu nowojorskiej formacji nie mogę przegapić. Z prostego względu – lubię dziwne piosenki. Piosenki wymykające się konwencjonalnym strukturom pop-rockowym, osadzone w muzyce swobodnej, astylistycznej, spontanicznie eksperymentalnej, kreatywnej. A właśnie takie piosenki pisze Matt Mehlan, lider nowojorskiej formacji. Aranżacja poszczególnych numerów Skeletons wyraźnie wskazuje, że inspiracje zespołu wykraczają daleko poza gatunkowe myślenie o muzyce. Minimalizm miesza się z free jazzem, pop z noisem, freak-folk z funkiem, z elektroniką i tak dalej. Generalnie siła Skeletons tkwi w nieustannym zaskakiwaniu słuchacza nowymi rozwiązaniami muzycznymi, a kunszt samych piosenek powoduje, że te dziwaczne stylistyczne hybrydy stają się przyswajalne i porywające. Na  Placu Zabaw, przestrzeni plenerowej, otwartej, niezobowiązującej, koncert Amerykanów zafunkcjonował doskonale. Leżak, zimne piwo, dogasające słońce w dniu rekordowych upałów i muzyka na wskroś atrakcyjna, oryginalna, przygodowa, kojąca i wyzywająca zarazem, pełna wyobraźni. Bardzo dobry występ.

Skeletons

Posłuchajcie sobie streamu całej najnowszej płyty Skeletons „Am I Home?” u nas na PopUp i zostańcie fanami zespołu jeszcze dziś (; A z albumów dawniejszych polecam gorąco „Money”.

Przy okazji warto wspomnieć, że wielkimi krokami nadchodzi tegoroczne Lado w Mieście i na Placu Zabaw w te wakacje zagra jeszcze cała gromada interesujących formacji (szczegółowa rozpiska TU). Rok temu zrelacjonowałem jakąś połowę festiwalu, a tym razem Instytut ma przyjemność patronować całemu przedsięwzięciu. A ja, jeśli mogę, to lubię patronować zacnym inicjatywom, czuję się wtedy jak święty, albo jak prezydent…


Föllakzoid w Pardon To Tu

Follakzoid

Na ten koncert, jako redakcja PopUp, czyli współorganizatorzy, czekaliśmy od dłuższego czasu. Przyznam, że przed jego ogłoszeniem nie miałem pojęcia o muzyce chilijskiego tria, jednak jako zagorzały fan transowych, psychodelicznych brzmień spod znaku Neu!, długo nie musiałem się przekonywać.

Na scenie Pardon To Tu występy zespołów gitarowych to mimo wszystko rzadkość. Pod tym względem czerwiec był miesiącem wyjątkowym, ponieważ odbyły się aż dwa koncerty tego rodzaju – znakomity, żywiołowy występ The Ex z niespodziewanym, gościnnym udziałem Kena Vandermarka oraz właśnie gig tria Föllakzoid, które na tę okazję po raz pierwszy przyjechało do Polski.

Föllakzoid przypomina mi trochę południowoamerykańską wersję żeńskiego tria z Japonii – Nisennenmondai. Podobnie motoryczne, transowe granie, w którym formuła gitarowego „power trio” zmienia się w „psycho trio”, chociaż moc pozostaje. Narkotyczny wymiar obu zespołów jest jednak odmienny. Panie z Nisennenmondai  dysponują amfetaminową energią, podczas gdy Föllakzoid bliżej do naturalnych substancji psychodelicznych. Przynajmniej tak to widzę, tak to słyszę.

Również brzmienie Föllakzoid sprawia wrażenie bardziej organicznego, opartego przede wszystkim na basowo-perkusyjnym groove’ie. Jednakże główną cechę dystynktywną Chilijczyków upatrywałbym w wykorzystaniu gitary, raz grającej melodyczne motywy i proste sola, kiedy indziej zapętlającej rytmiczne frazy, tworząc obok sekcji dodatkową, pulsującą płaszczyznę transu. Föllakzoid doskonale operuje napięciem, dramaturgią utworów, niuansując je przydymionymi, odległymi wokalami, a także drobnymi, kosmetycznymi ingerencjami w struktury kompozycji. To jeden z tych zespołów, gdzie minimalizacja środków wyrazu przekłada się na mocniejsze oddziaływanie.

W Pardon To Tu Chilijczycy zagrali materiał z dwóch ostatnich płyt (możecie posłuchać ich w całości na bandcampie), a koncertowa energia dodała tym numerom dodatkowej, magnetycznej siły rażenia. Krótko mówiąc fantastyczny występ. A zaledwie kilka godzin później reprezentacja Chile pokonała w finale Copa America piłkarzy Argentyny. Chilijska noc!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

DŹWIEKI WYKRZYCZANE [Vandermark & Nilssen-Love]… DŹWIĘKI UKRYTE [Jachna, Mazurkiewicz, Buhl] / Pardon To Tu

Paal Nilssen-Love & Ken Vandermark

Można odnieść wrażenie, że w ostatnich tygodniach w Pardon To Tu wyrównały się proporcje prezentowania muzyki polskiej i zagranicznej. W dodatku – co akurat nie jest dużą niespodzianką – wybierani są najciekawsi przedstawiciele/zjawiska krajowej sceny około improwizowanej (najogólniej mówiąc). Operując na przykładzie – w niedzielę zagrał międzynarodowy duet mistrzów intensywnego free (Ken Vandermark i Paal Nilssen Love), a we wtorek trio Wojciecha Jachny, Jacka Mazurkiewicza i Jacka Buhla – autorów bardzo udanej tegorocznej płyty „Dźwięki Ukryte„. Były to koncerty o biegunowo różnej ekspresji, improwizatorskie yin i yang. By zachować harmonię opiszę oba w jednym tekście.

Nilssen-Love, Vandermark

Duet Vandermarka i Nillsena-Love widziałem już chyba po raz 3 w przeciągu ostatnich lat (i pierwszy raz w Pardon To Tu). Znając ich możliwości poszedłem na koncert w ciemno (a może właśnie w jasno?). Zawodnicy wagi superciężkiej, mistrzowie swego fachu, dobrze naoliwiona machina o, zdawać by się mogło, nieograniczonej mocy. Jestem przekonany, że nawet osoba nie przyzwyczajona do słuchania free impro doceniłaby sam wirtuozerski kunszt muzyków, niebywałe zgranie, wyobraźnię i nade wszystko pewność i determinacja w generowaniu kolejnych plątanin dźwięków. Jak w przypadku tych artystów zwykle bywa, koncert był mieszaniną intensywności i zaskoczenia. To jak Vandermark i Nilssen-Love potrafią nagle zmienić klimat występu o 180 stopni, przeskoczyć od funkowego, agresywnego pulsu  w subtelne, abstrakcyjne, sonorystyczne odloty, może przyprawić o zawrót głowy. Te dynamiczne zwroty akcji podobały mi się najbardziej. Vandermark szczególnie ciekawie prezentował się na potężnym saksofonie barytonowym i piskliwym, świdrującym klarnecie. Z kolei Nilssen-Love fenomenalnie operował rozmaitymi perkusjonaliami, wplatał ich brzmienie do całości narracji z typową dla siebie szybkością, fantazją i nadludzką wręcz precyzją.

Nilssen-Love, Vandermark 2

Panowie zagrali w pełni akustyczny występ, bez dodatkowego nagłośnienia. Dwa razy bisowali. Nilssen-Love schodząc ze sceny był przemoczony do suchej nitki i musiał się podtrzymywać ściany – czyli standard. Czy ten duet byłby w stanie zagrać w ogóle zły koncert? Szczerze wątpię. Intensywny strumień świadomości – zmysłowy w tym sensie, że działał fizyczną, niezwykle pewną siebie energią przekazu. Taki muzyczny ekwiwalent action painting.

—————————————————————-

Mazurkiewicz & Jachna

Jeśli koncert Vandermarka i Nilssena-Love stał pod znakiem ognia, to występowi tria Jachna / Mazurkiewicz / Buhl najbardziej odpowiadałaby woda, jednakże w różnych stanach skupienia. Dominowała para, przestrzenna mgła dźwięków często jedynie delikatnie sygnalizowanych, eterycznych. Jeśli Vandermark i Nilssen-Love grali w zwarciu, dynamiczną, agresywną koszykówkę pełną zwodów, to polskie trio uprawiało bardziej badmintona, posyłając lotkę wysoooko, reagując sprawnie na nieprzewidziane podmuchy wiatru, rażące słońce, okazjonalne uderzenia kantem rakietki itp.

Buhl & Mazurkiewicz 2

Ten koncert nie bazował na intensywnej, wykrzyczanej muzycznej energii, a bardziej na kreowaniu klimatu, na tworzeniu przestrzeni dla różnych dźwiękowych osobliwości – w taki sposób, że zawsze wydawały się być na miejscu. Tytuł płyty tria „Dźwięki Ukryte” jest wyjątkowo znaczący. Ta muzyka wyłania się z ciszy, krystalizuje się niepostrzeżenie z elementów „pozamuzycznych”, dźwięków tła, atmosfery – tutaj duże brawa za umiejętne wykorzystanie elektroniki i preparowanie instrumentów. Wszystko to spaja siatka transowego, zadumanego groove’u, który mógłby trwać, trwać i trwać (najlepszym przykładem utwór „Nie wiem, myślę”, poważny kandydat do nagrody „groove roku”). W tak luźnej, otwartej, rytmiczno-elektronicznej strukturze, tworzonej przez Jacka Mazurkiewicza i Jacka Buhla, Wojciech Jachna był (na koncercie) / jest (na płycie) w bardzo komfortowej sytuacji – może sobie pozwolić na bardzo wiele. A jego dość powściągliwy, subtelny styl, odznaczający się dużą wrażliwością melodyczną, doskonale wypełniał pozostawioną mu przestrzeń, nie dominując nad całością.

Koncert, jak i sama płyta, przywołują mi trochę na myśl muzykę Joshuy Abramsa pod szyldem Natural Information Society. Abrams tworzy podobnie otwarte, transowo-medytacyjne konstrukcje, w których klimat odgrywa znacznie większą rolę niż wirtuozeria [posłuchajcie koniecznie zeszłorocznej płyty Abramsa „Magnetoceptionklik!] Energia, moc tej muzyki polega na strategii „slow power”. I im dłużej trwał koncert Jachny, Mazurkiewicza i Buhla, tym bardziej dawało się to odczuć. Panowie szukali dźwięków ukrytych, a słuchacze mogli zamknąć oczy i odlecieć we własnych poszukiwaniach. Jedno małe „ale” – kontrabas Jacka Mazurkiewicza, według mnie głównego nawigatora tej psychodelicznej wycieczki, mógł być odrobinę głośniejszy. Natomiast siłą samej płyty „Dźwięki ukryte” jest jej precyzyjna konstrukcja, naprzemienność utworów o zróżnicowanym charakterze, która sprawia, że album broni się jako zagadkowa i wielowątkowa całość. Udało się ten klimat oddać na koncercie co w przypadku tak intrygującego materiału jest sukcesem samym w sobie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Mazzoll & Szamburski w Mózgu

Mazzoll & Szamburski

To był dla mnie koncert z kategorii „must-see”. Co prawda nad Wisłą akurat pod dostatkiem klarnecistów wyborowych,  niemniej Jerzy Mazzoll i Paweł Szamburski to bez wątpienia ścisły top. W dodatku artyści kluczowi dla dwóch wyjątkowych zjawisk ostatniego ćwierćwiecza w polskiej muzyce kreatywnej, czy też konwencjom uciekającej, czyli dla sceny yassowej oraz warszawskiego środowiska Lado ABC. A biorąc jeszcze pod uwagę, że było to pierwsze spotkanie klarnecistów na jednej scenie, to robi się nagle wydarzenie o wręcz historycznej randze.

Byłem bardzo ciekaw tego koncertu. Mazzoll i Szamburski to muzycy wyraziści i charyzmatyczni, potrafiący jak prawdziwi zaklinacze zaczarować scenę wraz z publicznością. Istniało poważne ryzyko, że spięcie tak silnych osobowości będzie zgrzytać, a artystyczne ego rozsadzi Mózg… Cóż, tak się nie stało. Panowie zagrali niezwykle „wsłuchany w siebie” koncert, jak równy z równym, bez pustego gwiazdorzenia, choć z właściwą sobie performerską fantazją i ikrą. Szamburski po doświadczeniach w graniu z Mikołajem Trzaską, Michałem Górczyńskim i Wacławem Zimplem w Ircha Quartet, ma opanowane do perfekcji nawiązywanie dialogu z drugim klarnetem. Było to doskonale słychać podczas występu z Mazzollem, muzykiem dość dominującym i występującym zazwyczaj na pozycji lidera. Jednak tego wieczoru w Mózgu żadnego lidera nie było, tylko dwaj mistrzowie swego fachu wspólnie bawiący się dźwiękami – na swój specyficzny sposób, który mimo różnic w podejściu do gry obu Panów, ostatecznie okazał się komplementarny.

Mazzoll & Szamburski 2

A różnice są ewidentne i w dużej mierze one zadecydowały o atrakcyjności przedsięwzięcia. Mazzoll zdecydowanie preferuje surowe brzmienie instrumentu, unika elektroniki na rzecz sonorystycznych eksperymentów. Wykorzystuje drone’owy potencjał basklarnetu, równoważąc go zacięciem do konstruowania prostych, wwiercających się w głowę melodyjek (tak jest, pojawiło się też „Ojczyzną naszą…”). Z kolei Szamburski doskonale łączy akustyczny klarnet z efektami, dzięki czemu potrafi wykreować w mgnieniu ucha własne, zapętlone środowisko dźwięków, na którego tle odlatuje w ognistej, intensywnej, acz skupionej improwizacji. To wykorzystanie efektów i loopów było o tyle fajne, że znało umiar, nawet gdy bywało naprawdę mocarne, to idealnie wpasowywało się w klarnetowy strumień świadomości obu Panów, który był tutaj zdecydowanie najważniejszy. Bardzo podobało mi się w tym koncercie zróżnicowanie klimatu i płynne poruszanie się artystów po różnych, czasem biegunowych odcieniach ekspresji.  Widać było, że muzycy mają do siebie duży szacunek i uważnie podchwytują wzajemne pomysły, rozwijając je na własną modłę, lub podkręcając w tle solowe popisy inicjatora. Jeżeli czegoś zabrakło, to nudy.

Mazzoll & Szamburski 3

Swego rodzaju pozamuzycznym smaczkiem okazał się czas. Koncert zapowiadano na 21:16 i… rzeczywiście rozpoczął się dokładnie o tej godzinie, co do minuty! Podobno to pierwszy punktualny występ w historii Mózgu. Adekwatnie, bo muzyka też trafiała w punkt. Z przyjemnością posłuchałbym duetu Mazzoll / Szamburski jeszcze raz. Nawet z ryzykiem poślizgu czasowego. W końcu sami klarneciści czekali na to spotkanie ładnych parę lat… Było warto.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

BNNT zbombardowało Plac Zabaw

BNNT + Łukasz Rychlicki

Czy w obecnej dekadzie na krajowym rynku tzw. muzyki niezależnej ukazała się jakakolwiek bardziej  agresywna, surowa i głośna pozycja niż album duetu BNNT pt. „_ _” z 2012 roku? Śmiem wątpić. Debiut Konrada Smoleńskiego i Daniela Szweda to muzyczny ekwiwalent koktajlu Mołotowa, płyta o drapieżności zarazem magnetycznej i obezwładniającej. Brązowa nuta (BrowN NoTe)? Sound bombing? Guerrilla gigs? Przecięcie sztuk wizualnych, performansu i muzyki? Tak jest – BNNT to whole package, przemyślany spójny, precyzyjnie skonstruowany mechanizm, koncertowe monstrum działające wielokanałowo na zmysły odbiorców.

Na Placu Zabaw Smoleński i Szwed nie objawili się jednak jako muzyczni terroryści ingerujący niespodziewanie, znienacka w tkankę miejską – zagrali zapowiedziany koncert na normalnej, plenerowej scenie przed australijskim trio My Disco. I to była jedna z tych sytuacji, kiedy support przyćmiewa „gwiazdę wieczoru”. Po dzikim, surowym, quasi-rytualnym występie BNNT, My Disco zabrzmieli dosyć… konwencjonalnie. Być może była to kwestia tego, że oba składy prezentują podobnie ciężką, skondensowaną muzykę i po prostu zadziałał nadmiar. W każdym razie jakoś nie byłem w stanie zaangażować się w występ Australijczyków i odpuściłem go sobie bez żalu po kilkunastu minutach.

BNNT zagrali tego wieczoru w rozszerzonym, trzyosobowym składzie – duet uzupełnił na gitarze Łukasz „Pan Lotto” Rychlicki. Ciekawa kombinacja. Na tegorocznym, minimalistycznym „Elite Feline” (bandcamp / recenzja) Rychlicki zaprezentował się od strony niezwykle subtelnej, by nie powiedzieć delikatnej. Wraz z BNNT mógł natomiast dać upust gitarowemu żywiołowi hałasu, którym na przestrzeni wieloletniej kariery nauczył się operować w stopniu niemal mistrzowskim. Udział trzeciego muzyka sprawił, że Konrad Smoleński ze swoją specyficzną dwustrunową „bombotarą” przesunął się bardziej na pozycję basową, dając większą przestrzeń dla noise’ów Rychlickiego. Wszystko upinała motoryczna, twarda i bezlitosna perkusja Daniela Szweda. Muzyk grał z wręcz dingerowską energią, powściągliwością i precyzją, dzięki czemu BNNT+ zabrzmiało trochę jak mroczny, zły brat bliźniak Neu!. Przedstawienia dopełniał oczywiści charakterystyczny wizerunek sceniczny.

BNNT+Rychlicki3

Wyjątkowo magnetyczny, intensywny koncert. Ciężko porównywać BNNT a.d. 2016 z tym znanym z płyty „_ _”, która jednak dużo zawdzięczała wykorzystaniu różnorakich sampli i udziale gości. Niemniej występ na Placu Zabaw sugeruje, że na kolejnym, zapowiadanym na ten rok krążku, brzmienie będzie nieco mniej frywolne, a wybuchowe, noise’owe adhd, duet przekuje w bardziej rozbudowane, potężne, transowe struktury. Jakby mniej młotów pneumatycznych na rzecz ciężkich, acz rozpędzonych walców. Ale to tylko spekulacje. Natomiast jedno jest jak dla mnie pewne – drugi, regularny album BNNT będzie głośnym wydarzeniem. I już nie mogę się doczekać koncertów go promujących.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Akpatok Ensemble w Muzeum Narodowym (Ucho Gmachu #3)

Akpatok Ensemble

Przyznam szczerze: Akpatok, projekt Dawida Adrjanczyka, zanim zagościł w programie cyklu Ucho Gmachu był mi całkowicie nieznany. Właściwie z premedytacją nie sprawdziłem przed koncertem płyty „Two Winters, Two Springs” (bandcamp), chciałem dać się zaskoczyć. I spotkało mnie zaskoczenie zdecydowanie pozytywne. A najlepszym tego dowodem jest fakt, że od czasu koncertu przesłuchałem album Akpatok już kilkukrotnie.

Cykl Ucho Gmachu wymaga od artystów umiejętności odnalezienia się w niekonwencjonalnych wnętrzach Muzeum Narodowego (każdy występ organizowany jest w innej sali ekspozycyjnej). W związku z tym muzycy mają możliwość „zagrania” z ekspozycją i nawiązania interakcji ze specyfiką przestrzeni wystawienniczej. Jak dotąd Akpatok Ensemble chyba najlepiej wykorzystał ten potencjał. Koncert rozpoczął się  w dwóch miejscach na raz. Po kilku rytualnych uderzeniach Dawida Adrjanczyka i Marka Styczyńskiego w gongi, z niewidocznej dla słuchaczy sali, sąsiadującej z Galerią Dawnego Malarstwa Europejskiego, zaczął dochodzić śpiew, abstrakcyjne wokalizy w wykonaniu Niny Adrjanczyk i Anny Nacher. Głos był w tym przypadku elementem dodanym, niewystępującym na samej płycie, jednakże wprowadzającym do muzyki silny, oniryczny pierwiastek. Początek występu upłynął na powolnym przechadzaniu się artystów dookoła publiczności, a specyfika galerii sprawiała, że czasami znikali oni zupełnie z pola widzenia, tylko dźwięk cyklicznie zbliżał się i oddalał. Gdy ostatecznie zespół zatrzymał się w strefie prowizorycznej sceny, słuchacze mogli rozpocząć własne wędrówki.

Akpatok - Two Winters, Two Springs

Muzyka Akpatok  na płycie „Two Winters, Two Springs” jest szalenie minimalistyczna, a dualizm zasygnalizowany w tytule, przejawia się w samej muzyce. Z jednej strony mamy gongi i dzwonki pasterskie rozpływające się w ciszy, de facto zarysowujące ciszę, wydobywające ją drobnymi subtelnymi ingerencjami.  Z drugiej strony potężne, drone’owe brzmienie liry korbowej tworzy majestatyczną ścianę dźwięku całkowicie ciszę zakłócającą, wypełniającą ją aż po brzegi przeszywającą, katartyczną falą. Ten kontrast sprawia, że album mimo tak dużej prostoty formalnej absolutnie nie nuży, a pewien dobry rodzaj monotonii nadaje tej muzyce wyjątkowy, medytacyjny charakter. Podczas koncertu element wokalny dodał całości bardziej ezoterycznego zabarwienia, co wraz z performatywnym zacięciem od razu przywiodło mi na myśl zespół Księżyc.

Brzmienie Akpatok w pierwszym kontakcie sprawia wrażenie folkowego, mocno zanurzonego w tradycji i przeszłości, jednak po chwili, dźwięki zyskują bardziej pierwotny, abstrakcyjny i ahistoryczny wyraz. Pod tym względem „Two Winters, Two Springs” kojarzy mi się z tegorocznym albumem „Yonder” (bandcamp) duetu Mutant Goat (tutaj pisałem recenzję). Ten uniwersalny, ambientowy potencjał muzyki Akpatok, został podczas koncertu wypełniony kontekstem wizualnym obrazów z XVI i XVII wieku, które dzięki zespołowi Adrjanczyka zyskały niesłychanie sensualną ścieżkę dźwiękową. I chociaż widziałem już te płótna wielokrotnie, to mam wrażenie, że dopiero w doświadczeniu audiowizualnym udało mi się je zobaczyć „tak naprawdę”. A to bez wątpienia zasługa dźwięków o niezwykle kontemplacyjnej sile oddziaływania.

Ucho Gmachu coraz bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że muzealne sale wystawiennicze powinna wypełniać non stop odpowiednio dobrana muzyka . Cóż, zawsze można chodzić do muzeów w słuchawkach tak jak niżej podpisany.

Krzysztof Wójcik (((ii))) 

PS: 31 maja w kolejnej, czwartej już odsłonie cyklu w Galerii Sztuki XX i XXI wieku zagra Micromelancolié. Szczegóły tutaj.

Żywot Briana Eno. 68 utworów na 68 urodziny (część I)

Brian Eno

Brian Eno to postać szczególna dla szeroko pojętej muzyki ostatniego półwiecza. Prawdziwy wizjoner i awangardzista w świecie popkultury, współpracownik idealny, człowiek o tak bogatym, mocnym i wielowątkowym CV, że głowa mała. Ujmę to tak: gdybym nagle trafił do więzienia na długie lata i z całej muzyki miał do dyspozycji tylko i wyłącznie pełną dyskografię Briana Eno (poszerzoną o pozycje, w których maczał palce jako producent, bądź współautor), to uwierzcie, nie byłaby to tak przykra odsiadka. Wielokrotnie zbierałem się do tego, żeby napisać jakiś tekst o Brianie, jednak zawsze ogrom dorobku przytłaczał mnie tak mocno… Przypadek jak z hydrą – strącasz jedną głowę, wyrastają trzy kolejne. Ostatecznie zawsze gdy zaczynałem pisać kończyło się na kilku zdaniach i na tym, że po prostu zaczynałem słuchać od nowa tych wszystkich genialnych utworów i płyt. Czyli w zasadzie każdorazowo było to przemiłe zakończenie. Aż dziś, w dniu 68 urodzin naszego bohatera, przyszedł mi do głowy pomysł na narrację alternatywną. Niech muzyka opowie za siebie. Przed Wami zestaw wyselekcjonowanych przeze mnie 68 utworów autorstwa lub współautorstwa Briana Eno, które w sposób (powiedzmy) syntetyczny przybliżą sylwetkę tego wyjątkowego artysty. Taki mój prywatny, subiektywny hołd. Chronologicznie. Zaczynajmy!

1/68 Roxy Music – „Ladytron” (Roxy Music, 1972)

Od tego albumu wszystko się zaczęło. Co prawda wszystkie kompozycje Roxy Music są autorstwa Bryana Ferry’ego, to jednak piętno jakie Brian Eno odcisnął na brzmieniu dwóch pierwszych albumów formacji jest nie do przecenienia. Pamiętajmy, że obsługiwanie prymitywnego syntezatora w tamtych czasach to był futuryzm i egzotyka. Eno długo nie cieszył się pozycją szarej eminencji Roxy Music i z powodu „różnic artystycznych” opuścił zespół po nagraniu drugiej płyty For Your Pleasure, na której eksperymenty elektroniczno-krautrockowe poszły jeszcze dalej. Nigdy później zespół Ferry’ego nie brzmiał tak ekscytująco.

2/68 Roxy Music – „The Bogus Man” (For Your Pleasure, 1973)

3/68 Eno – „Baby’s on Fire” (Here Come the Warm Jets, 1973)

Pierwsza solowa płyta Eno, to kreatywne, brawurowe rozwinięcie eksperymentów ze strukturą piosenki pop, które nasz bohater przeprowadzał już w Roxy Music. Here Come the Warm Jets to debiut triumfalny, łączący awangardowe techniki studyjne (manipulacji taśmami, modulacji wokali, instrumentów) z przebojowością i sporą dawką absurdu w tekstach. Art rockowe, glamrockowe arcydzieło – wyraźnie słychać, że Brian obok Bowiego był jednym z pierwszych fanów The Velvet Underground. W „Baby’s on Fire” pojawia się Robert Fripp, z którym Eno kilka miesięcy wcześniej nagrał duet (No Pussyfooting), antycypujący muzykę ambient (niestety nie było na youtubie). A w poniższym „Driving Me Backwards” śpiewa piosenkę od tyłu, a następnie puszcza ją od drugiej, właściwiej strony w akompaniamencie rozstrojonego pianina. Efekt? Psychodeliczny majstersztyk.

4/68 Eno – „Driving Me Backwards” (Here Come the Warm Jets, 1973)

5/68 Eno – „The Fat Lady of Limbourg” (Taking Tiger Mountain (by Strategy), 1974)

Jeśli pierwsza solowa płyta Eno była rozsadzaniem brzmieniowych granic piosenki pop, to na Taking Tiger Mountain (By Strategy), Brytyjczyk idzie jeszcze dalej. W każdym utworze zaprezentowana jest jakaś ciekawostka aranżacyjna, czasami w tle, a czasami jest na niej osadzony cały utwór (np. „The Great Pretender” i te syntezatorowe cykady). Słychać, że Eno dryfuje coraz bardziej w stronę abstrakcji. Po raz pierwszy używa też swego wynalazku, kart „Oblique Strategies” (wymyślonych wraz z malarzem Peterem Schmidtem), pomagających w sytuacjach kreatywnego impasu. Wykorzystuje pomyłki i buduje na ich bazie całe kompozycje (np. proto-punkowy „Third Uncle” opiera się na basowym kiksie). Na koniec znakomicie ewoluującego „The True Wheel” pojawia się prorocza zapowiedź Sida Visciousa (na rok przed powstaniem Sex Pistols. Nie wiem jak on to zrobił…) i fantastyczna, lekko shoegaze’owa partia gitary Phila Manzanery. W „China My China” mamy z kolei solówkę perkusyjną zagraną na maszynie do pisania. Avant-pop w najczystszym wydaniu.

6/68 Eno – „The Great Pretender” (Taking Tiger Mountain (By Strategy), 1974)

7/68 Eno – „Third Uncle” (Taking Tiger Mountain (By Strategy), 1974)

8/68 Eno – „The True Wheel” (Taking Tiger Mountain (By Strategy), 1974)

9/68 Eno – „Sky Saw” (Another Green World, 1975)

Tutaj właściwie mógłbym zalinkować całą płytę (spokojnie, jest na youtubie). Another Green World to rzecz absolutnie arcydzielna od początku do końca. Płyta wypełniają po części cudownie upośledzone piosenki pop, jednak to nie one robią największe wrażenie, tylko producencka maestria Eno, wyobraźnia z jaką buduje kolejne instrumentalne, abstrakcyjne miniatury, które na albumie zdecydowanie przeważają. Płyta po ponad 40 latach od wydania wciąż brzmi nowatorsko, świeżo i niezwykle esencjonalnie jeśli wziąć pod uwagę całość kariery Brytyjczyka. Jest to przedostatnia część z cyklu czterech albumów piosenkowych wydanych przez Eno w latach 70. (Here Come the Warm Jets, Taking Tiger Mountain (By Strategy), Another Green World Before and After Science) i w moim odczuciu część najbardziej kompletna.

10/68 Eno – „The Big Ship” (Another Green World, 1975)

11/68 Eno – „Spirits Drifting” (Another Green World, 1975)

12/68 Brian Eno – „Discreet Music” (Discreet Music, 1975)

Po poszerzeniu i wyeksploatowaniu w kilka lat formuły art i glam rocka oraz zarysowaniu kilku wzorców dla nadchodzącego nurtu punk, Brian Eno przystąpił do konstrukcji nowej muzycznej formy, z której dziś jest najbardziej znany, czyli ambientu. Discreet Music to jednocześnie pierwszy album, na którym artysta podpisał się jako „Brian Eno”, wcześniejsze trzy wydawnictwa (i liner notesy Roxy Music) firmowały trzy litery „ENO”. To znamienne. Również w okolicach ’75 roku Brytyjczyk zrywa z wizerunkiem glam rockowego kosmity-elfa. Kończy się w pewien sposób teatralizacja i wchodzenie w konwencje gwiazdy pop. Zaczyna się muzyka dyskretna, tak subtelna, że można nią oddychać, cudownie nieabsorbująca, wypełniająca przestrzeń niczym mebel. Nie byłoby Discreet Music i ambientu jako takiego, gdyby nie amerykańscy minimaliści, w szczególności Steve Reich, ale też XIX-wieczny francuski kompozytor Erik Satie jak najbardziej może się tytułować dziadkiem ambientu. Wraz z wydaniem tej płyty Eno powołał do życia label Obscure Records, przy pomocy którego w pewnym sensie spopularyzował (jako gwiazda pop) ówczesną muzykę eksperymentalną i kompozytorów takich jak Michael Nyman, John Cage, Gavin Bryars, czy Harold Budd. Również po zasłuchiwaniu się  Discreet Music, współpracy z Eno zapragnął David Bowie.

13/68 Harmonia ’76 – „Vamos Companeros” (Tracks and Traces, wyd. 1997)

Dla artysty tak silnie zaangażowanego w elektroniczne eksperymenty muzyczne jak Eno, naturalnym kierunkiem w latach 70 musiały być Zachodnie Niemcy. W ’76 roku nawiązał współpracę z supergrupą krautrockową Harmonia, a utworów wówczas nagrane czekały na wydanie ponad 20 lat (dopiero w ’97 ukazała się płyta Tracks and Traces). Co zabawne, te 20 lat nie zrobiło specjalnej różnicy, bo Harmonia + Brian Eno w już w połowie lat 70 brzmieli jak powiedzmy Boards of Canada dwie dekady później. Na Harmonii nie skończył się jednak krautrockowy rozdział w karierze Brytyjczyka. W dwóch kolejnych latach (w sensie ’77’, ’78) ukazały się płyty Cluster & Brian Eno oraz After Heat podpisana przez trio Eno – Moebius – Roedelius (czyli de facto znów duet Cluster). Mieszanka ambientu, kosmiche musik i czarodziejskiej old schoolowej elektroniki.

14/68 Cluster & Eno – „Ho Renomo” (Cluster & Eno, 1977)

15/68 Eno, Moebius, Roedelius – „The Belldog” (After the Heat, 1978)

16/68 David Bowie – „Warszawa” (Low, 1977)

„Warszawa” to pierwszy utwór podpisany nazwiskami „Bowie – Eno” i jedyna kompozycja na Low, której współautorem jest Eno. Niemniej wpływ, jaki muzyka młodszego o rok Briana wywarła na Bowiego jest niesłychanie wyraźny na całym albumie. Low przypomina trochę mrocznego brata bliźniaka Another Green World – mam tu na myśli piosenkową lapidarność, impresyjność tematyczną, położenie nacisku na brzmieniowe, futurystyczne eksperymenty i splecenie ich z estetyką popu, przeglądającą się w krzywym zwierciadle. Bowie znalazł w Eno współpracownika idealnego. Tzw. „trylogia berlińska” to przykład jak z płyty na płytę więź między Panami zacieśnia się coraz bardziej. Efekty są zdumiewające, spektakularne i wyprzedzające swoje czasy.

17/68 David Bowie – „Neuköln” („Heroes”, 1977)

18/68 David Bowie – „Abdulmajid” („Heores”, 1977, bonus track do wydania z ’91 r.)

„Neuköln” to kompozycja chyba jeszcze bardziej dramatyczna i przejmująca niż „Warszawa”. Tym razem wokalizę zastępuje saksofonowe solo w wykonaniu Bowiego, a wszystko na tle abstrakcyjnej sonicznej faktury. Natomiast wydany po latach (w ’91 r.) jako bonus utwór „Abdulmajid” to przyszłość muzyki elektronicznej zaklęta w dźwiękach. W latach 90 takie brzmienie uzyskuje Aphex Twin, czy Future Sound of London. Bowie i Eno wyprzedzili ich o kilkanaście lat.

19/68 Brian Eno – „No One Receiving” (Before and After Science, 1977)

Before and After Science to de facto ostatnia z czterech klasycznych piosenkowych płyt Briana Eno. Słychać na niej doskonale ewolucję jaką Brytyjczyk przeszedł przez poprzednie lata, w szczególności wyraźnie rysuje się wpływ muzyki niemieckiej (Eno zaprosił do współpracy wybitnych przedstawicieli sceny krautrockowej – Dietera Moebiusa, Jakiego Liebezeita, Conny’ego Planka). Album dobrze wskazuje kierunki w jakich Eno podąży w najbliższych latach – pierwsza, bardzo rytmiczna, dynamiczna część płyty wyraźnie odbije się na współpracy  z Talking Heads, natomiast druga, wyciszona i subtelna, to zwiastun pogłębionego wejścia w ambient.

20/68 Brian Eno – „Julie with…” (Before and After Science, 1977)

21/68 Brian Eno – „By This River” (Before and After Science, 1977)

22/68 Brian Eno – „2/1” (Ambient 1: Music for Airports, 1978)

Ambient 1: Music for Airports to kamień milowy (a po części i węgielny) w historii całej muzyki ambient, która ukazała się do tej pory. Album klasyczny, z założenia site specific, w sposób niezwykle subtelny łączący brzmienie organiczne z prostymi elektronicznymi zabiegami studyjnymi. Całość nie zestarzała się ani odrobinę. Anielska muzyka, której lepiej doświadczać niż o niej czytać.

23/68 Brian Eno – „1/2” (Ambient 1: Music for Airports, 1978)

24/68 Brian Eno – „Aragon” (Music for Films, 1978)

Album Music for Films, wydany w tym samym roku co Music for Airports, trochę niesłusznie stoi w cieniu swojej poprzedniczki. Tak jak Ambient 1 odnosiło się do przestrzeni stricte określonej, Music for Films z założenia ma być soundtrackiem do filmów zmyślonych, nieistniejących. Album składa się ze zwięzłych miniatur o dość posępnym klimacie (powiedzmy „proto dark ambient”), również eksperymenty z brzmieniem są tutaj bardziej radykalne. Całość robi duże wrażenie i jest w pewnym sensie zapowiedzią genialnej, mojej ulubionej, czwartej płyty z serii Ambient, czyli On Land.

25/68 Brian Eno – „Task Force” (Music for Films, 1978)

26/68 David Bowie – „African Night Flight” (Lodger, 1979)

Moim zdaniem Lodger to cześć berlińskiej trylogii, na której Brian Eno odcisnął największe piętno. Mówi już o tym sam fakt, że w 2/3 materiał został skomponowany wspólnie przez Bowiego i Eno. Choć „skomponowany” to może nie do końca właściwie słowo. Może raczej zmontowany? Zważywszy, że pierwszy tytuł płyty brzmiał Planned Accidents, a Panowie kazali muzykom w studiu grać po prostu to, co im przyjdzie do głowy. Lodger to nade wszystko zbiór dziwacznych, trochę szkicowych utworów, osadzonych na studyjnych eksperymentach (analogia do pierwszych piosenkowych albumów Eno jest według mnie ewidentna). To lekko ponad 35 minut intensywnej burzy mózgu dwóch szalenie kreatywnych artystów, ogarniętych twórczym adhd, bawiących się brzmieniem w ramach struktury piosenki pop. W przypadku tej płyty rodzaj dynamicznej niespójności jest siłą.

27/68 David Bowie – „Red Sails” (Lodger, 1979)

28/68 David Bowie – „Look Back In Anger” (Lodger, 1979)

29/68 Talking Heads – „I Zimbra” (Fear of Music, 1979)

Co prawda współpraca Eno z Talking Heads zaczęła się rok wcześniej, na wysokości drugiego albumu formacji More Songs About Buildings and Food, jednak dopiero na Fear of Music nowojorczycy dopuścili Brytyjczyka do wspólnego komponowania. Dzięki temu powstała znakomita klamra spinająca płytę. Zanurzone w afrobeacie i dadaizmie „I Zimbra” oraz zdehumanizowane, perfekcyjnie wyprodukowane „Drugs”. Jak miało się okazać zasilenie szeregów Talking Heads głową Briana Eno miało przynieść jeszcze lepsze rezultaty…

30/68 Talking Heads – „Drugs” (Fear of Music, 1979)

31/68 Talking Heads – „Born Under Punches” (Remain in Light, 1980)

Cóż, tutaj na dobrą sprawę mógłbym zalinkować wszystkie 8 utworów wypełniających Remain in Light, album genialny i w moim odczuciu absolutnie kuloodporny. Na tej płycie Brian Eno stał się de facto pełnoprawnym członkiem zespołu i jest współautorem wszystkich kompozycji, co słychać bardzo wyraźnie na każdym kroku (bogactwo produkcyjne, syntezatorowe „solówki”, chórki, polirytmia etc.). Symbioza Brytyjczyka z Talking Heads chyba nie mogła wypaść lepiej. I tutaj trochę powraca sytuacja z czasów Roxy Music – muzycy (może z wyjątkiem Davida Byrne’a) przestraszyli się jak duży wpływ Eno odciska na brzmieniu zespołu i postanowili zakończyć współpracę właśnie na Remain in Light. W sumie bardzo ciężko byłoby im jeszcze raz wspólnymi siłami przebić poziom tego albumu, więc może dobrze się stało… Polecam gorąco edycję rozszerzoną z 4 bonusowymi utworami.

32/68 Talking Heads – „The Great Curve” (Remain in Light, 1980)

33/68 Talking Heads – „Houses in Motion” (Remain in Light, 1980)

34/68 Talking Heads – „Listening Wind” (Remain in Light, 1980)

Tak oto jesteśmy na półmetku, a zebrałem tu zaledwie ekstrakt z okresu… 8 lat kariery Briana Eno. 2 albumy z Roxy Music, 4 solowe albumy avant-pop, pierwsze płyty ambientowe, trylogia z muzykami niemieckimi, trylogia z Bowiem, trylogia z Talking Heads… Oprócz tego była chociażby praca producencka z DEVO, Johnem Calem, a także składanka No New York, dokumentująca scenę no wave u samego jej zarania. Eno z lat 70 to synonim kreatywności, eksperymentu i nowatorstwa.

Ciąg dalszy nastąpi.

Krzysztof Wójcik (((ii)))